Dziś piękne i historyczne miasteczko Poryck nad Ługą właściwie nie istnieje, choć przed II wojną światową liczyło blisko 2.5 tys. miszakańców. Ta rzeź w polskim kościele w Porycku i w całej okolicy, wydarzyła się 77 lat temu. 11 lipca 1943 roku oddział OUN-UPA, prawdopodobnie sotnia "Dowbusza", wymordował tam Polaków w liczbie około 500 osób. Przy czym przewodniczącym OUN-UPA na rejon Porycka był w 1943 r. Mychajło Prociuk ps. „Chmara”. [1] Mordowano bestialsko nawet zgromadzonych na Mszy św., gdzie w napadniętej świątyni zginęło ponad 200 osób w tym proboszcz ks. Bolesław Szawłowski, ciężko ranny, a następnie dobity. Po zakończeniu pierwszej fazy mordu kilku sprawców splądrowało zakrystię, rabując kielichy i monstrancje. Towarzyszyło temu wypicie wina mszalnego i opowiadanie wrażeń z masakry. Następnie upowcy wnieśli do kościoła pocisk artyleryjski i zdetonowali. Wybuch zniszczył wnętrze kościoła z lat 1774–1795 ale ściany i strop pozostały nienaruszone. [2] Po wojnie władze radzieckie rozebrały kościół do fundamentów. Zachował się tylko zdewastowany cmentarz parafialny, który został odrestaurowany i ogrodzony przez byłych parafian, Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Stowarzyszenie Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu z Zamościa. Na terenie cmentarza w Porycku stanął w 1991 r. symboliczny pomnik i krzyże poświęcone ku czci zamorodowanych Polaków (1995 r.). Ustawiono również krzyże na mogiłach Polaków (306 osób) w Orzeszynie. O zbrodniach popełnionych w dniu prawosławnego święta Piotra i Pawła opowiedział po wojnie w sądzie obwiniony Ukrainiec Ohorodniczuk vel Nikołaj Kwitkowśkyj: „11 lipca 1943 r. rano razem z grupą UPA liczącą około 20 ludzi wszedłem w czasie mszy św. do kościoła w m. Pawłowka (Poryck) iwanickiego rejonu, gdzie w ciągu trzydziestu minut, wraz z innymi, zabiliśmy obywateli narodowości polskiej. W czasie tej akcji zabito 300 ludzi, wśród których były dzieci, kobiety i starcy. Po zabiciu ludzi w kościele w Pawłowce, udałem się z grupą do położonej w pobliżu wsi Radowicze oraz polskich kolonii Sadowa i Jeżyn, gdzie wziąłem udział w masowej likwidacji ludności polskiej. W wymienionych koloniach zabito 180 kobiet, dzieci i starców. Wszystkie domy spalono, a mienie i bydło rozgrabiono (...).” [3] 

Uroczysta msza święta 11 lipca 2003 r., sprawowana pod przewodnictwem kard. Mariana Jaworskiego ze Lwowa oraz bp Macjana Trofimiaka z Łucka, zgromadziła tego dnia na wspólnej modlitwie o pojednanie setki Polaków i Ukraińców. Obecni byli Prezydenci Polski i Ukrainy, korpus dyplomatyczny, urzędnicy kościelni i państwowi, wreszcie naoczni świadkowie wydarzeń i rodziny pomordowanych. Miałem tę łaskę być tam i ja autor tego opracowania, modlić się wraz z liczną delegacją autokarową Kresowian z Zamościa i z Ziemi Zamojskiej.

Tymczasem wiele wyrżniętych wsi i kolonii polskich z terenu tej gminy nie ma dziś nawet na mapie. Do parafii należały następujące miejscowości: Poryck, Buszkowicze, Gruszów, Holenderia, Janiewicze, Jeżyn, Kłopoczyn, Kuczków, Lachów, Łysa Góra, Marysin, Milatyn, Nowo-Lachów, Oryszcze, Orzeszyn, Pawłówka, Poryck Stary, Przesławicze, Radowicze, Rykowicze (wieś i folwark), Samowola, Szczeniutyn: Wielki i Mały, Trubki, Wolica, Zielona, Żaszkiewicze: Nowe, Stare. Ich mieszkańcy po dziś dzień nie mają swoich mogił, a nawet prostego krzyża, leżą jak te psy bezpańskie w miejscach, gdzie barbarzyńsko zakopali Ich oprawcy z OUN-UPA.

Nadto dopiero 22 lipca 2016 r., Sejm Rzeczypospolitej Polskiej podjął uchwałę, w myśl której, dzień 11 lipca stał się już na zawsze Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. Na ten dzień ofiary ludobójstwa, Męczennicy Wołynia i Kresów, Kresowianie, rodziny kresowe oraz ludzie uczciwi, przyzwoici, dobrej woli, polscy patrioci, niepoprawni blogerzy i jakby ich jeszcze zwać, na ten wspaniały dzień, czekali zatem długie 73 lata. I Bogu dziękować doczekali się, a jak to się zwykło mówić: lepiej późno, niż wcale!

W Krwawą Niedzielę 11 lipca 1943 r. doszło zatem do b. dobrze przygotowanej, zorganizowanej, zbrodniczej akcji oddziałów OUN-UPA, które jednocześnie spacyfikowały 99 polskich wsi, mordując okrutnie kilka tysięcy Polaków, przeważnie niewinnych kobiet, dzieci i ludzi w podeszłym wieku. A to był dopiero początek, tych ludobójczych zapustów banderowców! Mordy trwały przez następne dni, tygodnie, miesiące i lata. W b. ostrożnych szacunkach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN), w latach 1939-1947 na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej i na Lubelszczyźnie, zginęło ok. 100 tys. obywateli II Rzeczpospolitej Polskiej. Po stronie ukraińskiej, w wyniku akcji odwetowych i samoobrony, życie straciło od 10 do 12 tys. osób. W opracowaniach Kresowian oraz historyków badających te wydarzenia liczby, tyczące się ofiar banderowskiego ludobójstwa, są zecydowanie odważniejsze i oscylują od 130 nawet do blisko 200 tys. niewinnych ofiar polskich.

   O losach kresowej rodziny Jezierskich

 Jak pisze mój ojciec, nasz przodek Ignacy Jezierski ur. się około 1820 r. na Podlasiu Lubelskim. Do Porycka przyjechał w roku 1840, gdzie rozpoczął pracę u hrabiego Czackiego, po pewnym czasie został nawet marszałkiem dworu. Za swoją pracę otrzymał od hrabiego dom z ogrodem w Starym Porycku. Ożenił się z Antoniną, córką rządcy ze Starego Porycką, która urodziła mu pięcioro dzieci, w tym: Marię, Józefa, Franciszka, Bronisława i Anastazję. Niestety Ignacy zmarł dość młodo i został pochowany na cmentarzu w Porycku Pawłówce.

Losy osieroconych dzieci były b. różne, otóż Maria była u stryja Franciszka w Warszawie na wychowaniu, tam wyszła za mąż za Tura herbu Korczak. Zmarła w Krakowie, pochowana w grobowcu rodzinnym na Powązkach w Warszawie. Emilia wyszła za mąż za Rosakiewicza i wyjechała do Rosji. Po rewolucji, już nie dali znaku życia. Średni brat Franciszek zmarł w młodym wieku, pochowany w Pawłówce. Bronisław zginął na wojnie rosyjsko-japońskiej. W domu ostatecznie pozostał tylko mój dziadek Józef Jezierski, urodzony w 1864 roku w Starym Porycku i to on otrzymał w spadku dom po rodzicach wraz z ogrodem. Pracował w majątku hrabiego Czackiego, tak jak jego ojciec ale jako kołodziej. Ożenił się z Jadwigą Ulanowską z okolic Porycka, zamieszkali w starym domu, razem z prababką, Antoniną. Prababka Antonina zmarła kilka lat po mężu i jest pochowana w rodzinnej mogile Jezierskich, pochowanych na cmentarzu w Porycku Pawłówce.

Mój ojciec Aleksander Jezierski urodził się w 1898 roku, a jego młodszy brat Eugeniusz w 1910 r., był jeszcze jeden brat, zmarł w młodości. Aleksander do 1915 r. uczył się w szkole rolniczej w Cholenderni. Czym zajmował się najstarszy brat Kazimierz, ojciec nie wspomina (pamiętajmy, że działo to się pod zaborem rosyjskim).

Po ukończeniu szkoły Aleksander jakiś czas pracował w majątku Stary Poryck, ale tamta praca mu nie odpowiadała. Dalej trwała wojna pomiędzy zaborcami Polski, Niemcami, Rosjanami i Austrią. Front zbliżał się do Porycka. Rodzina Jezierskich postanowiła uciekać w głąb Rosji. W 1916 roku wraz z całą rodziną Józef Jezierski, uciekając przed niemckimi wojskami, które zbliżały się do Porycka, jedzie w głąb Rosji. W Rosji zatrzymuje się w powiecie Winnickim, rozpoczyna prace w cukrowni Gniewań.

W cukrowni pracował dziadek Józef, synowie Aleksander i Kazimierz. W 1917 r. Aleksandra powołali do carskiej armii, skąd po pół roku uciekł. Od 1919 roku Kazimierz służył w polskim wojsku u gen. Dowbora Muśnickiego. Niemcy Kazimierza rozbroili i wraz z Aleksandrem wrócił do Gniewania, ojciec pracował dalej w cukrowni, a synowie chodzili do lasu pracować przy wyrębie drzew. [4]

Był już rok 1917. Bolszewicka rewolucja! Władze w dawnym imperium carów, ciągle się zmieniały. W 1919 r. młodych, wołyńskich chłopaków Aleksandra i Kazimierza Jezierskich bolszewicy powołali do Czerwonej Armii, do 58 pułku Kijowskiego Ochrony Kolei. Pułk został przeniesiony do Owrucza, a pod koniec 1919 r. przeniesiono go na polski front. I tu zaczęła się tragedia, bo połowę kompanii stanowili Polacy, zmuszani walczyć przeciwko swoim rodakom. A front stał wtedy koło Turowa. Kazimierz Jezierski z kilkoma kolegami jednej nocy, przeszli na polską stronę. Za kilka dni Aleksaner też miał w planach przejść linie frontu, ale nie udało się, bo pułk przeniesiono na Wołyń. Co się odwlecze, to nie uciecze! Aleksander w pułku był dostawcą prasy, pojechał po prasę i więcej do pułku nie wrócił.

 W Zmartwychwstałej Polsce

 Był to już pamiętny maj roku 1920. Naczelnik Polski Józef Piłsudski szedł śmiało i zwycięsko na Kijów. Powstała możliwość powrotu do Starego Porycka na Wołyniu. W połowie czerwca 1920 roku, po długiej wojennej tułaczce, rodzina Jezierskich znów byla w domu. Niestety Kazimierz Jezierski zaginął i nawet nie wiadomo gdzie. Nadto bolszewicy latem 1920 r. wrócili do Porycka, ale szczęście nie na długo. Sierpniowy Cud nad Wisłą odwrócił losy, tej długiej i strasznej wojny! Zimą  mieszkaliśmy już w nowej, niepodległej, nieznanej nam dotąd Polsce.

Rodzina Jezierskich zamieszkała w swoim domu w Starym Porycku. Dziadek Józef Jezeirski był kołodziejem i miał swój warsztat. Po jakimś czasie dziadek Józef i tata Aleksander rozpoczęli pracę w Macierzy Szkolnej, jako instruktorzy. Prowadzili dział stolarsko-kołodziejski. W naszych stronach zjawił się Polak Stanisław Bańcer, który był ogrodnikiem u hrabiego Czackiego. Czacki sprowadził go od kuzyna Karnkowsiego z Karnkowa. Dziadek Stanisław Bańcer zakładał po prostu ogród, u Czackich. A ponieaż Bańcer przebywał w Porycku z rodziną, mój ojciec miał tę okazję poznać moją mamę i ożenił się w roku 1929. Po ślubie w koście poryckim, nowa rodzina Jezierskich, czyli Aleksander i Kazimiera Jezierska z d. Bańcer, zamieszkali w Starym Porycku w domu Jezierskich. Rok później urodziłem się ja Ryszard (1930), a za następny rok urodził się mój brat Mieczysław. Ojciec w tym czasie nadal pracował w Macierzy szkolnej, a mama zajmowała się synami. Tymczasem dziadek Stanisław Bańcer, po ukończeniu prac przy ogrodzie Czackich, wyjechał z powrotem do Karnkowa.

W 1936 roku ojciec Aleksander zbudował dom w Pawłówce - Porycku. I od tego czasu młodzi wraz z dziećmi zamieszkali w samym miasteczku Porycku. Ojciec założył warsztat stolarski. Tam zatrudniał uczni i czeladników w tym Ukraińców. Wykonywali różne meble oraz drzwi i okna do nowych domów z okolic Porycka. Aleksander Jezierski jednocześnie był radnym w gminie Poryck i naczelnikiem straży pożarnej. Ja Ryszard i brat Mieczysław chodziliśmy do Szkoły Powszechnej. Szkoła mieściła się w Holenderni. Co roku jeździliśmy też z mamą Kazimierą do dziadków Bańcerów na wakacje. Dziadkowie już w tym czasie mieszkali w Karnkowie w powiecie łowickim, gdzie dziadek był z powodzeniem ogrodnikiem u dziedziców Karnkowskich.

 Epizod z początków II wojny światowej

 W lipcu i sierpniu 1939 r. coraz głośniej było o możliwym wybuchu nowej wojny. Wakacje znów spędzaliśmy, u dziadka Bańcera w Karnkowie na Ziemi Łowickiej. Kilka dni przed 1 września, w radiu słyszeliśmy już niedobre komunikaty, o coraz b. napiętych stosunkach polsko niemieckich. A w przed dzień wojny dziadek kazał nam się spakować, powiedział byśmy jechali do Porycka. I tak się stało. W dniu 1 września dziadek odwiózł nas (mama, Mietek i ja Rysiek) na stację do Skępego. Pociąg z Torunia przyszedł z małym opóźnieniem. Był też trochę zatłoczony, jechały nim już rodziny z wybrzeża (uciekinierzy). Jakoś znaleźliśmy jeszcze miejsce w przedziale ll klasy, a było nas z dziećmi 10 osób.  Pociąg szedł nawet dość szybko, ale przed Nasielskiem musiał czekać pod semaforem. Następny, dość długi postój pod semaforem był pod Modlinem. Tu staliśmy z godzinę, obok nas przepuszczano pociągi towarowe. Po wjeździe na stację w Modlinie okazało się, że torowiska zapchane są sanitarkami, samochodami i armatami.

 Sowiecka okupacja i wywózki na mroźną Syberię

 20 września 1939 r. do Porycka weszły wojska Sowieckie. Wkraczające oddziały Armii Czerwonej były przez Ukraińców witane owacyjnie kwiatami oraz chlebem i solą. Jeszcze przed wkroczeniem Sowietów, miejscowi nacjonaliści ukraińscy rozbrolili posterunek Policji Państwowej, a policjantów i członków Związku Strzeleckiego aresztowali. A i później podczas okupacji sowieckiej miejscowi Ukraińcy i lokalna administracja ukraińska pomagali władzom sowieckim w aresztowaniach oficerów WP i urzędników państwowych. [5]

W Porycku stanął garnizon sowiecki, byli to saperzy, tak mówili starsi ludzie. Usunęli wszystkich mieszkańców z budynków obok pałacu, zajęli pałac i budynki gospodarcze, w dawnym budynku policji umieściło się NKWD. W budynkach obok kościoła zamieszkali oficerowie Sowieccy. Plebania została przydzielona, Żydom jako szkoła, a ks. Bolesław Szawłowski przeniósł się do organisty. Zdaje mi się, że już od 1 października 1939 r. poszliśmy z Mietkiem i z innymi dziećmi do szkoły do (3 klasy), nauka rozpoczęła się w języku rosyjskim.

Na szczęście wychowani wśród Ukraińców rozumieliśmy ich język, nawet trochę mówiliśmy, ale rosyjskiego to nie znaliśmy, a zwłaszcza pisowni. Tak, że w szkole uczyliśmy się pisać po rosyjsku, rozmawiając po polsku, lub po ukraińsku, był taki ogólny galimatias językowy. Prawie przez pierwszy rok nie było książek, nie mówiąc już o zeszytach, te były reglamentowane, nie było gumek, a jak były to takie jak mówiliśmy z ,,kartofla’’. Szkoła nazywała się teraz (dziesietiletka), z nami razem chodziły dzieci, rosyjskich urzędników i wojskowych. Obok budynku nowej szkoły była strzelnica (dawna po POW), teraz tam strzelali ,,bojcy”, żołnierze sowieccy, całymi dniami słychać było strzały z karabinów i automatów, a to było od okien klasy jakieś 50 m. A trochę dalej zrobili sobie ujeżdżalnię koni, tam chodziliśmy na długie przerwy, oni jeździli na koniach i ścinali wiklinowe patyki szablami.

Nadeszła zima 1939-40, to była najstraszniejsza zima dla Polaków, rozpoczęły się wywózki na Syberię. Nas przed wywózką uchronił fakt, że ojciec za namową Ukraińca  (pracownika warsztatu) Piwarczuka Andreja, założył spółdzielnie stolarską i na ścianie w warsztacie powiesił portret Lenina. W tym też czasie aresztowano, jak pamiętam: Gąsiorowskiego był tylko listonoszem, Zembrzyckiego był urzędnikiem hrabiego Czackiego, Humiczewskiego miał sklep oraz kilku bogatszych gospodarzy, nawet Ukraińców. Kilka dni przed wywózką, już ludzie coś wiedzieli. Jednakowoż Piwarczuk tacie powiedział, że nas nie wywiozą. Skąd wiedział?!

Na wszelki wypadek mama napiekła chleba i zgromadziła zapas słoniny, oraz przygotowała ubrania. Kilka nocy siedzieliśmy w ubraniach, czekając na najgorsze. Minął tydzień i wszystko ucichło, a tata dalej pracował w spółdzielni i budował remizę dla straży pożarnej w Porycku, był kiedyś jej komendantem. Nas zatem nie wywieziono na Sybir, ale kilka polskich rodzin i kilka ukraińskich wywieźli, nazwisk nie pamiętam. W tym czasie w Porycku ostał się tylko jeden sklep (kooperatywa).

Pamiętam, jak mama nas z Mietkiem, po coś nas posłała do kooperatywy, ludzi było dużo, staliśmy długo w kolejce i kupiliśmy suszone ryby, bo już nic więcej nie było. Ubrań też nie było, pamiętam jak prababcia przerabiała nam jakieś stare ciuchy na ubranka.

Pamiętam nadto, że w szkole kazano nam pisać listy do rosyjskich dzieci, gdzieś daleko w Rosji. Pisaliśmy na kartkach i w kopertach, natomiast listy od nich to była kartka złożona w trójkąt, była jednocześnie to koperta. Pamiętam jak przychodził nauczyciel, chyba znajomy ojca, i mówił, że źle się uczymy rosyjskiego, że za to mogą nas wywieźć do Rosji. Tata dał nam lanie i jakoś brnęliśmy dalej z tym rosyjskim.

W ostatnie dni przed 21 czerwca 1941 r. zauważaliśmy, jak jakieś samoloty przelatywały b. wysoko nad Poryckiem. Pokazywaliśmy je kolegom Rosjanom, to oni mówili: „Eto naszi lotczyki letajut”. Jak się potem okazało, były to niemieckie samoloty zwiadowcze. Nic nie zapowiadało wybuchu wojny z Niemcami, bo jak ojciec mówił (bojcy) dalej wyjeżdżali na urlopy, ojciec robił im walizeczki drewniane, prawie do ostatniego dnia przed wybuchem wojny z Niemcami.

   Bandy UPA coraz częściej zaglądały pod nasze domy

 Ojciec Aleksander nie przerywał tymczasem pracy w swoim warszatcie stolarskim. Tak pracowano do 21 czerwca 1941 r., gdy to wojska niemieckie wkroczyły do naszego miasteczka. Od lipca 1941 r. w Porycku stacjonował garnizon niemiecki w liczbie około 40 żołnierzy, wspomagany przez posterunek policji ukraińskiej. Siedzibą garnizonu i policji ukraińskiej był pałac hr. Czackich. Pod koniec czerwca 1943 r. garnizon niemiecki został wycofany z Porycka do Włodzimierza Wołyńskiego.  I to ostatecznie przesądziło o losie rodzin polskich w całej okolicy. A społeczność żydowską, która stanowiła 50% mieszkańców miasteczka, Niemcy wraz z Ukraińcami już w 1942 roku wymordowali. [6]

Niestety Poryck został też spalony w 80%. Teraz po spaleniu się naszego domu zamieszkaliśmy w baraku wraz z rodzinami ukraińskimi ze spalonej Pawłówki. Ojciec dalej prowadził warsztat stolarski do spółki z panem Szażyńskim, w nadpalonym budynku obok kościoła.

Mama Kazimiera z końcem maja 1943 r. wyjechała przez zieloną granicę z bratem Mietkiem do Karnkowa do dziadków Bańcerów. Pomagała im w tej podróży jakaś znajoma Taty. Mama była już wówczas bardzo chora. Zresztą ostanie nasze rodzinne zdjęcie na to wyraźnie wskazuje. Niestety już w czerwcu tego roku, nasza kochana mama Kazimiera zmarła na gruźlicę. Zostaliśmy pół sierotami. Tymczasem sytuacja w Porycku i na całym Wołyniu stawała się z dnia na dzień, coraz b. beznadziejna, rósł bowiem na potęgę ukraiński nacjonalizm i zewsząd napływały b. niepokojące wieści o skrytobójczych mordach, rabunkach i podpaleniach.

Jeszcze jakiś czas mieszkaliśmy z tatą Aleksandrem w baraku, nota bene razem z ukraińskimi rodzinami. Bandy UPA coraz częściej zaglądały jednak pod nasze domy, przychodzili do swoich znajomych. Niby w odwiedziny sąsiedzkie, ale wypytywali jacy to Polacy mieszkają w baraku. Wówczas my z tatą przeprowadziliśmy się na Michałówkę do wuja Palinki. Tam był duży dom i mieszkało kilkanaście osób z rodziny. Tata myślał, że w takim większym gronie Polaków, będzie nam nieco bezpieczniej, jednak się mylił. Stawało się dla wszystkich jasne, iż nikt z ludności polskiej nie może się czuć spokojny i bezpieczny, ludzie przeczuwali już coś b. niedobrego.

 Rzeź Polaków w kościele 11 lipca 1943 r. w Porycku

 Palinko, był stryjecznym wujem  mojego ojca, miał już koło 75 lat, jak pamiętam to od zawsze był kościelnym. Tego rana 11 lipca 1943 roku, spotykając mojego ojca powiedział: „Ale mamy ładną pogodę, (nie było żadnej chmurki na niebie) będzie dużo ludzi w kościele, bo i to chyba ostatnia niedziela przed żniwami.” Poszedł do kościoła.

My z tatą i Tośkiem Gąsiorowskim poszliśmy na sumę (to tak na 11 godzinę) do kościoła. Mama Tośka była w innej wsi u znajomych, a siostra (nie pamiętam jej imienia) poszła do kościoła z koleżanką. Jak zwykle my z Tośkiem stanęliśmy przed ołtarzem po lewej stronie, stało tam jeszcze kilku chłopaków. Dziewczyny stawały po prawej stronie ołtarza. Tata zawsze stawał przy oknie na korytarzu (kościół w Porycku miał krużganek wokół  kościoła), patrząc prosto na ołtarz. W kościele, jak spostrzegłem było dość dużo ludzi. Były tam całe rodziny z małymi dziećmi na rękach.

Wuj Palinko (kościelny) zadzwonił sygnaturką, a po chwili wszedł ks. Bolesław Szawłoski z ministrantami, rozpoczęła się suma (nabożeństwo). Już nie pamiętam, w jakim momencie, ktoś wszedł do kościoła i krzyknął: „Ukraińcy” UPO-wcy są przed kościołem!”.  Zrobiło się ogromne poruszenie, ludzie zaczęli biegać, (do drzwi i z powrotem do ołtarza) dzieci płakały. Ale msza trwała nadal. Dopiero gdy otworzyły się główne drzwi i z nich zaczęto strzelać z karabinu maszynowego, zrobił się popłoch, ogromny krzyk i lament. Ludzie biegali tam i z powrotem, padali, klękali, modlili się i krzyczeli, a najwięcej było słychać krzyki małych dzieci.

Nie pamiętam już jak, ale zgubiłem gdzieś w tumulcie i ścisku Tośka. Zacząłem uciekać do drzwi wejściowych bocznych, przy drzwiach powstał ścisk i zamieszanie. Jak potem zrozumiałem, to ojciec mój Aleksander odwrotnie, po usłyszeniu strzałów wchodził z korytarza (krużganku) do kościoła, i jakimś cudem spotkaliśmy się, tuż pod chórem. Ojciec złapał mnie za rękę i pociągnął do wierzy i schodami na chór. Karabin maszynowy cały czas strzelał! Nadto słychać było pojedyncze strzały karabinowe. Tam na chórze już był Pan Zegarski, [organista] i jeszcze parę osób (nie pamiętam już ich nazwisk). Byli to znajomi mego ojca. Oprócz mnie było tam jeszcze kilka małych dzieci.

Ojciec z Zegarskim pamiętali, że drzwi z wieży na poddasze krużganków, zostały zamurowane tylko na płaską cegłę i to na glinę, bo nie było wówczas cementu. Ponieważ nie było żadnych narzędzi, tata z Zegarskim  scyzorykami zaczęli dłubać glinę i cegły zaczęły się ruszać, tak jedna po drugiej dłubiąc usuwano. Zrobiono niewielki otwór i wszyscy obecni weszli na poddasze. Ktoś ostatni założył otwór cegłami. Było nas jak pamiętam kilka może z 15 osób w tym małe dzieci. Biegliśmy poddaszem, aż do drugiej wieży, w której wiedzieliśmy że nie było tam schodów. W szybkim biegu przeszkadzały nam grube belki, podtrzymujące zadaszenie. Ale dzięki tym belkom mieliśmy się za czym później schować. Biegnąc słyszeliśmy cały czas, jak strzelał karabin maszynowy i wtórowały mu pojedyncze wystrzały oraz wybuchy granatów. Nie zdawałem sobie sprawy, co się tam dzieje, ojciec ani znajomi nie zabierali głosu, nie mniej byli wystraszeni jak ja.

Schowaliśmy się za ostatnią belką rusztowania i siedzieliśmy jak myszy, cicho i z zapartym tchem. Wokół nas było ciemno, gdyż jak już wspominałem nie było schodów z tej wieży. Wejście do wieży było zamurowane. Po jakimś czasie zobaczyliśmy w poświacie okna nad zakrystią, dwie postacie idące w naszą stronę. Byli to mężczyźni z karabinami, szli w naszym kierunku. Zrobiło się małe poruszenie, ale tata powiedział: „Siedźcie cicho to może nas nie zauważą.”. Wszyscy myśleli to samo, że może nas już odkryli. Dreszcz przeszedł chyba wszystkim po plecach. Jeszcze bardziej przylgneliśmy się do owych grubych belek na poddaszu i czekaliśmy, co będzie dalej. Oni uszli jeszcze z parę metrów, przechodząc przez belki poddasza i stanęli nadsłuchując, a my wstrzymaliśmy oddech. Po paru minutach tak silnego napięcia odetchnęliśmy, zauważyliśmy że oni (a byli to najpewniej mordercy z kościoła) zawrócili i odchodzą, a my odetchnęliśmy.

Zostaliśmy na razie uratowani przez grube belki poddasza. Ale za jakiś czas (może po pół godzinie) powietrzem targnął potężny wybuch, aż strop pod nami się zatrząsł, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Za chwile do wieży zaczął napływać czarny dym, swąd palonej słomy. Tata domyślił się, że pewnie to UPO-wcy wysadzili ołtarz lub katakumby hrabiów Czackich. Gdy byliśmy zajęci ostatnimi przeżyciami i podsłuchiwaniem, co dzieje się w kościele na dole, niespodziewanie zaczęło grzmieć i błyskać. Spadł duży (ulewny) deszcz, słyszeliśmy jak dudnił o blachę dachu. Bardzo głośno grzmiało. Okazało się, że burza była gwałtowna i trwała krótko, ale to wystarczyło by UPO-wcy wynieśli się z kościoła.

To już było około czwartej godziny, po południu. Takie było nasze napięcie przez ten czas, że nie liczyliśmy ile to wszystko trwało. Ktoś wszedł od zakrystii i powiedział nam, że Ukraińców już nie ma w kościele. Nie chcieliśmy uwierzyć! Pomalutku, z duszą na ramieniu, zaczęliśmy przechodzić przez belki w kierunku wyjścia, do naszej dziury w tamtej drugiej wieży. Wchodząc na schody wieży zobaczyłem pierwszą ofiarę, była to zamordowana kobieta. Leżała na krętych schodach i to pamiętam głową w dół, nie żyła, a kałuża krwi ściekła, aż na dół schodów do kościoła.

Wychodząc z wieży do kościoła zobaczyliśmy, co się stało, ogarnęło nas przerażenie i strach. Na posadzce kościoła leżała biała powłoka i ludzie byli cali biali. Okazało się, że jak UOP-wcy zapalili słomę, by zdetonować pocisk artyleryjski (pocisk miał zniszczyć ołtarz) nastąpił wybuch to posypał się tynk wapienny z sufitu i ścian kościoła. Ten pył pokrył wszystko białym proszkiem i kawałkami tynku (posadzkę i ludzi). Wybuch nie zdołał zniszczyć ołtarza. Tylko nadpalone zostały stopnie przed ołtarzem i dywany. Dużo ludzi leżało w kałużach krwi, inni klęczeli, jeszcze inni wołali o pomoc. Widziałem jak  jedni pomagali drugim, by się wydostać spod innych nieżyjących ciał. Jeszcze inni wynosili na rękach swoich zmarłych lub rannych.

Ojciec przerażony, tym co zobaczył przypomniał sobie, że w kościele był dziadek Józef Jezierski, zaczął go szukać. Chodząc od jednych zwłok do innych, ale dziadka nie było ani wśród żywych, ani zmarłych. Ojciec pociągnął mnie w kierunku zakrystii. Ale by tam dojść, musieliśmy przejść przez kałuże krwi, w której leżały trzy kobiety. Jak mi się zdawało była to matka z córkami. Ojciec wziął mnie na ręce i przeniósł, by nie nadepnąć na leżące kobiety. Dziadka zobaczyliśmy, jak stał schowany za bocznymi drzwiami. Były to duże drzwi, którymi wchodziło się do kościoła i do zakrystii. Dziadek stał za tymi drzwiami był jakby nieprzytomny, miał osmalone (nadpalone) wąsy, i nadpaloną marynarkę. Pamiętam jak ojciec powiedział do dziadka: „Niech tata idzie do domu i powie Gienkowi, (to brat ojca który mieszkał z dziadkami w Starym Porycku), by zabierał rodzinę i niech uciekają w kierunku Sokala.”

Dziadek zapytał ojca: "A gdzie wy idziecie?!" Ojciec odpowiedział niemal automatycznie: „W świat, do Sokala.”. Gdy rozmawialiśmy z dziadkiem, widziałem, jak ludzie wychodzili, uciekali z kościoła, nieśli ranne dzieci na rękach. Wszyscy byli bardzo wystraszeni, widziałem, że niektórzy byli zbroczeni krwią. Szli do domów z nadzieją, że tam znajdą schronienie, a tam (jak się potem okazało) już na nich czekali UPO-wcy, by dalej mordować. Tych co byli w domach i tych wracających z kościoła. Tak wymordowano całą rodzinę Palinków.

Po rozmowie z dziadkiem nie poszliśmy do Palinków (na szczęście), ani do naszego pokoju w baraku, chociaż był on po drodze. Poszliśmy w kierunku chutorów pod lasem. Tam ojciec miał znajomego Ukraińca. dawnego sąsiada z Pawłówki, Mielniczuka Kiryka i na niego liczył, że nam pomoże. Biegliśmy opłotkami, unikając spotkania ludzi, tylko psy za nami szczekały. Po godzinie takiego biegu skryliśmy się w zagonie żyta (żyto było wysokie, bo to już krótko przed żniwami ) i czekaliśmy, aż się ściemni, by pójść do Kiryka. (To jest imię). Jak tak cicho trochę drzemiąc siedzieliśmy, raptem usłyszeliśmy głosy Ukraińców. Szli obok drogą. Opowiadali sobie jak to: ,,strilały do lachiw'' (strzelali do Polaków) w poryckim kościele. Pochyliliśmy niżej głowy i czekaliśmy, aż przejdą. Aż tu nagle usłyszeliśmy ujadanie psa, zdrętwieliśmy ze strachu, ale prawdopodobnie był to jeszcze szczeniak. Gdyby to był stary pies, to już by było po nas. Zdaliśmy sobie z tego sprawę dopiero, jak Ukraińcy odeszli a pies przestał ujadać. Prawdopodobnie pies biegał wokół idących, oszczekując swych panów.

Kiryk nawet mocno się nie zdziwił, wysłuchał ojca o tym co się stało w kościele. Przyjął nas, do swego domu, nakarmił i przenocował. Ja spałem z jego synem w łóżku, a tata w stogu z sianem, tak było bezpieczniej i dla Kiryka i dla nas. Drugiego dnia (12 lipca), gospodarz na prośbę ojca pojechał do Palinków w Porycku i przywiózł nasze spakowane walizki. Jak mówił, nie jechał koło kościoła, bo się bał, że spotka UPO-wców. Od sąsiadów Palinków dowiedział się kogo z nich zamordowano w kościele. Otóż zamordowano dziadka Palinkę i jego wnuczkę, księdza przy ołtarzu tylko raniono, Upowcy zaś po wyjściu z kościoła, poszli mordować po domach.

Ojciec jak idąc do kościoła nie miał przy sobie dokumentów, ani żadnych pieniędzy ale wszystko było w walizce ojca. Żona Kiryka  dała nam chleba na dalszą drogę. Poczekaliśmy, aż się zrobiło ciemno, bo mieliśmy przejść przez tory kolejowe, a to była droga Ukraińców, którędy jeździli do Porycka. Poczekaliśmy, aż zajdzie księżyc i przebiegliśmy tory.

Po pewnym czasie spotkaliśmy znajomych i razem, już śmielej szliśmy do granicy (była to granica pomiędzy Ukrainą a Rajchem). Było już rano. Niemcy dopiero wychodzili na granicę, nie zatrzymali nas tylko kazali iść prosto do miasteczka Sokala. W Sokalu spotkaliśmy już kilkadziesiąt osób takich jak i my uciekinierów z okolic Porycka, Ale oni nic nie słyszeli o naszych dziadkach, stryju i stryjence z dziećmi ze Starego Porycka.

 Gorzki smak tułaczki i czas powojenny

 Kilka dni spędziliśmy w Sokalu. Zebrało się kilkaset osób, niedobitków, czy wszyscy byli z okolic Porycka, to już nie pamiętam. Ale i Sokalu nie było spokoju, pewnej nocy obudziły na pojedyncze strzały i kanonada karabinu maszynowego. Rano dowiedzieliśmy się, że to z komendy niemieckiej policji, ukraińska policja uciekła w nocy do lasu z całą swoją bronią, stąd ta nocna strzelanina. Po kilku dnach Niemcy załadowali nas do wagonów towarowych. Jak się potem okazało, dowieźli nas do Lwowa. Tam ojca wezwano do ,,arbajzamtu'' I jak to było to nie wiem, że w końcu pojechaliśmy do Warszawy.

W Warszawiwie ojciec miał cioteczną siostrę i wuja. U tej siostry o nazwisku  Korczak-Tur się zatrzymaliśmy. Ojciec starał się o dokumęty ,,przez dziadka Bańcera'', o zatrudnienie w majątku Karnkowo, dawnym majątku dziedziców Karnkowskich.  Czekaliśmy u ciotki prawie miesiąc. Po miesiącu, z przygodami na granicy rzeszy, dotarliśmy wreszcie do Karnkowa. Tata Aleksander pdjął pracę jako stolarz w dworskiej stolarni. Ja jako nieletni zatrudniony zostałem w ogrodzie, gdzie pracował dziadek Stanisław Bańcer.

Dalszy okres okupacji niemieckiej spędziliśmy w Karnkowie, u dziadków Bańcerów.  A jak zakończyła się wojna w 1945 r. Mietek i ja zamieszkaliśmy w Karnkowie na stałe, gdyż nie mieliśmy gdzie wracać. Wołyń po wojnie pozostał po stronie sowieckiej! Od połowy sierpnia  zaczęliśmy chodzić do szkoły, do 4 klasy. W 1947 r.  ukończyliśmy siódmą klasę. Mietek poszedł do gimnazjum do Lipna, a ja do zawodówki do Tczewa. Mój ojciec Aleksander po wojnie ożenił się po raz drugi z wdową Jadwigą Karczeską i wyjechali do Kwidzyna. Tam urodzili im się synowie: Tomasz i Roman. Tomasz mieszka w Gdańsku a Roman w Kwidzyniu.

Ja w tym czasie ukończyłem zawodówkę w Tczewie. Z poboru poszedłem do wojska w Kołobrzegu, to był rok 1950/51. Byłem na szkole podoficerskiej, ponieważ dla podoficerów przedłużono służbę do 3 lat. To ja się zdecydowałem do szkoły oficerskiej Marynarki Wojennej. Szkołę oficerską skończyłem w październiku 1955 r. i dostałem przydział na ORP Burza.  Zostałem tam artylerzystą. Potem jeszcze służyłem na ORP Błyskawica i ORP Grom. W służbie dane mi było zwiedzić kilka portów w różnych krajach: w Szwecji, Norwegii, Finlandii. Byłem i na samym Spicbergenie. W byłym ZSSR widzaiło się Leningrad, Sewastopol, Bałtyjsk, Rygę i Rostok. Po pewnym czasie z powodu choroby wrzodowej zostałem wyokrętowany. Dostałem przeniesienie do Szczecina, wraz z rodziną. W Szecinie byłem wykładaowcą w PSS i potem w WSM. Gdy byłem już w WSM to zwiedziłem na statkach handlowych: po raz drugi Szwecję, Finlandie, Norwegię, Kasablankę, Hiszpanię, Wyspy Kanaryjskie, Senegal, Londyn i Kopenhagę.

O zamordowaniu dziadków i całej rodziny Jezierskich dowiedzieliśmy się dopiero w latach 1960-tych. Nasz znajomy Afanazy Hoszko Ukrainiec, były pracownik warsztatu w Porycku. Po wojnie zamieszkały na Śląsku. Pojechał w latach 60-tych do Porycka, odwiedzić rodzinę. Rozmawiał ze swoim bratem Siergiejem i on mu opowiedział, jak zamordowano naszych dziadków ze Starego Porycka. Otóż naszych dziadków: Józefa  i Jadwigę Jezierskich, prababkę Ulanoską oraz stryja Gienka, jego żonę i dwoje nieletnich dzieci zamordowali sąsiedzi Ukraińcy. Przewodził im Ukrainiec Klim Matwiejczuk, sąsiad ze Starego Porycka. W domu dziadków była jeszcze rodzina żony stryja. Był tam dziadek i babka Zembrzydcy, oraz ich starsza córka z dwojgiem dzieci 12-14 lat i była tam jeszcze młodsza siostra stryjenki. Czyli razem w domu było 13 osób. Wszyscy zostali zamordowani na podwórku, a dzieci utopiono w studni. Stryj Gienek ranny z żoną Marią próbowali uciekać, UPO-wcy dogonili ich na wale pomiędzy jeziorem a stawami i tam dobili. Dom został spalony a ich cały dobytek zabrał główny morderca Matwiejczuk.

Nazwisko Jezierskich, Eugeniusza i jego żony Marii widnieje na płycie nagrobnej na cmentarzu w Pawliwce. Ten, kto opowiadał o tym okropnym mordzie, musiał tam być, lub dowiedział się od któregoś z morderców.

            Na koniec b. już krótka ale jakże gorzka dla mnie i dla mojej rodziny dygresja. Wiosną tego roku 2015 znalazłem film, który nakręcił jakiś ukraiński, młody dziennikarz. I w tym filmie były mi takie oto obrazki, iż my Polacy (Prezydent RP), popieramy niby tę nową Ukrainę, a oni dalej mają za bochaterów morderców naszych rodzin. Z poważaniem  Ryszard Jezierski

 P.S.

Powyższe wspomnienia, są to oryzinalne zapiski naocznego świadka ludobójstwa OUN-UPA na niewinnej ludności polskiej w kościele w Porycku 11 lipca 1943 r., Pana Ryszarda Jezierskiego, nadesłane mi przez niego w trzech listach e-mailach: 13 sierpnia, 24 sierpnia i 12 września 2015 r. Wspomnienia te dziś 8 lipca 2020 r. opracowałem po raz pierwszy i już tego samego dnia je publikuję, z myślą o 77 rocznicy ludobójstwa w Porycku i na Wołyniu oraz z myślą o IV Narodowym Dniu Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. Podkreślenia w tekście wspomnień Pana Jezierskiego, pochodzą od autora opracowania i prowadzącego blog Sławomira Tomasza Roch

 

Przypisy:

[1] Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, Warszawa 2000, Tom II,  s. 1018.

[2] Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, Warszawa 2000, Tom I,  s. 897.

[3] https://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Porycku

[4] Władysław Tokarczuk na stronie:

 https://www.kresowianie.info/artykuly,n261,historia_rodziny_jezierskich__ku_czci_pomordowanych_przez_upa.html

[5] Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, Warszawa 2000, Tom I,  s. 896.

[6] Jak wyżej.


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 600 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
9839954