Nazywam się Jadwiga Kapłon mam 71 lat, mieszkam w Zamościu, woj. Lubelskie. Urodziłam się 2 kwietnia 1932 r. w mieście Włodzimierz Wołyński na Wołyniu. Mój tatuś miał na imię Mikołaj Roch, a mamusia Aleksandra z d. Barszczewska. Rodzice taty to Stanisław Roch i Antonina z d. Brzezicka, a rodzice mamy to Emilian Barszczewski i Helena z d. Sudnik, była z pochodzenia Czeszką. Miałam troje rodzeństwa, ja byłam najstarsza, druga była Leokadia, a trzeci Mieczysław, było jeszcze dwoje dzeici, które niestety zmarły: Zygmunt lat 2 i Lucyna (Lusia) lat 3.

Nasza ulica Ostrowiecka przez długie lata nazywała się Ryławica, a nr domu 45. Potem dopiero ją oficjalnie przemianowano. Przed wybuchem II wojny światowej miałam wielu kolegów i koleżanek i Polaków i Ukraińców. Nie było między nami jakiś różnic, a tym bardziej jakichkolwiek nieporozumień. Bawiliśmy się zgodnie i radośnie, często bywałam w ukraińskich domach, w tym u naszych sąsiadów. Byłam tam traktowana dobrze i nie czułam żadnej wrogości do mnie jako Polki i do naszej rodziny Rochów. Moją najlepszą koleżanką była Polka z naszej ulicy Teresa Magieza. Dla Królestwa Niebieskiego narodziłam się w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w naszym mieście Włodzimierzu Wołyńskim. Moim ojcem chrzestnym był Polak Stefan Kula, nasz sąsiad przez miedzę, który przeżył tę straszną wojnę i wraz z żoną Adelą osiedli w mieście Skarżysko-Kamienna. Mamą chrzestną była Ukrainka, prawosławnej wiary Sabina Szymańska, też nasza sąsiadka, mieskała w tym samym domu.

 Widziałam dziecko krzyż na niebie pośród drzew!

 Nasza szkoła była niedaleko naszego domu. Do pierwszej klasy chodziłam z dziećmi ukraińskimi, a do drugiej z dziećmi polskimi. Pamiętam, że przed wybuchem II wojny światowej moja babcia Antonina Roch powiedziała do mnie tak: „Widziałam dziecko krzyż na niebie, pośród drzew!” Zapytałam babcię: „Dlaczego mnie babcia nie obudziła ze snu, abym i ja mogła to zobaczyć?!” Babcia Antosia odpowiedziała mi tak: „Lepiej żebyś Ty dziecko tego nie widziała!”. Babcia dodała wtedy jeszcze tak: „Znak ten to będzie rzeź!”

Widać ten krzyż pokazał się w nocy, kiedy ja spałam. Babcia pokazywała mi, że ów znak był nad naszymi pokojami, znajdował się na południe od miasta. Niestety, nic wiącej na ten temat nie wiem. Babcia Antosia była osobą bardzo mądrą i dobrą. Poza babcią Antoniną nikt inny nie wspominał mi o tym krzyżu. Przed wojną nie przypominam sobie, aby nasi Ukraińcy czynili nam krzywdę.

Pamiętam, że nasz tatuś Mikołaj Roch był zmobilizowany na wojnę. Walczył dzielnie na froncie we wrześniu 1939 r. i dostał się do niewoli niemieckiej. Tatuś służył w kawalerii, pamiętam że jeździł na koniu. Gdy wyruszał na front, Niemcy już bombardowali nasze miasto Włodzmierz Wołyński. Nasza sąsiadka Polka o nazwisku Palonka szła właśnie na stację kolejową, by tatusia ruszającego na front pożegnać. I kiedy przechodziła blisko naszego domu, padła bomba lotnicza i zabiła ją na miejscu.

Tatuś Mikołaj przebywał w niemieckiej niewoli cztery lata i w końcu bardzo zachorował. Wtedy Niemcy wydali mu pozwolenie, aby wrócił do domu rodzinnego na Wołyń. I tato przyjechał cały do miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Jeszcze w roku 1943 zachorował jednak ponownie, gdyż zbyt często pił sodę oczyszczającą, która bardzo poważnie naruszyła mu żołądek.

Niedługo po hitlerowskich bombardowniach weszli do miasta Sowieci, jeszcze w tym czasie ludność ukraińska zachowywała się spokojnie. Nie były to już jednak te same dobre stosunki międzyludzkie, co to przed wojną bywały. Wyczuwało się już jakąś niechęć do nas Polaków. Chodziłam w tym czasie do szkoły ruskiej, gdzie uczono nas po ukraińsku.

Sowieci co jakiś czas wysyłali ludzi na Syberię. Zwykle przychodzili w nocy, wyrywali ludzi właściwie z łóżek i dawali mało czasu. Potem zabierali wszystkich i wywozili. Dzieciom tłumaczyli, że jadą na wakacje. Właściwie nikt z tych rodzin nie wracał do domu. Przeważnie zabierano Polaków. Z mojej rodziny wiele osób zostało wywiezionych na Syberię, w tym mój wujek Barszczewski i jego żona. Jest mi wiadome, że jakaś rodzina Rochów też została wtedy wywieziona na Syberię i raz nawet do nas napisali list, w którym prosili by im wysłać smalec z psa. Chyba się wtedy b. pochorowali i im ten smalec był b. potrzebny. Pamiętam, że mamusia chodziła do Rakacza, chycla specjalnie w tej sprawie. Przyniosła nawet potrzebny smalec i wysłał im na Sybir. Niestety nie otrzymliśmy już żadnej odpowiedzi od nich i od tej pory wszelki ślad po nich zaginął. Udało się stamtąd wrócić wujkowi, już z żoną Ukrainką i osiedli w mieście Dniepropietrowsk. Tam założyli swoją rodzinę. W 1991 r. przysłali piękne zdjęcie jego samego, żony oraz swojej rodziny z wnukami.

 Masakra Żydów z Włodzmierza Wołyńskiego i z okolic

 Pamiętam jak Niemcy wkroczyli do miasta Włodzimierz Wołyński. Ja i moja rodzina cieszyliśmy się, że przyszli Niemcy, bo Ruskie byli jeszcze gorsi niż one. Rodzice dali mi kwiaty i ja i wiele innych dzieci, podawałyśmy idącym żołnierzom niemieckim, jednak oni b. głośno na nas krzyczeli, odpędzali nas, a nawet niektórym z nas się tymi kwiatami dostało. Ci Niemcy bili nas tymi kwiatami! Nic z tego wszystkiego nie rozumiałam! Takie były początki, bo następne dni były już spokojniejsze. Ukraińcy zachowywali się też spokojnie i jeszcze nie słyszałam, żeby były gdzieś morderstwa.

Niemcy na wiosnę 1942 r. rozpoczęli rozprawę z Żydami. Pomagali im w tym policjanci ukraińscy. Żydzi mieli obowiązek nosić z przodu i z tyłu gwiazdę Dawida, która znajdowała się w żółtym polu w krztałcie koła. Na początek Niemcy stworzyli dla Żydów getto i tam ich zewsząd masowo zwozili i tam ich przetrzymywali. W jednym domu przy ul. Ostrowieckiej mieszkał rabin żydowski lat ok. 40, jego żona miała na imię Etla lat ok. 38. Mieli dwóch synów Motjo lat ok 14 i Arona lat ok 2. Niemcy zabrali ich wraz z innymi do getta, tam jednak panował wielki ścisk i głód, tak że chłopcy przekradali się do nas nocami i prosili o coś do jedzenia. Babcia Antonina Roch chętnie udzielała im pomocy, karmiła i podawała żywność ich rodzicom. Jednego razu chłopcy zatrzymali się u nas nieco dłużej, ukrywali się przez cały tydzień w naszej stodole. Widziałam ich osobiście, jak chowali się pod snopkami słomy, osobiście nosiłam im jedzenie do stodoły. Wyglądali b. biednie i byli mi b. wdzięczni. A mi było ich szkoda ale taka to była straszna wojna. Po tygodniu czasu, coś ich tchnęło i postanowili wrócicć do getta, mówiąc do nas wszystkich, jakby się z nami już żegnali: „Wracamy do getta, bo tam zostali nasi rodzice. I my chcemy umrzeć, tak jak oni i razem z nimi.” Niestety już nigdy więcej do nas nie wrócili i przypuszczam, że wszscy zginęli zamordowani przez hitlerowców niedaleko miasta Włodzimierz Wołyński. Babcia jeszcze od czasu do czasu podchodziła do getta, otoczonego w tym czasie drutami kolczastymi. A gdy nie było straży podrzucała Żydom coś do jedzenia. Ja tam bałam się chodzić bowiem babcia postraszyła mnie, że mogą mnie wziąć za dziecko żydowskie.

Jednego razu przyszedł do nas do domu urzędnik i zaczął wyznaczać osoby do kopania dołów, które były po coś potrzebne Niemcom. Niemal z każdego domu wyznaczono po jednej osobie. Ponieważ u nas nie było komu, tatuś Mikołaj był jeszcze w niewoli niemieckiej, wyznacuono mnie. Musiałam wraz z innymi ciężarowym samochodem jechać w nieznane. Bardzo się wtedy bałam, że już nas wszystkich wiozą na pomordowanie. Zajechaliśmy gdzieś pod duży las, byłam tam pierwszy raz w życiu. Gdy samochody się zatrzymały, padł rozkaz by wysiadać i brać się do kopania dołów. Było nas tam dużo młodzieży. Kopaliśmy długie, nawet po kilkanaście metrów, a szerokie po 1,5 metra rowy. Jednego dnia wykopaliśmy jeden dół, a drugiego jeszcze drugi taki dół. Kopało bardzo dużo ludzi, pilnowali nas jacyś ludzie uzbrojeni w karabiny. Mieli na sobie czarne spodnie pompy. To byli chyba Ukraińcy.

 Na wieczór pierwszego dnia kopania, odwieźli nas wszystkich do domów, a rano znowu przywieźli nas w to samo miejsce. Drugiego dnia obok mnie pracował starszy już człowiek, lat ok. 70. Kiedy rów był już trochę głęboki, ziemia którą wyrzuciłam zbyt słabo w górę, stoczyła się z powrotem do dołu. Zauważył to Ukrainiec i ten dziadek, który był Polakiem. On to zaraz schylił się i wyrzucił tę grudę z dołu. W tym czasie Ukrainiec który stał nade mną, trzymał się pod boki i przyglądał się naszej pracy, powiedział tak: „Lekkiej pracy szukasz?!” I strzelił do niego bandzior z bliskiej odległości. Ten dziadek upadł na plecy, a jego oczy patrzyły prosto we mnie! Nie zapomnę Jego wzroku do końca mojego życia. Jeszcze wiele lat po wojnie, ile razy palę znicze na cmentarzu, zawsze mam tę scenę przed oczyma. Do dziś mam świadomość, że gdyby nie ofiara z Jego życia, to widziemisie tego bandyty mogło dosięgnąć wtedy mnie. Jego ciała nikt już z tego dołu nie wyciągał, został tam już na wieki.

Gdy te doły były już właściwie gotowe, w godzinach popołudniowych Niemcy zaczęli przywozić ciężarówkami duże ilości Żydów, chyba z naszego getta w mieście Włodzimierz Wołyński. Wszystkich nas Polaków odprowadzono w tym czasie na bok i tam kazali na czekać. Żydów tymczasem wyprowadzono grupami z ciężarówek i ustawiano rzędami nad wykopanymi przez nas dołami. Byłam od tych ofiar około 100 metrów. Widziałam wszystko jak na dłoni! Bandyci po chwili otworzyli do Nich ogień z broni ręcznej, strzelając im prosto w te żółte kółka z gwiazdą Dawida. Słaszałam, że wszyscy powtarzali, że biją Ich w te żółte kółka. Nie można nam było wcale wtedy rozmawiać, bo groziła za to śmierć. Żydzi tak jak stali, tak wpadali prosto do tych gotowych, świeżych dołów. Po jednej grupie, oprawcy przyprowadzali następną i tak b. dużo razy.

Żydzi głośno modlili się, rozpaczali, słychać było tylko ich zawodzenie: „Łaj, łaj, łaj!”. W pewnym momencie jeden z chłopców rzucił się do ucieczki, jednak po chwili kula trafiła go i zabiła. Jeden z bandytów wyznaczył mnie i jakiegoś młodego chłopaka, abyśmy przyciągnęli jego ciało do dołu. Musieliśmy wykonać ten rozkaz natychmiast i ściągnęliśmy Jego ciało do dołu. Zobaczyłam wtedy na własne oczy cały dół pomordowanych ludzi. Było Ich tam b. dużo, może nawet setki. Wiele ciał jeszcze się ruszało. Widać było że wielu ludzi jeszcze żyło, że byli ciężko ranni, bardzo jęczeli przy tym. Jednak oprawców wcale to nie obchodziło! Dali nam Polakom wapno i kazali sypać je na te kupy ludźkich, drgających, dogorywających w śmiertelnych konwulsjach ciał.

 Zasypywać doły ziemią!

 Następny rozkaż brzmiał też b. sucho: „Zasypywać doły ziemią!” Sypałam tę ziemię z innymi i serce mi mocno kołatało, kiedy widziałam jak pomordowani znikali pod zwałami ziemi.Widziałam za chwilę te całkiem zasypane doły i widziałam że ziemia wciąż się rusza, wciąż słyszałam jęki pomordowanych ludzi. To było straszne! Byłam tym bardzo wstrząśnięta! Na szczęście strach przed tymi bandytami, mobilizował mnie do zachowania spokoju i trzeźwego umysłu. Po wszystkim załadowano nas wszystkich w te ciężarówki i odwieziono nas na noc do swoich domów.

Rano naziści znowu zawieźli nas w to samo miejsce i ponownie musiałam przeżyłać ten sam widok i te same wydarzenia, masakrę roztrzeliwanych tam masowo  Żydów, prawdziwy szok. Patrzyłam i widziałam raz jeszcze, że ziemia na zasypanych jamach jeszcze drżała, znak że jeszcze niektóre ofiary holocaustu dawały znaki życia. Ziemia tak przemokła krwią ofiar, tak zaparowała, że zrobiła się dosłownie maź, przy czym niektóre członki ciał, niektóre ręce i nogi pomordowanych, wystawały ponad tę czarną, błotnistą masę. W pewnym momencie widziałam głowę wystającą nad ziemię, całą umurusaną w tej błotnistej mazi. Długo tam nie byliśmy, tak jakby nam pozwolili tylko na to popatrzeć, może chcieli w ten sposób zastraszyć nas i całą społeczność Polaków.

Potem pojechaliśmy trochę dalej i znów wysadzili nas tuż pod samym lasem. I tam również musieliśmy kopać taki sam dół, choć trochę płytszy. Pod koniec dnia naziści przywieźli nas z powrotem do miasta i już nigdy więcej tam nie jeździłam. Jednak obraz który wyrył się w moim sercu podczas tych trzech zaledwie dni sprawił, że dusza moja napełniła się bólem i goryczą. Byłam wówczas jeszcze dzieckiem, miałam zeledwie 10 lat i ta bezsensowna rzeź była dla mnie ogromną tragedią, która zrodziła głębokie rozczarowanie w stosunku do Ukraińców. Nie mogłam pojąć za co i dlaczego, tak po zwierzęcemu rozprawili się z miejscowymi Żydami. Przecież do niedawna to byli ich i nasi najbliżsi sąsiedzi. Nie mogłam zrozumieć, jak to jest w ogóle możliwe, że jeszcze niedawno wspólnie siadaliśmy do jednego stołu i wspólnie bawiliśmy się w najlepsze na prywatkach i przyjęciach rodzinnych. Tam nad dołami, dobrze to pamiętam oprawcy rozmawiali ze sobą po ukraińsku. Do nas także zwracali się po ukraińsku. Najczęściej można było usłyszeć różne drwiny z nas Lachów i Żydów oraz różne ukraińskie przekleństwa. Dla przykładu słaszałam osobiście, jak wiele razy ci ukraińscy bandyci mówili do mnie i do nas wszystkich buńczucznie tak: „Żydami rozczynimy, a Lachami zamisimy”!

[fragment wspomnień Jadwigi Kapłon z d. Roch z miasta Włodzimierz Wołyński na Wołyniu 1938-1944 – wysłuchanych, spisanych i opracowanych przez autora bloga S T Roch]


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 977 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
9390258