Od lutego 1944 roku delegatury Polskiego Komitetu Opiekuńczego działające na Kresach raportowały o masowym zaopatrywaniu się nacjonalistów ukraińskich w polskie dokumenty. Tysiące polskich kenkart zostało wykradzionych ze starostw i urzędów gminnych i fałszywie wystawianych przez urzędników ukraińskich. Kilka tysięcy dokumentów osobistych zostało zrabowanych przez Ukraińców po wymordowaniu ich polskich właścicieli. Trudno jest oszacować, ale zapewne kilka tysięcy zbrodniarzy ukraińskich posługując się tymi dokumentami osiedliło się na obecnym terenie Polski oraz uciekło na Zachód. „Z różnych źródeł docierają wciąż informacje, że Ukraińcy z Małopolski Wschodniej różnymi sposobami starają się zaopatrzyć w polskie „Kenkarty” i w ten sposób zabezpieczyć się na wypadek konieczności ucieczki do centrum Polski.   („Raport D.O. z 18 II 1944r.”, s. 66). „Dochodzą nas z wiarygodnych źródeł wiadomości, że liczni osobnicy narodowości ukraińskiej, zaopatrzywszy się wprzód nielegalną drogą w dokumenty, wskazujące ich rzekomą przynależność do narodowości polskiej, wyjeżdżają z terenu dystryktu Galicja na teren innych dystryktów i tam, legitymując się tymi papierami nachodzą Polskie Komitety Opiekuńcze gdzie otrzymują często pomoc materialną i moralną. Zważywszy, że osobnicy tacy rekrutują się przeważnie z kół, których przeciwpolskie nastawienie jest notoryczne, uważamy za konieczne, aby Polskie Komitety Opiekuńcze i Delegatury na terenie pozostałych czterech dystryktów Gen. Gubernatorstwa zwracały jak najbaczniejszą uwagę na rzekomych uchodźców-Polaków, którym udzielają pomocy i żądały od nich tylko takich dokumentów legitymacyjnych jak metryki, zaświadczenia urzędów gminnych, a nawet Kennkarty, lecz specjalnych, w najświeższą datę zaopatrzonych, zaświadczeń Polskich Komitetów Op[iekuńczych] lub Delegatur istniejących na terenie dystryktu Galicja, z których dani “uchodźcy” pochodzą.” (1944, 17 marca – Pismo PolKO w Drohobyczu do RGO w Krakowie w sprawie posługiwania się przez osoby narodowości ukraińskiej nielegalnie zdobytymi dokumentami polskimi w celu wyłudzenia pomocy od polskich organizacji pomocowych; w: B. Ossol. 1621/1, s. 137). „W kałuskim okręgu od 2 miesięcy masowe mordy Polaków przez Ukraińców. Bezkarnie włóczą się i jeżdżą w dzień i w nocy grupami (10- 20 sań i fur) po 50-100 ludzi i więcej i napadają po wsiach i po drogach na Polaków, których uprowadzają bądź też mordują na miejscu. W oczach rodziców dzieci rozrywają lub chwytają za nogi rozbijają głowy. Ostatnio obstawiają wieś, podpalają, do uciekających strzelają, a nawet wrzucają żywcem do ognia.

Pomaga im w tym Ukraińska milicja, a nawet bierze w tym czynny udział, co zostało kilkakrotnie stwierdzone. Wszelka interwencja u władz pozostaje bez skutku. Polacy w rozpaczy masowo uciekają ze wsi i miasteczek, podobnie jak było na Wołyniu. Chcą uciekać na Zachód. Dotychczas potrzebne były przepustki kolejowe, które wydawali Ukraińcy, naturalnie Polakom nie chcieli zupełnie wydawać, tylko swoim, uciekającym teraz przed bolszewikami. Przymus przepustek został zniesiony. Ale z czym ludzie ze wsi mogą uciekać. Wielu uciekło niemal nago, w koszuli tylko, bez obuwia nawet, ratując tylko życie z ognia i masowego mordu. Ukraińcy natomiast wyjeżdżają na zachód dobrze zaopatrzeni, a nawet towarowymi wagonami. Przy tym mają Ukraińcy i Polskie Kennkarty, którymi jak słyszeliśmy posługują się na Zachodzie. Niewątpliwie zgłaszają się i w tamtejszych Polskich Komitetach. U nas np. zginęło przed 3 miesiącami w tutejszym Magistracie przeszło 1.000 blankietów Polskich Kennkart z pieczęciami potrzebnych Ukraińcom. Sprawców włamania naturalnie nie znaleziono. Nie wiemy czy władze tamtejsze i Komitety Polskie wiedzą o tym ukraińskim nowym sposobie ukrywania się na Zachodzie. Masowo zgłaszają się do nas Polacy z prośbą o wydanie zaświadczeń, ponieważ gminy nie chcą im wydać Kennkart tłumacząc zgłaszającym się, że zabrakło blankietów Kennkart, ponieważ tych Komitet Polski gminom nie nadesłał !!! Nowe szelmostwo ukraińskie, czyż Komitety miały kiedykolwiek blankiety Kennkart i czy Komitety je gminom dostarczyły? Dostały gminy blankiety ze starostw, ale te sprzedały za tysiące lub dały swoim Ukraińcom. Obecnie są wypadki, że zwracają Polakom fotografie, a nawet durnie dają kopie Kennkart jakie winne pozostać w gminie, a co do oryginału (jaki winna dostać strona) tłumaczą, że nie wiedzą gdzie jest lub że Polski Komitet nie nadesłał. Naturalnie jeszcze wytwarzają u nieuświadomionych niechęć i pretensje do Komitetów. Również wielki popyt jest wśród Ukraińców na zaświadczenia polskości z Komitetu. Nie mogąc dostać np. polskiej Kennkarty wyjeżdżając na Zachód chcą mieć przynajmniej zaświadczenie z Polskiego Komitetu, by tym tam się posługiwać. Np. przed kilkoma dniami oferowano mi za takie zaświadczenie worek 100 kg. najcudniejszej białej grysikowej mąki. Skończyło się na wyrzuceniu za drzwi tego śmiałka. Uważam, że wskazane jest, by R. G. O. o tym powiadomiło Komitety, że mogą zgłaszać się do Komitetów i Ukraińcy z polskimi fałszywymi Kennkartami i sądzę, że oprócz Kennkart winne Komitety żądać od uciekinierów zaświadczenia polskości Komitetu miejscowości skąd dany osobnik przyjechał. Miałem również wypadek, że zgłosił się u mnie niejaki Mikołaj Korol - Ukrainiec od 1/9 1942 kierownik szkoły rolniczej w Chocieniu (ad Kałusz) do 30/8. 1942 kierownik szkoły powszechnej w Woli Koryckiej (ad Garwolin), mający ukraińską naturalnie metrykę, bym mu wydał zaświadczenie polskości, ponieważ zawsze odnosił się przychylnie do Polaków i potępiał ich mordy. Prosił przy tym i o zaświadczenie dla żony Polki i dwóch córek Ireny lat 17 i Anny lat 15 - Polek - urodzonych gdzieś tam pod Garwolinem, które mimo iż były Polkami miały ukraińskie Kennkarty. Naturalnie odmówiłem, mimo ich tłumaczenia, że bojąc się Ukraińców musieli za mężem i ojcem przyznać się do Ukraińców. Nie przeszkadzało to np. córce Irenie stale i demonstracyjnie wszędzie mówić po ukraińsku. Brat tegoż Pana tutejszy inspektor szkolny znany pożeracz Polaków. Wyjechali do Woli Koryckiej gm. Sobolew (ad Garwolin). I takich wypadków jest wiele. Podobnych uciekinierów Ukraińców wielu będzie w sądeckim, jasielskim, krakowskim i rzeszowskim powiecie, głównie w okolicach podkarpackich. Dlatego jak wspomniałem - winne tamtejsze Polskie Komitety żądać oprócz Kennkarty i zaświadczeń z Polskich Komitetów. Polskie Kennkarty są do nabycia za drogie pieniądze, a zaświadczenia polskości nie wyda żaden Komitet nie Polakowi. Przed godziną oferował mi Ukrainiec 10.000 zł. za wydanie zaświadczenia polskości, wyrzuciłem jak i tamtych za drzwi. Taki jest u nas stan.” (1944, 16 marca – Pismo PolKO w Kałuszu do RGO w Krakowie dotyczący masowych mordów dokonywanych przez Ukraińców na ludności polskiej.  Zenon Kuliński; w:  B. Ossol. 16721/1, s. 169-171).

„Według relacji podanych przez współpracowników naszego Komitetu w Rawie Ruskiej w miesiącu marcu i w pierwszych dniach kwietnia br. były wydawane przez tenże Komitet masowo zaświadczenia uchodźcze dla uchodźców z terenu powiatu Rawa Ruska każdemu, kto się po nie zgłosił, tak Polakom jak i Ukraińcom. Zostało to wyzyskane przez ludność ukraińską, szczególnie taką, która przez uczestnictwo synów i krewniaków w SS ukraińskiej i w ukraińskiej milicji uważała się za zagrożoną w razie inwazji bolszewickiej. W ten sposób dużo Ukraińców uzyskało polskie dokumenty, którymi będą się legitymowali w naszych Komitetach. Prosimy powiadomić o tym fakcie te Komitety, do których uchodźcy z Rawy byli kierowani, a więc Końskie, Jędrzejów, Busko i Miechów, aby wyjątkowo zwracały baczną uwagę na zaświadczenia z Rawy Ruskiej i w wypadkach budzących wątpliwości starały się stwierdzić faktyczną przynależność narodową - może najpewniej przez zaświadczenie dwóch wiarogodnych mieszkańców z powiatu Rawa Ruska, ponieważ na ich zaświadczeniach można najlepiej polegać. Podano nawet fakt, że p. Demuszowa, Ukrainka i Volksdeutsch legitymowała się metryką rz[ymsko] katolicką ulegalizowaną przez notariusza.” (1944, 9 maja – Pismo władz RGO w Krakowie do Delegatury na Okręg Krakowski dotyczące nielegalnego uzyskiwania polskich dokumentów przez Ukraińców i posługiwania się nimi w Komitetach PolKO; w: APKr., DOKr 17, s. 21).

„Trzeciego dnia po bitwie w Smoligowie batalion [BCh „Rysia”] marszem ubezpieczonym wyruszył w kierunku wsi Lipowiec do powiatu tomaszowskiego. [...] Na północ od Starej Wsi, przy przejściu małej rzeczki, dopływu Huczwy, przednia straż batalionu została ostrzelana silnym ogniem broni maszynowej. Dwa plutony straży przedniej błyskawicznie rozwinęły się do walki. „Ryś” wprowadzał pozostałe plutony okrążając nieprzyjaciela.[...] Nieprzyjaciel nie dysponował tym razem dużą siłą i gdyby miał dobre rozeznanie co do liczebności i siły naszego batalionu, na pewno nie rozpoczynałby walki, a raczej ukryłby się. Oddziałek nieprzyjaciela składał się tylko z kilku policjantów ukraińskich i kilkunastu upowców przeróżnie umundurowanych.[...] W panicznej ucieczce, według komendy: „Ratuj się, kto może”, policjanci i upowcy skakali do rzeczułki i, zanurzeni po pas w wodzie, starali się jak najprędzej sforsować tę przeszkodę, a przedostawszy się na drugi brzeg, uciekali w pobliskie krzaki. Rzucali przy tym broń, gubili baranie czapki z „tryzubami”.[...] W pogoni za uciekającymi przeskoczyłem wraz z innymi rzeczkę, by dalej wyłapywać zbiegów, którym nie udała się zasadzka na nas. Na swej drodze napotkałem leżącego ukraińskiego policjanta. Mieliśmy zalecenie, aby rannym i zabitym żandarmom, policjantom i innym wrogom zabierać dokumenty. Sięgnąłem do kieszeni zabitego i wyciągnąłem portfel z dokumentami. Jakże straszne zaskoczenie, ból a jednocześnie nienawiść do zabitego wroga wywołał we mnie widok znajomej książeczki wojskowej mego ojca, którą tam znalazłem. W portfelu były też różne banknoty, zbierane przez ojca, który z zamiłowania był numizmatykiem. Na palcu policjanta błyszczał złoty pierścionek mojego ojca. Stanąłem jak wryty. Nie słyszałem, co się koło mnie działo. Nie mogłem skupić myśli. Co za niezwykły przypadek, czyżby los tak zrządził, że odnalazłem pamiątki po ojcu, a może i jego mordercę?” (Zbigniew Ziembikiewicz „Smok”, „W partyzantce u «Rysia»”, Warszawa 1982, s.157-158).

 

Część tych zbrodniarzy została w Polsce rozpoznana podczas przypadkowych spotkań. Niemal wszyscy uniknęli kary, osądzone zostały pojedyncze przypadki.

 

We wsi Izów pow. Włodzimierz Wołyński w 1943 roku podczas żniw, po lipcowych rzeziach Polaków, „powstaniec ukraiński” o nazwisku Łupinka z Izowa przechwalał się ilu Polaków zamordował i jak polskie dzieci nasadzał na kołki. M.in. zastrzelił on Jana Strójwąsa ożenionego z Ukrainką. Po wojnie został rozpoznany w Polsce jako działacz wysokiego szczebla w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, nosił inne nazwisko. (Siemaszko Władysław, Siemaszko Ewa: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945; Warszawa 2000, s. 819).  

W kwietniu 1943 roku w kol. Radomianka pow. Kostopol Ukraińcy zamordowali 9 Polaków. W swojej książce na str. 226 - Kolonia Radomianka Pani Ewa Siemaszko wymienia nazwisko Stanisław Drozd (Dróżdż). Otóż zamordowany wówczas Stanisław Drozd to brat mojej matki, a zamordowany Skaliński był mężem siostry mojej matki. Podobno małżeństwo to trwało zaledwie miesiąc lub krócej. Dodam, że zarówno moja matka jak i jej siostra żyją, mieszkają w miejscowości Krzydłowice gmina Grębocice w woj. Dolnośląskim. Moja matka pamięta ten dzień - Wielki Piątek, kiedy cały dzień wypatrywała powrotu brata, bowiem kiedy ojciec wrócił ze wsi po rozmowie z jednym gospodarzy, stwierdził, że oni nie wrócą już, bo do gospodarza z którym rozmawiał (ten wracał ze wsi Radomianka) już strzelano. Młodzi chłopcy, nie gospodarze wrócili do wsi po prowiant na Święta Wielkanocne. Zabrali konie i wóz i nigdy nie powrócili. Po wojnie siostra matki spotkała w Głogowie żonę lub teściową szefa tej bandy. Była Polką. Opowiadała ona okoliczności śmierci tych chłopców - podobno zwłoki płynęły Horyniem. Rodzina tego bandyty osiedliła się w Głogowie. Sam szef bandy - chyba Jańczuk był partyjnym i mimo, że ktoś zgłosił o jego przeszłości podobno ukarany nie był. Matka opowiadała nam swoje losy, ale z jej siostrą nie rozmawiałam o tym. Siostry Stanisława Drozd nazywają się: Emilia Rejdak (z d. Drozd) i Anna Kowalska (z d. Drozd). Żyje również ich trzecia siostra Helena Kaszuba z d. Drozd.” (Zofia Rejdak, 1.11.2012, w: http://www.nawolyniu.pl/listy.htm ).

We wsi Zazule – Kozaki pow. Złoczów Bogusław Mykietów, powołując się na księgę metrykalną LMZ – Liber Mortuorum Zazule – Księga zmarłych Zazule – od lutego 1930 roku do września 1944 roku podaje: „Wszystkich wpisów w księdze dokonał Michał Krall, proboszcz parafii Zazule Kozaki. /.../ Od 1 do 15 lipca 1941 roku według zapisów księgi zabito (occisus)- 3 Stojanowskich – Jana 1 lipca 1941, Karola i Władysława 15 lipca 1941 roku (Bolesław Mykietów: e-mail do autora opracowania  z 9 czerwca 2009 r.). „Karol Stojanowski – ur. w 1913 roku w Kozakach koło Złoczowa, przed wojną zawodowy wojskowy, zamordowany 15.07.1941 w okolicach Złoczowa /.../ przez kolegów z wioski, Ukraińców. Koledzy Ukraińcy przyszli po niego, wywołali z domu. Byli to: Mycko i Diduszok z bandy Krawczuka z Zazul. Ciało znaleziono 2 tygodnie później w okopach koło Złoczowa. Karol miał połamane, wykręcone i związane z tyłu ręce i wydłubane oczy. Pogrzeb odbył się dopiero 29 lipca 1941 roku, jak znaleziono ciało” (Bolesław Mykietów: e-mail do autora opracowania z 19 listopada 2009 r.). „...jeden z oprawców Karola przyjechał do Polski po wojnie i osiedlił się. I chyba stał się kimś ważnym, może w UB albo w PPR” (Bolesław Mykietów: e-mail do autora opracowania z 14 czerwca 2009 r.).

10 lipca 1943 roku we wsi Kustycze pow. Kowel upowcy zamordowali pełnomocnika Delegata Rządu RP na Wołyń por. Zygmunta Rumla („Krzysztof Poręba”) oraz przedstawiciela AK por. Krzysztofa Markiewicza  i ich woźnicę Witolda Dobrowolskiego, którzy toczyli rozmowy z dowództwem UPA we wsi Wołczak pow. Włodzimierz Wołyński. Polskich parlamentariuszy banderowcy rozerwali końmi i ciała ich poćwiartowali na kawałki. Markiewicz znał osobiście z czasów szkolnych komendanta Służby Bezpieczeństwa UPA, którym w tym rejonie był Teodor Szabatura. Szabatura po wojnie, występując pod przybranym nazwiskiem, był szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Szprotawie na Dolnym Śląsku.  Szabatura  przed wojną był gajowym w majątku Krasne koło Rejowca, po agresji Niemiec ukończył szkołę policyjną w Trawnikach koło Lublina i został  komendantem policji ukraińskiej w Kowlu, skąd  zbiegł z całym batalionem schutzmanów do UPA. 

Mojego ojca 24 letniego Ukraińcy zakopali żywcem a przedtem obcięli mu ręce i nogi, on był w AK i to było na pokaz jak kończą tacy jak on. Mama była w ciąży ze mną, osiwiała w ciągu paru godzin. Potem /lata 50-60/ widziała w naszym mieście jednego z nich na ulicy, ja go wyśledziłam, okazało się że pracował w milicji, wiem, ze miał ładny domek po Ślązaku, który wyjechał do Rfn-u”. (Krysia, 7 grudnia 2016; w: http://dziennik.artystyczny-margines.pl/zestawienie-362-metod-tortur-stosowanych-przez-upa-na-polakach ). 

We wsi Jezierzany pow. Borszczów kilkuosobowa grupa UPA wdarła się nocą do polskiego domu i wymordowała 6-osobową rodzinę Sorokowskich oraz sąsiadkę, Janinę Tomaszewską, koleżankę córki. Zarówno 18-letnią sąsiadkę jak i 19-letnią córkę Bronisławę  przed zamordowaniem ukraińscy „powstańcy” zbiorowo zgwałcili. „Czytając strony dot. ludobójstwa na Kresach Wschodnich zwróciłam uwagę na nazwisko Sorokowski. Sorokowscy mieszkali w miasteczku Jezierzany pow. Borszczów. 8 marca zostali zamordowani w bestialski sposób przez banderowców. Zginęli Sorokowski Michał, jego żona Józefa Sorokowska z d. Pruska, ich synowie Stefan i Jan /przebywali w domu na przepustce z wojska polskiego/ ich siostra Bronisława. W domu tym zamordowano również Janinę Tomaszewską - to siostrzenica Józefy. Janina przyszła pożegnać się z Rodziną przed wyjazdem do Polski, a ponieważ zrobiło się ciemno, bała się wracać, została u swojej Ciotki na noc. Z tego domu ocalał 11 letni Leon Sorokowski, na śpiącego narzucono pierzynę, kiedy w nocy przyszli banderowcy. Całą Rodzinę zamordowano siekierami. Ilość osób się zgadzała,więc nie szukano więcej. Obudził go straszny ziąb, drzwi chaty były otwarte, wybiegł w koszulinie na podwórze i zobaczył tę zbrodnię, biegł przez miasteczko boso do Dziadków. Leon z Dziadkami Pruskimi przyjechał do Polski. Zamieszkali w miasteczku Kietrz. Leon już nie żyje, chorował na serce. Po latach jego Wuj Adam Pruski rozpoznał w pociągu jednego z banderowców biorących udział w mordzie. Miał zmienione nazwisko,był kierownikiem szkoły w Łodzi. Wypierał się, ale po jakimś czasie przyjechała do Rodziny jego siostra. Leon odmówił jakichkolwiek rozliczeń. Znam tę historię bo wychowałam się po sąsiedzku i Lonka dobrze znałam.” (Maria Krawczyk, 15.06.2010; w: http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/tarnopolskie_r.html ).

Jesienią 1941 roku w mieście powiatowym Zdołbunów:  „Po obiedzie miasto obiegła lotem błyskawicy straszliwa wiadomość... ponad stu ludzi rozstrzelano – głównie Żydów, też kilkunastu Polaków. Okazało się potem, że w tych patrolach niemieckich byli Ukraińcy ubrani w niemieckie mundury. W tej akcji pacyfikacyjnej min. zamordowany został nasz dobry znajomy Roman Ryszków, lat około 23. Według relacji jego rodziny zabrał go z domu znany nam wszystkim ukraiński policjant, niejaki Lejko, który obecnie prawdopodobnie mieszka w Lublinie. Miejsce rozstrzelania i bratnia mogiła znajduje się w pobliżu torów kolejowych Zdołbunów – Lwów na tak zwanych glinkach.” (Kazimierz Panów: Zdołbunowskie wspomnienia. Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo, 2001).

 

Dermanka w gminie Ludwipol, rodzinna miejscowość Antoniny Woźniak, leżała na lewym brzegu rzeki Słucz, 3 km od granicy polsko-sowieckiej. „Po wojnie nikt z przesiedlonych na Pomorze o Wołyniu nie chciał mówić. Baliśmy się - uzasadnia A. Woźniak, opowiadając o lekarce z Kresów, która udzieliła wywiadu dotyczącego pomocy, jakiej udzielała Polakom mordowanym przez Ukraińców. Dwa dni później zginęła bez wieści, zabrana nocą do chorego. Kiedy jednemu z sąsiadów rozwiązał się język i zaczął opowiadać o bandach działających w okolicach Sanoka, następnego dnia został znaleziony martwy. Przyznaje, że do dzielenia się wspomnieniami przez wiele lat brakowało jej odwagi.”  („Jak naszą wieś mordowali, to było Boże Ciało”, w: http://wolyn.org/index.php/informacje/972-jak-nasza-wies-mordowali-to-bylo-boze-cialo . Art.„Czasem dumam nad moim Wołyniem” wyszukał i wstawił: B. Szarwiło. Za: Echo Katolickie 13/2016; w: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/I/IH/echo201604-wolyn.html?no_header=1&no=1 ).

W kolonii Kapitaniuki gromada Borki pow. Luboml:W sierpniu 1943 r. w Koloni Kapitaniuki w wyniku napadu zamordowani zostali: bracia: Władysław, Tadeusz; matka: Michalina Kapitaniuk zd. Bagniuk. Stefan ranny został w głowę, stracił przytomność. Wyglądał na martwego. Spadł do piwnicy, lub został przywalony martwymi ciałami swoich braci i matki. Wg. relacji telefonicznej przeprowadzonej z osobą /świadkiem (pani Kołtun), która następnego dnia udała się do domu Kapitaniuków i odnalazła pomordowanych; przez syna Stefana Kapitaniuka, Krzysztofa, (który po długich poszukiwaniach natrafił na ślady świadków).Wg. opisu pani Kołtun udała się ona około południa do domu Kapitaniuków, dziwiąc się, że nie ma ruchu w obejściu. Użyła słów (jak sobie przypominała): "Kapitaniuki pospały się..." Kiedy weszła do domu, znalazła pokłute zwłoki. Zszokowana podniosła alarm. Zbiegła się znaczna część mieszkańców wioski. Przy wynoszeniu ciał pomordowanych z pomieszczeń domowych, Stefan się poruszył i wówczas udzielono mu pomocy. Zawieziony został do szpitala w Lubomlu.  /.../ Pan Stefan opowiadał synowi jak w latach 70-tych będąc zaproszony na wesele do znajomych rodziny, którzy mieszkali na terenie Polski podczas zabawy spotkał Ukraińca starszego wiekiem, który będąc już zdrowo podpity rzucił dziwne i niesamowite zdanie: "A ty to, dostałeś w głowę i leżałeś cały we krwi, tam w piwnicy". Zdanie wyrwane z kontekstu bez podania daty wydarzenia, bez najmniejszych oznak o jakie wydarzenie chodzi, zdanie zrozumiałe jedynie dla sprawcy i ofiary. Na ile bezkarny musiał czuć się ten człowiek, aby móc je wygłosić? I jak wiele nowego strachu i obaw przyniosło to wyznanie ofierze? A może o to właśnie chodziło?” (Spisał i opracował: Piotr Szelągowski; w: http://www.warsztatyidei.pl/kresy/99-wiadkowie-zbrodni-ukraiskich-nacjonalistow ). W swoim opracowaniu W. i E. Siemaszko nie wymieniają tej kolonii.

We wrześniu 1943 roku  mieście Brzeżany woj. tarnopolskie zamordowali Bolesława Sitarskiego. Zwłoki były odarte z odzieży i obuwia oraz zabrano mu dokumenty. Po wojnie jego żona w sądzie w Gliwicach przedstawiła dokument o śmierci męża. Sąd stwierdził, że jej mąż żyje i przebywa w okolicach Torunia. Okazało się, że jest to zbiegły z Brzeżan Ukrainiec, który posługiwał się dokumentami jej męża. Zapewne był uczestnikiem mordu, ale mu tego nie udowodniono.  (Henryk Komański, Szczepan Siekierka, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939-1946”, Wrocław 2006, s. 101 – 102).

 

Zeznanie jednego z mieszkańców Podkamienia, naocznego świadka morderstw banderowców na Polakach w dniach 12-15 marca 1944 r. „„Zeznaje co następuje: znam b. dobrze Czerniawskiego Władysława jak również i jego rodzinę. Ojciec w/w miał sklep rzeźniczy w Podkamieniu, pow. Brody. Czerniawski Władysław jest pochodzenia ukraińskiego. W Brodach kończył gimnazjum, a następnie we Lwowie kończył uniwersytet. Po wkroczeniu Niemców w roku 1942 był organizatorem morderczej bandy ukraińskiej. Bandę tę organizował u swojego teścia nazwiskiem Rajke, który mieszkał na przysiółku Czernic, folwark Antonówka, gm. Podkamień, pow. Brody. Wiadome jest mi, że Czerniawski Władysław był dowódcą, a zarazem sędzią tej bandy. On sam wydawał wyroki śmierci na Polaków wraz ze swoim teściem Rajke, który był prokuratorem w tej bandzie. Czerniawski sam ćwiczył bandę, nadawał jej kierunek polityczny, wydawał rozkazy na Polaków jaką śmiercią kto ma zginąć. W okrutny sposób znęcał się nad Polakami. /.../ Dnia 12 marca 1944 roku w Podkamieniu, pow. Brody był klasztor dominikański im. Gota-Różańcowa, w którym ukryło się około 3 tys. Polaków z gminy Podkamień przed banderowcami. W dniu wspomnianym, tj. 12 marca 1944 r. Czerniawski Władysław wraz ze swoim teściem na czele bandy, oraz z oficerami SS, zrobili akcję w trakcie której wymordowano około 500 osób, fakt ten ja sam widziałem na własne oczy. Następnie w tym samym dniu w wsi Palikrowy pow. Brody wymordowano 385 Polaków. W dniach od 12-15 marca w bojach ulicznych w Podkamieniu wymordowano 78 osób. W dniu 15 marca o godzinie 13.00 zaprzestał morderstw Czerniawski Władysław i wraz z Niemcami ze swoją bandą wycofał się na zachód. Po ucieczce Czerniawskiego Władysława w miejscowości Czernica, pow. Brody więcej już o nim nie słyszałem. Na tym kończę swoje zeznanie. Protokół był mi w całości przeczytany i zgodność z powyższym stwierdzam własnoręcznym podpisem.” (Zeznania o wydarzeniach z 12-15 marca 1944r. w Podkamieniu; w: http://www.podkamien.pl/articles.php?article_id=17 ).  „Dzięki zeznaniu mojej babci, jej brata i wielu, wielu mieszkańców tamtych terenów d-ca tego kurenia a który, miał na sumieniu wiele tys. tak tys. ofiar np. wraz z SS Galizien dokonał spalenia ok 1100 osób w Hucie Pieniackjej, Podkamień ok 500 os., Palikrowy 173 os. Hocisko Brodzkie 43 os. i można tak jeszcze wiele wymieniać na Podolu i Lubelszczyźnie. Chodzi mi o Władysława Czerniawskiego przed wojną mieszkał w Podkamieniu a ożenił się z córką Rajki (zaciekły banderowiec) z Antonówki (jego majątek graniczył z majątkiem mojej babci) tak więc  ten zwyrodnialec był d-cą całego kurenia ok. 800 os. kazał się nazywać prokuratorem UPA on to decydował kto z Polaków i w jaki sposób zginie (jego ulubiony sposób to rękawiczki). Po wojnie ten zwyrodnialec z UPA bojownik o wolną Ukrainę uciekł do Polski! Osiedlił się wraz z rodziną w Nowej Rudzie gdzie był gł. geodetą w Gminie Nowa Ruda ale miał pecha bo w 1949 r został tam rozpoznany przez syna jednego z mieszkańców, któremu własnoręcznie zamordował brata i ojca. Następnie osadzony w wiezieniu i dzięki zeznaniu wielu naocznych świadków ten zwyrodnialec dnia 13.01.1950 r decyzją Sądu Apelacyjnego w Katowicach I Wydział Karny sygn.akt.IX42/49 został skazany na karę śmierci za zbrodnie ludobójstwa oraz zbrodnie przeciwko Narodowi Polskiemu. Okazuje się że ten banderowiec który, z taką łatwością decydował o życiu i śmierci sam panicznie bał się jej, krzycząc, że chce żyć a nawet się okaleczając aby odwlec wykonanie wyroku. Obecnie jego żona Luba Czerniawska i siostra Spólnikowa żyją w biedzie i ubóstwie w Wołowie k. Wrocławia ale Ukraińcy z UPA nie zapominają o nich bo ostatnio dostały imienne zaproszenia na wyjazd do Brodów na Ukrainę gdzie miało miejsce odsłonięcie pomnika Szewczenki.” (Konflikt polsko-ukraiński 1943-1948, Bezmyślna jatka bratnich narodów. Inne oblicza historii. „Kwiczak”, 12.05.2005).  

Omelian Kołodij, komendant policji ukraińskiej w Jazłowcu pow. Buczacz, odpowiedzialny za współudział w eksterminacji Żydów, po wojnie odnalazł się w województwie jeleniogórskim jako Emil Kołodziej, „porządny Polak z kresów wschodnich”. Rozpoznany i aresztowany w 1948 r. stanął przed sądem w Nowej Soli. Uznany za zbrodniarza wojennego, skazany na karę śmierci, prawdopodobnie nie doczekał wykonania wyroku umierając na zawał serca. (Henryk Komański, Szczepan Siekierka, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939-1946”, Wrocław 2006, str. 680-682).

W grudniu 1943 roku W kol. Strzelecka pow. Włodzimierz Wołyński upowcy oraz chłopi ukraińscy, używając kul, siekier, noży itp., torturując i okaleczając, zamordowali 47 Polaków, „W rodzinie Prucnala wymordowano 8 osób, w tym 6 dzieci. Dzieci porąbano siekierą, odcięte głowy nabijano na kołki w płocie, 9 miesięczne dziecko nabito na płot żywcem”. Właściciela wiatraka oraz 5 dzieci rannych wrzucono do studni. Wśród oprawców był Aleksy Kalińczuk. Na przełomie 1943/1944 zgwałcił on i zastrzelił Polkę. Po wojnie zamieszkał w Kaliszu pod przybranym nazwiskiem Jan Wiśniewski. Sądzony w 1969 roku w Lublinie za zbrodnie na ludności żydowskiej i polskiej otrzymał karę 15 lat więzienia (Siemaszko...., s. 851). 

 

Świadek Jan Zelek pamięta, że policjant z posterunku w Podhorcach pow. Złoczów, o nazwisku Twerdochlib, po wojnie osiedlił się na tzw. Ziemiach Odzyskanych i był widziany w Legnicy i Nowej Soli. Według relacji świadka mógł posługiwać się dokumentami jednej z ofiar, tj. Władysława Maksymowicza. Świadek pamięta również, że inny policjant, o nazwisku Karpyj, przejął dokumenty Polaka, Józefa Pawłowskiego. (Henryk Komański, Szczepan Siekierka, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939-1946”, Wrocław 2006, str. 986). 

 

Relacja Bronisława Bereźnickiego z Wrocławia: „W latach osiemdziesiątych, będąc na stacji paliw CPN przy ulicy Lotniczej we Wrocławiu, zauważyłem tam mężczyznę o znajomych mi rysach twarzy. Na szybie budynku przeczytałem, że kierownikiem stacji jest Stanisław Bereźnicki. Podszedłem do kierownika stacji i zapytałem o Stanisława Bereźnickiego, ten mi odpowiedział, że on nim jest. Wówczas zapytałem, z których Bereźnickich on pochodzi i przedstawiłem się, że jestem Bereźnicki. On się wtedy bardzo zmieszał i nie chciał ze mną rozmawiać. Jego wygląd skojarzyłem ze Stanisławem Baziukiem – Ukraińcem – bandytą z Bereźnicy Szlacheckiej, odpowiedzialnym za mordy na Polakach. Pojechałem na posterunek milicji i rozmawiałem na ten temat z oficerem. Ten mi powiedział, że to jest trudna sprawa, że po tylu latach obowiązuje przedawnienie. [...] [Przed 2001r.] odwiedziłem stację paliw CPN przy ulicy Lotniczej. Tam dowiedziałem się, że Stanisław Bereźnicki nie jest już kierownikiem, że [...] wyjechał do Kanady.” (Szczepan Siekierka, Henryk Komański, Eugeniusz Różański, “Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie stanisławowskim 1939-1946”, str. 185). Bronisław Bereźnicki przypuszcza, że Stanisław Baziuk alias Bereźnicki dokumenty na swoją nową tożsamość zdobył, zabijając z rozkazu OUN-UPA własnego szwagra, Polaka o tym właśnie nazwisku.

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” pisarz Stanisław Srokowski mówi: „W dawnym województwie szczecińskim niedługo po wojnie chłopi poszli na bazar. Tam jeden z nich zauważył znajomą twarz. Podszedł do człowieka i powiedział mu: znam cię. To był banderowiec. Szybko zniknął. Po pół roku zniknął i ten, który go poznał. Drugi przypadek zdarzył się w Opolu. Dwaj bracia rozpoznali na ulicy mordercę swojej rodziny. Poszli na milicję i powiadomili o zbrodniarzu. Okazało się, że on, pod zmienionym polskim nazwiskiem pracuje w UB, więc nic nie wskórali. Wtedy sami wymierzyli mu sprawiedliwość. Zostali skazani na długoletnie więzienie. A ilu innych banderowców ukrywało się w Polsce! Zmieniali nazwiska i żyli tutaj, być może nadal żyją” („Kłamstwo o Kresach zabija drugi raz”, Rzeczpospolita z 19-20 lipca 2008).

„Majdan Górny pow. Nadwórna: Zastrzeleni: Koręda Jan - robotnik huty szkła; Mroczko Józef.” (1944, 17 lipca – Pismo PolKO w Stanisławowie do Dyrektora RGO w Krakowie zawierające imienny spis osób uprowadzonych i zamordowanych od początku napadów, od września 1943 do 15 lipca 1944; w: B. Ossol. 16721/1, s. 349-373). Jan Koręda figuruje jako członek UPA  działający od 1944 roku w powiecie Lesko: IPN Rz 00141/327/D. Niewątpliwie posługiwał się dokumentami zamordowanego Polaka.

 

Ostatni rozpoznany i osądzony w Polsce ukraiński zbrodniarz został po 33 latach spokojnego życia, które prowadził we wsi Rakłowice pod Wrocławiem jako krawiec. Rozpoznany został przez przypadek, gdy do jego zakładu krawieckiego przyszła przebywająca gościnnie u mieszkającej tutaj córki mieszkająca na Zamojszczyźnie. I to ona rozpoznała w nim zbrodniarza z jej okolic Szczepiatyna i Tarnoszyna. Z tą niesamowitą historią można zapoznać się na stronie internetowej Roberta Horbaczewskiego http://roberthorbaczewski.pl/aktualnosc11,5,,rok-1978---skromny-krawiec-spod-wroclawia.html, opublikowaną 2011-10-03. Jest to historia Iwana Maslija vel Jana Masłowskiego. Aresztowany został 3 grudnia 1976 roku. Zasiadł on na ławie oskarżonych wiosną 1978 r. Prokurator oskarżył go o to, że od wiosny 1942 r. do 28 sierpnia 1944 r. w Szczepiatynie, Dyniskach, Tarnoszynie, Niemstowie, Korczowie, jako funkcjonariusz posterunku Ukraińskiej Policji Pomocniczej (Ukrainsche Hilfspolizei) brał udział w mordach na ludności cywilnej i jeńcach wojennych. Postawiono mu łącznie osiem zarzutów. 27 października 1978 r. sąd ogłosił wyrok - kara śmierci. Pozbawił go praw publicznych i orzekł konfiskatę mienia w całości. Wyrok wykonano 20 sierpnia 1979 r. Jestem przekonany, że decydujący wpływ na wyrok nie miały zbrodnie dokonane na ludności polskiej, ale fakt, że wiosną 1942 r. Maslij na posterunku policji ukraińskiej w Szczepiatynie uczestniczył w obławie  na żołnierzy Armii Czerwonej, którzy po ucieczce z obozu ukrywali się u tutejszych chłopów. Niektórym udało się wydostać z pierścienia. Pięciu żołnierzy wpadło w ręce Ukraińców. Maslij powiązał ich drutem i poprowadził na posterunek. - Brat, nie strielaj! – prosił jeden z nich. Maslij odbezpieczył broń i zastrzelił go na oczach mieszkańców wioski. Reszta zatrzymanych także została rozstrzelana. Masłowski podczas procesu różnie reagował na zeznania świadków. Przeważnie milczał. Załamał się, gdy na salę sądową, jako świadek wkroczył Mikołaj K., były policjant ukraiński, który razem z nim pracował na posterunku w Szczepiatynie. Na jego widok Maslij zaczął drżeć i płakać. - Oskarżony działał z całą świadomością i okrucieństwem. Naigrywał się ze swoich ofiar, zachęcał do ucieczki, a następnie zabijał je strzałem w tył głowy. Nikomu nie dał żadnych szans. Okupantowi wysługiwał się z całą gorliwością - przypomniał w uzasadnieniu wyroku sąd podkreślając, że w trakcie procesu nie wykazał on żadnej skruchy. (http://roberthorbaczewski.pl/aktualnosc11,5,,rok-1978---skromny-krawiec-spod-wroclawia.html). 

 

„Z materiałów operacyjnych Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Białogardzie wynika, że ojciec obecnego burmistrza Polic Władysława Diakuna – Jan został zarejestrowany jako tajny współpracownik UB o pseudonimie Grisza, wcześniej był członkiem bandy UPA. Z kolei burmistrza Polic IPN oskarżył o kłamstwo lustracyjne. Raport werbunkowy Jana Diakuna został sporządzony 29 czerwca 1949 r. w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Białogardzie. Wynika z niego, że Jan Diakun na Ziemie Odzyskane przybył w ramach akcji „Wisła”. /.../  Diakun wraz z żoną i dwójką dzieci został wysiedlony ze wsi Rakowa w powiecie sanockim. Trafił do wsi Ciechnowo w powiecie białogardzkim. W raporcie UB czytamy: „Według przeprowadzonego przez nas wywiadu z poprzedniego miejsca zamieszkania, stwierdzono, że Diakun Jan ściśle współpracował z bandą UPA na poprzednim miejscu zamieszkania. […] Jak stwierdzono, banda miała do niego zaufanie, ponieważ przez bandę został ustalony sołtysem w gromadzie Rakowa i funkcję tą pełnił aż do wysiedlenia na Ziemie Odzyskane. Ponadto u Jana Diakuna w stodole znajdował się duży bunkier, który został wykryty po wysiedleniu rodzin ukraińskich, a w bunkrze zostali znalezieni  bandyci przez Wojsko Polskie. Jak stwierdzono przez agenturę i przesłuchanych świadków, Diakun Jan /.../ był tzw. dziesiętnikiem bandy UPA, zadaniem jego było aprowizować bandę w żywność”. /.../  Z charakterystyki oficera prowadzącego wynika, że „Grisza” współpracował chętnie, był także przez UB „wychowywany”. Powierzono mu zadanie inwigilacji figuranta o kryptonimie Nacjonalista. Miał także zbierać informacje o „osobach, które wyszły z więzienia za przestępstwa kontrrewolucyjne”. „Grisza” został pozyskany do współpracy przez UB częściowo na podstawie kompromitujących informacji dotyczących przynależności do bandy UPA. Władysław, syn Jana Diakona, jest od kilkunastu lat nieprzerwanie burmistrzem Polic. W 2009 r. IPN oskarżył go o złożenie fałszywego oświadczenia lustracyjnego. Według Instytutu Władysław Diakun był tajnym współpracownikiem o pseudonimie Jan. Szczeciński, sąd oczyścił TW „Jana” z zarzutów, twierdząc, że współpraca była nieświadoma. Adam Wosik, redaktor naczelny portalu BezCenzury, zwraca uwagę na to, że Police z inicjatywy burmistrza Diakuna podpisały umowę partnerską z miastem  Nowy Razdów na Ukrainie. - Miejscowość ta do dziś czci zbrodniarzy z UPA – mówi Wosik. - W wielu miejscach są tablice upamiętniające banderowców, w centrum stoi pomnik żołnierzy UPA.” (Tomasz Duklanowski: Z bandy UPA na ubeckiego współpracownika;Gazeta Polska Codzienna” z 6 września 2017 r.). 

 

Od stycznia do kwietnia 1944 roku we Lwowie policjanci ukraińscy zamordowali około stu młodych Polaków i zrabowali ich dokumenty. Na ich podstawie legalizowali potem swój pobyt w Polsce. W zamieszaniu wojennym i masowych przesiedleń ludności polskiej obłudnie nazwanych „repatriacją” nie było możliwości weryfikacji tożsamości tych osób.  Byli to m.in.: 27-letni Ludwik Gajewski; Kit Antoni, lat 23, zam. we Lwowie, ul. Rewnkowicza 12a; Smolny Józef, lat 20 zam. we Lwowie, Fürstenstr. 69; Jerzy Franciszek Terpilowski, zam. we Lwowie przy ul. Głowińskiego 17; Gracowski Adam, lat 22, zastrzelony na odcinku linii kolejowej Podborce-Podzamcze; Bonk (Bąk?) Tadeusz, lat 18, zam. we Lwowie, pl. Kapitulny 2; Nestorowski Zdzisław, zam. we Lwowie, ul. Schleichera 25. Mociewicz Józef ur. 1910 r., zam. ul. Zielona 61; Gołda, lat 20, zamordowany przy ul. Kleparowskiej; Leskowicz Jerzy, lat 23, zam. Piątaków 36; Wojtyńska Adela, lat 23, zamordowana w swoim mieszkaniu przy. ul. Wniebowstąpienie 60; Nawrocki Stanisław, lat 17, zam. Grota Miodowa 107; Zębowicz Zygmunt, lat 22, zam. ul. Kadiego 20; Sękalski Bronisław, lat 22, zam. Ochronek 11; Kirzbaum Adam, lat 18, zam. Bonifratrów 10; Keller Stanisław, lat 23, zam. Pasieki; Dalecki Michał, lat 28, jego żona Olga, lat 25 i sąsiadka, lat 29 Szczepańska Jadwiga z 1-rocznym synkiem Tadeuszem – zastrzeleni w swoim mieszkaniu;  Mikuła Władysław, lat 53 i jego żona Maria, lat 49 - zamordowani w swoim mieszkaniu przy ul. Krupiarskiej nr 18; Sanocki Kazimierz, lat 28, zam. przy ul. Sobieskiego. Na Kleparowie-Batorówka zamordowano 6 młodych Polaków. Dokumenty zrabowano. Byli to: Bobecki Roman, Dmitrow Jerzy; Koralewicz Józef; Pakuszyński  Józef; Trąd Józef; Węzowski Józef. Zapewne większość ukraińskich zbrodniarzy posługujących się w Polsce  dokumentami ich polskich ofiar już nie żyje, ale żyją ich dzieci. Ilu z nich odkryło swoją prawdziwą tożsamość? 

20 lipca 1944 roku w mieście Rudki woj. lwowskie został zamordowany Franciszek Biłek, ur. 14.12.1924 r. we Lwowie, któremu zrabowano dokumenty. „W latach 60-tych do rodziny ofiary dotarła wiadomość, że w Warszawie mieszka człowiek, który ma takie same dane osobowe. Nie dokonano jednak w tej sprawie dochodzenia” (Siekierka..., s. 541; lwowskie).

 

Kolejnym przykładem wykorzystania przez ukraińskich zbrodniarzy dokumentów polskich ofiar jest historia Dymitra Kupiaka. Opisał ją Bronisław Szeremeta w publikacji "Watażka jego zbrodnie i zakłamane wspomnienia". Impulsem do jej napisania była wydana w 1991 roku w Toronto w Kanadzie książka wspomnieniowa Dymitra Kupiaka pt. „Spohady nerozstrilanoho” („Wspomnienia nierozstrzelanego”). Szeremeta pisze: „Jest to swego rodzaju historia walk ukraińskich nacjonalistów o „samostijność”, zawiera jednak zbyt wiele kłamstw, aby być za taką uważana. Miałem okazję poznać jej treść i zdumiony jestem zawartymi w niej kłamstwami i urojeniami Dymitra Kupiaka i historyków, którzy pomagali w jej napisaniu. Ten ludobójca, który z zimną krwią pozbawiał życia bezbronne kobiety, dzieci i starców, przedstawia się jako wierzący i bardzo religijny człowiek. Często odwołuje się do Boga z podziękowaniem za wyjście cało z opresji, tj. możliwość ucieczki za granicę. Słowa „diakuju bohowi” nie należą w tej książce do rzadkości. Często też wyraża swoją tęsknotę do „neńki Ukrainy”, ale nie spieszy się z powrotem do niej. Ukraina jest obecnie wolna, nie istnieje reżim sowiecki i nie grozi mu już rozstrzelanie, ale on boi się własnych rodaków. Ludzie pamiętają jego zbrodnie. Pozostali przy życiu członkowie zamordowanych rodzin, których nie udało się zlikwidować, jak rodzina Jaremkiewiczów, zachowali w pamięci jego zbrodnie i przekazali wszystko młodemu pokoleniu.”

Proces bojówki SB OUN, którą dowodził Dymitr Kupiak „Klej” odbywał się w listopadzie i w grudniu 1969 roku w miejscowości Krasne koło Lwowa. Kupiak urodził się w 1918 roku we wsi Jabłonówka, pow. Kamionka Strumiłowa, woj. tarnopolskie. W latach 1941-43 przebywał w Busku, gdzie pełnił funkcję wojskowego referenta i referenta SB rejonowego kierownictwa OUN w Busku. Jesienią 1943 roku na rozkaz kierownika SB, krajowego kierownictwa OUN – Grzegorza Pryszlaka ps. „Mikuszka” i „Sirnyk”, zorganizował bojówkę SB i stanął na jej czele pod pseudonimem „Klej”, grasując w latach 1944-45 na terenie Kamionki Strumiłowej i Buska. W skład bojówki wchodziło 20 banderowców. 

Szremeta pisze dalej: „Wielka szkoda, że na ławie oskarżonych nie zasiadł super-bandyta i prowodyr Dymitr Kupiak „Klej”, który w swoim czasie zdążył z zagrabionym złotem, obcą walutą i innymi cennymi zdobyczami uciec za Ocean, do Kanady. Jest tam teraz dobrze prosperującym biznesmenem, prowadzi ekskluzywną restaurację w Toronto i przedstawia się jako ideowo-polityczny emigrant. Podczas procesu sądowego w Krasnem, dziesiątki świadków oraz byli współpracownicy, ukazali prawdziwe oblicze i źródła majątku restauratora Dymitra Kupiaka, kata i oprawcy wielu istnień ludzkich. Klienci restauracji „bohaterskiego” przywódcy powinni wiedzieć, że na każdej rzeczy w jego lokalu, na każdym posiłku podawanym do stołów widać ślady krwi niewinnych ofiar, łzy matek i sierot, popiół żywcem spalonych./.../ Odpowiedź na pytanie, dlaczego władze sowieckie przeprowadziły ten proces dopiero po 24 latach od zakończenia wojny, jest prosta. Chciano w ten sposób udowodnić Rządowi Kanady, jakiemu zbrodniarzowi wojennemu udzielił schronienia i wyjaśnić powody braku zgody na jego ekstradycję. /.../ Obecnie oczekuję na dalsze postępowanie Rządu Kanadyjskiego w sprawie Kupiaka, aktualnego obywatela tego kraju, ludobójcy wojennego, gdyż jego zbrodnie nie ulegają przedawnieniu.” W 1992 roku Szeremeta poinformował rząd Kanady o sprawie.

Do Polski Kupiak wyjechał w październiku 1945 roku ze Sławką Falińską, rzekomo swoją żoną, jako ekspatriant na nazwisko Władysława Brodziaka. Obydwoje dojechali do Lubawki, miejscowości leżącej 2 km od czeskiej granicy. W Lubawce został on zaangażowany do pracy w fabryce tekstylnej jako księgowy. Szybko zdobył zaufanie dyrektora fabryki i całego środowiska. Wstąpił do PPS i został sekretarzem związku Zawodowego Pracowników Tekstylnych. Był nawet konfidentem UB, ale tu nie zdążył popisać się swoimi „umiejętnościami”, gdyż wkrótce zaczął mu się palić grunt pod nogami. W kwietniu 1946 roku pojechał służbowo do Wałbrzycha, gdzie w hotelu natknął się na Polaka ze wsi Pobużany. Rozpoznany, uciekł do Lubawki. Spotkanie to i wiadomość o zlinczowaniu rozpoznanego banderowca-ludobójcy na ulicy Wałbrzycha, wystraszyły go do tego stopnia, że natychmiast uciekł do Czechosłowacji. Stamtąd przez Niemcy i Anglię uciekł do Kanady i osiedlił się w Toronto. 

Sławka Falińska, dawna mieszkanka Buska i bliska współpracownica watażki Kupiaka, występowała w sądzie jako świadek oskarżenia pod nazwiskiem Susabowska, obywatelka polska, żona polskiego oficera UB. Zeznała ona: „Przed ucieczką Kupiaka do Polski, kiedy z nim przebywałam we Lwowie, zjawiła się krewna Kupiaka i przywiozła wyroby ze złota, dolary, futra i wiele innych, cennych rzeczy, które dla niego przechowywała. Wszystko to zabrał on ze sobą, gdy uciekł za granicę. We Wrocławiu, przy mnie, sprzedał jedno futro za 10000 zł.

Bronisław Szeremeta pisze na zakończenie: „Po długim oczekiwaniu, w lipcu 1995 roku otrzymałem list od Ministerstwa Sprawiedliwości Kanady, Sekcji Zbrodni Przeciwko Ludzkości i Zbrodni Wojennych, datowany 26 czerwca 1995 roku, o następującej treści: „Uprzejmie dziękujemy za list z dnia 12 maja 1992 roku, który nam został przekazany przez Ambasadę Kanadyjską w Warszawie. Postępowanie przeciwko p. Kupiakowi zostało zamknięte ze względu na śmierć podejrzanego. Raz jeszcze dziękujemy bardzo za Pańskie zainteresowanie i poparcie dla naszej pracy.” I tak śmierć ludobójcy i zbrodniarza wojennego (popełnił samobójstwo) uwolniła Rząd Kanadyjski od prowadzenia kłopotliwego śledztwa w wyjaśnieniu prawdy, które w końcu potwierdziłoby przykry fakt, że na terytorium Kanady, przez ponad pół wieku, znalazł schronienie tak groźny zbrodniarz wojenny. Byłoby to precedensem do przeprowadzenia badań wszystkich azylantów, obywateli polskich narodowości ukraińskiej, którzy natychmiast po II wojnie światowej znaleźli się nie tylko w Kanadzie, ale i w Stanach Zjednoczonych, Argentynie, Brazylii i innych państwach obu Ameryk. Wtedy wyszłoby na jaw ilu zbrodniarzy wojennych znalazło schronienie i uniknęło kary za swe zbrodnie.” (Bronisław Szeremeta: "Watażka jego zbrodnie i zakłamane wspomnienia". W: http://www.republika.pl/szeremeta/watazka.htm ). 


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud18.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 266 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7764886