Jedną z największych osobliwości przyrodniczych dawnych polskich Kresów Wschodnich były rosnące na Wołyniu i Polesiu unikatowe azalie pontyjskie. Te górskie krzewy przepięknie kwitły, a ich kwiaty odznaczały się nieziemskim zapachem. Rosły dziko w lasach na Wołyniu w powiecie kostopolskim, gdzie płynie rzeka Słucz. Azalia pontyjska (inna nazwa - różanecznik żółty) to roślina trująca z gatunku wrzosowatych, która normalnie rośnie głównie w Azji Mniejszej (Turcja - Anatolia) i na Kaukazie. Spotyka się ją również w stanie dzikim w Słowenii w dorzeczu rzeki Sawy. Jedyne naturalne stanowisko tej rośliny w obecnych granicach Polski znajduje się w południowo-wschodniej Polsce, w okolicy wsi Wola Zarzycka (powiat leżajski).

W 1790 roku angielski ogrodnik i architekt krajobrazu Dionizy Mikler, który zakładał wspaniałe ogrody angielskie w posiadłościach rodów Czartoryskich, Lubomirskich, Potockich, Przeździeckich i Sanguszków, znalazł azalie pontyjskie rosnące dziko w lasach na Wołyniu. Podobno ze znalezionych tam nasion wyhodowano później takie same rośliny w otoczeniu pałacu Raczyńskich w Złotym Potoku w powiecie częstochowskim.

 Uśpi cały pułk wojska!

 Różanecznik żółty od najdawniejszych czasów był obecny w literaturze i kulturze.

Grecki historyk Ksenofont w dziele „Anabaza” opisał historię z 400 roku przed naszą erą, kiedy to dziesięć tysięcy greckich najemników w czasie wojen peloponezkich toczonych pomiędzy Spartą i Atenami maszerowało z Mezopotamii do Trapezuntu nad Morzem Czarnym. Kiedy Grecy weszli do małej wioski w Kolchidzie nad brzegiem Morza Czarnego (teren obecnej Gruzji) znaleźli tam dzbany z żółciutkim, apetycznie wyglądającym miodem. Gdy go spożyli, okazało się, że to była zastawiona na nich pułapka! Miód został bowiem zaprawiony azalią pontyjską, która ma negatywny wpływ na zdrowie człowieka. Odurzeni nim, a może raczej podtruci Grecy, leżeli później przez cały dzień bez czucia, nim się ocknęli.

Podobno ta piękna roślina ma tak nieziemsko upajający zapach, że może uśpić cały pułk wojska!  Jej woń jest silna i uderzająca. Powiadają, że dłuższe przebywanie wśród kwiatów azalii pontyjskiej może spowodować zawroty głowy, utratę przytomności, a nawet śmierć. Przed drugą wojną światową Kresowiacy zaobserwowali, że nawet owady omijają z daleka krzewy różanecznika żółtego, a bydło nie chce paść się na wyrębach w lesie w pobliżu tych roślin.

O przedziwnej, mocnej, a zarazem słodkiej woni, i niezwykłym pięknie tych roślin pisała Helena Mniszkówna w swej melodramatycznej powieści „Gehenna” (wydana po raz pierwszy w Kijowie w 1914 roku) opowiadającej o tragicznym losie młodej i pięknej Andzi Tarłówny. Andzia była sierotą, zamożną dziedziczką z Wołynia, która oddziedziczyła po ojcu rozległe włości nad Słuczą znajdujące się we wschodniej części Wołynia, gdzieś w dawnym powiecie kostopolskim.

Czytamy u Mniszkówny w pierwszym tomie „Gehenny”:

 „.. pojechaliśmy do majątków po tatusiu. Cudnie tam jest, takie wielkie bory cieniste, jak puszcze, w nich przedziwne krzewy kolczaste, żółto kwitnące, azalie się nazywają; duże, pojedyncze i po kilka na gałęzi, kielichy pomarańczowe, lepkie u nasady i z białym piórkiem w środku. Wszystkie lasy podszyte są gęsto azalią, zapach piękny, silny, aż odurzający.”

Ten sam prawie opisy powtarza autorka w tomie drugim tej powieści:

„Tam (na Wołyniu – przypis mój, A.Ł.) teraz kwitną azalie: żółto-pomarańczowe, strzeliste kielichy lepkie z białym piórkiem w środku, nęcące czarem kształtu, bogactwem barwy i przepychem woni. Jakiż tam teraz aromat w borze z bujnych krzewów azalii, które wśród podłużnych liści ciemnoszmaragdowych, na wysokich łodygach uzbrojonych w kolce, panują na parterze lasów. Pyszne, królewskie podszycie sosen tytanów, sięgające wysoko, jakby do kolan tych masztowych kolosów. Krzewy azalii, gdy wyrosną bujnie, potrafią skryć w swym gąszczu jeźdźca na małym włochatym koniku chłopskim.

„Draposztany” – tak je lud miejscowy nazywa z powodu niebezpiecznych dla ubrania kolców. Horska śmiała się serdecznie.

„Draposztany” kochane, kochane kwiaty, ileż razy wśród nich spacerowała z Jasiem jeszcze i sama, z Hadziewiczem… i nawet z Oskarem zanurzała się w ten las żółto-ognisty, pachnący. I on podziwiał…” 

 Legenda o tatarskim zielu

 Pisząc o „draposztanach”, Helena Mniszkówna używała ludowej nazwy tej rośliny. Słowo to składa się z dwóch części: czasownika „drapać” i rzeczownika „sztany”, oznaczającego „spodnie” w językach ukraińskim i rosyjskim.

Tej samego określenia „draposztany” albo „tatarskie ziele” używali Polacy z Wołynia w okresie międzywojennym. W majowym numerze miesięcznika turystycznego „Orli Lot. Organ Kół Krajoznawczych Młodzieży” z 1939 roku ukazał się artykuł o azalii pontyjskiej niejakiego Eugeniusza Sew. z Kostopola, w którym są przywołane obie te nazwy, a także stara kresowa legenda o tatarskim pochodzeniu tej rośliny.

Przypomnijmy ją:

„Dawno – bardzo dawno – lat temu nie pamiętał ile, opowiadał dziadek, że w naszych stronach plądrowali pogańcy. Straszny miał to być naród. Ludzie na wieść o Tatarach porzucali osady, dobytek – a życie chronili po debrach i wertepach, co dalej od szlaku, którym dzicz ciągnęła. Tego razu wypadła im droga tędy.

Tymczasem wskutek długotrwałych, wiosennych deszczów - Słucz wystąpiła z brzegów. Pogańcy spalili wioskę. Potem rozbili obóz i tak czekali na spadek wody. Wpław rzeki nie mogli od razu przebyć. Nie wiadomo, jak długo Tatarzy popasali. Dosyć, że na polu, gdzie obozowali, wyrosły dziwne, karłowate krzaki. Do tych pór ich u nas nie było. Mało kto zwracał uwagi na nie, ale jak zakwitły – bardzo silnie woniały i czepiały się uparcie odzienia. Jakoś na prażnik (święto – przypis mój, A. Ł.) dziewczęta z sąsiedniej wioski, co to teraz po tamtej stronie, a kiedyś do Polski należała – nazbierały tych kwiatów i przybrały ołtarz w cerkiewce. Dopust Boży sprawił, że wtedy akurat spłonęła w nocy cerkiewka, a stary batiuszka umarł…

We wsi zwołali schod. Długo dochodzili przyczyny nieszczęścia, aż pokazało się, że córka diakona, niejaka Pałaszka – przybrała ołtarz i carskie wrota tatarskim zielskiem.

- Tu przyczyna! – oznajmił dziad prowodyr, najstarszy wiekiem we wsi. Pałaszka winna! Jakże święty ikonostas przybierać plugawym zielem? Wiadomo, od pogańców nie można dobrego się spodziewać…

- Nazbierano dużo – bardzo dużo tego ziela, zwalono na kupę i na niej spalono dziewczynę. Dlatego co roku wyrywa się z korzeniami krzaki i pali, by nie było nieszczęścia.”

Tuż przed wojną kwitnące w maju żółte azalie z Wołynia stały się głośną atrakcją turystyczną na skalę ogólnopolską. O tym, że właśnie zakwitłty krzewy różanecznika w okolicy miasteczka Ludwipol i wsi Hubkówna donosił z Kostpola jakiś lokalny korespondent „Dziennika Bydgoskiego”  ukazującego się w Bydgoszczy. Informacja na ten temat ukazała się w 123. numerze tej gazety, dokładnie 28 maja 1939 roku. 

 Azalie w cieniu ludobójstwa

 Pamięć o tych niezwykłych roślinach na trwale zapisała się w pamięci Wołyniaków, którzy po II wojnie światowej musieli opuścić swoją małą ojczyznę na Kresach. Wspomina o nich m. in. Józef Jaworski, autor książki „Krwawe łuny nad Słuczą”.

Rodzina Jaworskich herbu Kościesza po powstaniu styczniowym na mocy ukazu carskiego została wysiedlona z Polski. Musiała opuścić Warszawę i osiedliła się na dawnych ziemiach polskich, w okolicy Żytomierza, w carskiej Rosji. Jaworscy kupili tam pałac i ziemię, pozakładali i prowadzili różne zakłady przemysłowe. Powodziło im się bardzo dobrze.

Po 1917 roku, po rewolucji bolszewickiej, ziemie wokół Żytomierza przypadły Związkowi Radzieckiemu.  Polskie dwory były palone i niszczone, a ich mieszkańcy mordowani, więc Jaworscy uciekli stamtąd, przedzierając się do Polski i kryjąc się po lasach przed bolszewikami. Trasa ich wędrówki była uciążliwa i niebezpieczna. W końcu dotarli do Kostopola niedaleko Równego, który leżał już za nową, niedawno wytyczoną granicą polsko-radziecką.

Ostatecznie, cała rodzina zamieszkała w małej rolniczej osadzie, która nazywała się Kolonia Bielczakowska (gmina Ludwipol, powiat kostpolski). Było to bardzo piękne i malowniczo położone miejsce. Tuż przed wybuchem wojny, w 1939 roku, było tam ponad 60 zagród, w których mieszkało nieco powyżej 300 osób. Większość to byli Polacy, a około jednej trzeciej stanowili Ukraińcy. W osadzie znajdowała się stacja kolejki wąskotorowej PKP oraz kopalnia granitu.

Dominik Jaworski, ojciec Józefa Jaworskiego, wybudował dla swojej rodziny dom we wschodniej części tej osady. Wprowadził się tam w połowie lat 30. XX wieku z żoną Olgą z Górskich i dwojgiem ich dzieci: Jankiem i Stasią. W pobliżu mieszkali inni członkowie rozgałęzionej familii Jaworskich.

Rodzina była dość zamożna. Dominik był właścicielem ziemi ornej, łąk i kawałka własnego lasu, w którym rosły żółte różaneczniki. Jednak podobno najwięcej ich rosło w sąsiedztwie domu Władysława Górskiego (wuj Józefa Jaworskiego, brat jego matki Olgi), przy drodze z Myszakowa do Moczulanki. Przed II wojną światową polskie dzieci bawiły się szczęśliwe w pobliżu tych kwitnących krzewów, całymi dniami biegając po lesie.

Pisze Józef Jaworski: „W połowie drogi był teren podmokły i błotnisty, rosły tu rododendrony, okazałe krzewy o żółtych lejkowatych i silnie pachnących kwiatach. Wiosną było tu niezwykle pięknie, bo krzewy zakwitały kolorowo, wydzielając ostre, acz przyjemne zapachy. Często przychodziliśmy tu, aby podziwiać cudowne widoki i rozkoszować się wspaniałą wonią krzewów. Mama ostrzegała nas przed dłuższym tutaj przebywaniem, gdyż mocna woń mogła odurzać i porażać. Pomni na te słowa mamy, nigdy nie ucinaliśmu tu drzemki. Podmokłe i błotniste miejsce utrudniało jazdę i piesze wędrówki. W okresie suchym łatwiej było pokonać ten odcinek drogi. Gorzej było w dni słotne, bo teren był wtedy grząski i trudny do sforsowania. Ale nie dla nas! Podkasywaliśmy spodnie, zdejmowaliśmy buty i boso przebiegaliśmy przez szeroki bród, myjąc potem stopy w pobliskim strumyku. Późną jesienią po takim zabiegu nogi nabierały koloru intensywnej czerwieni, a i krew w nich mocniej pulsowała. (…) Według nas to nie woda miała zbawienny wpływ na nasze zdrowie, a cudowne właściwości woni różnych krzewów. Zrywaliśmy kwiaty i liście, upajaliśmy się zapachami tych okazów przyrody. Naszą dewizą było powiedzenie: Kochaj kwiaty leśne, a będziesz zdrów.Przez całe lata żyło się tu wujostwu spokojnie, czego nie można powiedzieć o czasach wojennych.”

Kiedy w czasie II wojny światowej Ukraińcy zaczęli mordować Polaków na Zasłuczu, krzewy pachnących azalii pontyjskich stały się niemymi świadkami scen nieludzkich tortur, przelewu krwi i ludobójstwa, którego ofiarami byli Polacy. W czasie tej rzezi zginęli także członkowie rodziny Józefa Jaworskiego z Kolonii Bielczakowskiej. Zdaje się, że Ukraińcy zaczęli polować na Polaków wiosną 1943 roku, być może w porze kwitnienia azalii…

Na stronie Wołyń – Kolonia Bielczakowska znajduje się taka oto informacja:

„Morderstwa Polaków dokonywane przez Ukraińców w tym rejonie zaczęły się już wiosną 1943 r. Podczas pierwszego napadu w dniu 19.07.1943 r. zamordowano kilka osób, w tym troje z rodziny Mariana Sokalskiego (…). Tragicznym okresem dla tamtejszych Polakow okazał się 16.11.1943 r., kiedy to zjawiły się tam wycofujące się zza Słucz banderowskie watahy, rozbite przez polską i radziecką partyzantkę w bitwie pod Hutą Starą i Moczulanką, po nieudanym zamiarze likwidacji skupionej na Zasłuczu ludności polskiej. Po drodze Ukraińcy grabili i mordowali Polaków oraz zabudowania. W tym czasie zginęło w Bielczakowskiej z rąk Ukraińców co najmniej 17 osób narodowości polskiej. Ocalała ludność, częściowo rozproszona po rodzinach w rejonie Huty Starej i Moczulanki, przetrwała tam w trudnych warunkach ciągłego zagrożenia do lipca 1945 r., kiedy to razem z pozostałą ludnością z Zasłucza ewakuowała się w większości na Dolny Śląsk. Obecnie Kol. Bielczakowska nie istnieje nawet z nazwy. Pozostała w pobliżu tylko ukraińska wieś Bielczaki nad Słuczą.”

W dniu 16 listopada 1943 roku zamordowany został również Władysław Górski (wuj Józefa Jaworskiego), ten sam, przy którego domu tak pięknie kwitły zawsze w maju żółte różaneczniki. Razem z nim zginęła z rąk ukraińskich jego żona Leontyna, synek Stanisław i niemowlę o nieznanym imieniu.

W tamtej okolicy Polaków już dawno nie ma. Część z nich została zabita, inni odeszli z własnej woli, uciekając przed banderowcami. Azalie pontyjskie jednak, obojętne na bieg historii i ludzkie zbrodnie, nadal kwitną w zasłuczańskich lasach.

Powstaje jednak pytanie: czy te piękne, trujące kwiaty rosną tam na polskiej krwi tak samo jak czerwone maki na Monte Cassino?

Alicja Łukawska

   Bibliografia:

  1. „Dziennik Bydgoski” 1939/123, 28 maja 1939 r.
  2. Jaworski Józef, „Krwawe łuny nad Słuczą”, Brzezia Łąka 2016
  3. Mniszek Helena, „Gehenna, czyli Dzieje nieszcześliwej miłości”, Warszawa 1989
  4. „Orli Lot. Miesięcznik. Organ Kół Krajoznawczych Młodzieży”, 1939/nr 5

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud4.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 483 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6710934