W Popularnej Encyklopedii Powszechnej pod hasłem ludobójstwo znajdujemy następujące wyjaśnienie: zbrodnia wojenna przeciwko ludzkości. Pojęcia ludobójstwo użyto po raz pierwszy w procesie norymberskim dla określenia hitlerowskiej polityki eksterminacyjnej w II wojnie światowej wobec ludności na okupowanych terenach. Ludobójstwo zmierzało do systematycznego i umyślnego zniszczenia w całości lub części grup etnicznych, rasowych i wyznaniowych ludności cywilnej - dotyczyło szczególnie Żydów, Cyganów, Rosjan i Polaków. W wyniku różnych form ludobójstwa wobec Polaków (obozy koncentracyjne, więzienia, egzekucje publiczne i pacyfikacje wsi) zginęło 3584 tys. obywateli polskich. [1] [Popularna Encyklopedia Powszechna, Kraków 1995 r., T. 9, s. 220]

Wybuch wojny niesie ze sobą śmierć, zamęt i zniszczenie. Dochodzi do licznych napadów rabunkowych, nawet morderstw, których przyczyny mogą być czasami bardzo błahe, a czasami mocno zakorzenione w umysłach i sercach ludzi pamiętających krzywdy, jakie doznali od innych ludzi, instytucji, państwa. Dochodzi wtedy do licznych aktów odwetu i zemsty, którym wielokrotnie nikt nie jest w stanie zapobiec. Państwo i specjalne urzędy do tego powołane, w obliczu klęski nie funkcjonują, porządek utrzymują jeszcze, gdzieniegdzie ocalałe oddziały wojska, tam gdzie ich zabraknie panuje bezprawie, które może przerodzić się w piekło na ziemi. Jego goryczy mieszkańcy Wołynia mogli zakosztować już we wrześniu 1939 roku, o czym możemy się przekonać czytając przykłady przytoczone przez J. Turowskiego i W. Siemaszko w książce: „Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich dokonane na ludności polskiej na Wołyniu 1939-1945”.

W relacjach i wspomnieniach byłych mieszkańców powiatu włodzimierskiego nie spotkałem się z przypadkiem jakiegoś zbiorowego mordu popełnionego na Polakach we wrześniu 1939 r. Zetknąłem się natomiast ze świadectwami opisującymi agresywne zachowywanie się, często uzbrojonych Ukraińców, którzy stojąc przy drogach rozbrajali polskich żołnierzy powracających z kampanii wrześniowej do domów, bądź próbujących się przedostać na południe, ku granicy rumuńskiej. Dochodziło nawet do sporadycznych mordów. W miejscowości Mokrzec gm. Werba, przy szosie Kowel - Włodzimierz Wołyński miejscowi Ukraińcy zamordowali dwóch oficerów polskich, powracających z wojny. [2 [Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IV/38, Turowski Józef, Siemaszko Władysław, Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich dokonane na ludności polskiej na Wołyniu 1939 – 1945, Warszawa 1990 r. s.13] W miasteczku Poryck jeszcze przed wkroczeniem do miasta żołnierzy Armii Czerwonej nacjonaliści ukraińscy rozbroili posterunek policji, a policjantów i członków organizacji „Strzelec” - aresztowano. Wkraczające oddziały Armii Czerwonej były owacyjnie witane kwiatami, chlebem i solą. [3] [Gł. K. B. Zbr.  p. N. Pol. IV/38]

Po wkroczeniu wojsk sowieckich miały miejsce napady, głównie na tle rabunkowym. Szczególnie narażone były, bardziej zamożne gospodarstwa. Wspomina pani Bronisława Pieczykolan z kolonii Nowojanka gm. Chotiaczów: „Pewnej nocy około godz. 24.00 do naszego mieszkania wtargnęła banda. Zgasili lampę naftową, a nas wszystkich ustawili w szeregu i kazali odwrócić się do ściany. Jeden ze zbójów, uzbrojony w karabin pilnował nas, a pozostali zabierali wszystko z domu, co przedstawiało sobą jakąkolwiek wartość. Zabrali również dwie pary koni i wozy, na które załadowali zrabowane rzeczy.” [4] [Jerzy Dębski, Okrutna Przestroga, cz. 2, s. 67] W niektórych miejscowościach, miały miejsce najścia rodzin polskich, niejednokrotnie przez ukraińskich sąsiadów, którzy wybijali szyby i demolowali mieszkania. Dla wielu Polaków było to całkowicie niezrozumiałe, zważając na dotychczasowe wzajemne stosunki. [5] [Archiwum Wschodnie, Warszawa, II/1455] Z relacji świadków wynika, że w powiecie włodzimierskim przed wojną nie było wrogości między Polakami a Ukraińcami. Wręcz przeciwnie, wzajemne stosunki układały się poprawnie, były nawet przypadki wzajemnego podawania do chrztu dzieci. Młodzież razem chodziła do szkoły, razem bawiła się, a starsi wspierali się wzajemnie. Oczywiście były konflikty, szczególnie między młodzieżą na zabawach, jak to w życiu, ale nikt nie traktował ich poważnie. A mimo to, po wkroczeniu Rosjan Polacy zaczęli odczuwać narastającą wrogość ze strony swoich ukraińskich sąsiadów. Warto w tym miejscu się zastanowić, czym to mogło być spowodowane. Przecież w tym okresie nie było jeszcze policji ukraińskiej, do eksterminacji Żydów było jeszcze daleko, nikt nie słyszał o UPA, a masowe wywózki polskich rodzin osadników na białe niedźwiedzie powinny wzbudzić, jeśli nie normalny, ludzki odruch współczucia, to w najgorszym wypadku „odruch zadowolenia”. Opuszczone gospodarstwa Polaków zajmowali przecież właśnie Ukraińcy.

 

ZŁOWROGIE JASKÓŁKI

Tymczasem pod adresem Polaków, coraz częściej padały obraźliwe wyzwiska, dla przykładu jedno z nich: „Ty Lachu!” , miało być synonimem czegoś gorszego, niższego i pozbawionego godności. Pani Bronisława Kicka z Myszna gm. Olesk zapamiętała jedną z groźnych zapowiedzi, które w tym czasie pojawiały się coraz częściej: „Przyjdzie czas, że nas popamiętacie”. [6] [Jerzy Dębski, Okrutna Przestroga, cz. 2, s. 85-86] Pan Henryk Sobieraj z Głęboczycy gm. Olesk wspomina, że w szkole dzieci ukraińskie utrzymywały kontakty tylko w swoich gronach, „...zaś nas nienawidziły i wyzywały oraz rzucały w nas kamieniami, dlatego, że byliśmy Polakami”. [7] [Akta Śledcze Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie, Instytut Pamięci Narodowej, Akta Śledcze w sprawie mordów dokonanych na ludności polskiej na Wołyniu w latach 1939 – 1947, OKL/S28/91/In, t. 1, s. 300-304] Uderzające jest to, że tak szybko pojawiło się to w ustach dzieci, które na polityce się nie znają i znać nie mogą, chłoną natomiast wszystko to, o czym mówi się w ich rodzinach i najbliższym otoczeniu. Wniosek nasuwa się sam.

Sytuacja uległa gwałtownemu pogorszeniu z chwilą wkroczenia na te tereny Niemców. Większość urzędów znalazła się w rękach Ukraińców. Niemcy utworzyli także pomocniczą policję ukraińską. Świadkowie zgodnie podkreślają, że w tym okresie uwidoczniła się już wyraźna wrogość do Polaków. Wyznaczano kontyngenty mięsne. Antoni Chać z Podrudzia gm. Werba pisze, że ukraińska policja zabrała jego rodzinie krowę. [8] [Archiwum Wschodnie, II/63] Zdarzało się i to nawet nierzadko, że nocami, a czasami i w biały dzień przez wieś, czy kolonię polską na furmankach przejeżdżali uzbrojeni upowcy, głośno śpiewając ukraińskie piosenki, z których jasno można było odczytać, ich zamiary w stosunku do Polaków. Takie wypadki miały miejsce np. w Oktawinie gm. Mikulicze. [9] [Jerzy Dębski, Okrutna Przestroga, cz. 2, s. 70] Dochodziło do takich sytuacji, jak w Głęboczycy, kiedy mieszkańcy wsi udając się do kościoła w miejscowości Przewały musieli omijać ukraińską wieś Turyczany ponieważ zabroniono im przechodzić przez nią. [10] [Akta Śledcze, OKL/S28/91/In, t.1, s. 300-304]

Szczególnie dotkliwą akcją przeciwko Polakom było wysyłanie ludzi na przymusowe roboty do Niemiec. Sprawą tą zajmowała się, przynajmniej do marca 1943 roku policja ukraińska. Trudno się dziwić, że większość wezwań trafiała właśnie do polskich rodzin. Akcja była tym bardziej dotkliwa, że na roboty wysyłano przeważnie zdrową i silną młodzież. Niektóre miejscowości jak np. Głęboczyce, jeszcze przed rzezią w sierpniu 1943 roku została, w ten sposób prawie zdziesiątkowana. [11] [Tamże, s. 300-304] W ogromnej większości relacji jako miesiąc, od którego Polacy zaczęli poważnie obawiać się o swoje życie, wymienia się marzec. W konsekwencji całe rodziny  nie nocowały w mieszkaniach, kryjąc się w stodołach, stajniach, oborach, a później na łąkach, na bagnach, w zaroślach i lasach. Nad bezpieczeństwem śpiących, zaszczutych ludzi czuwała jedna, a czasami więcej osób.

Ponieważ w tym pierwszym okresie bandyci nie ośmielali się jeszcze atakować w dzień. Polacy wychodzili z ukryć i pracowali, jak zawsze. Zdarzało się jednak, że tu i ówdzie narastające zagrożenie było odczuwalne już w pierwszych dniach 1943 roku. Było to spowodowane nasilającymi się represjami i aresztowaniami, które miały miejsce co dnia, bywały i nocami. W czasie coraz częściej powtarzających się rewizji pisze Ludwik Zalewski ze wsi Święte Jezioro gm. Olesk, poszukiwano broni, ukrywających się Żydów, albo dowodów współpracy z partyzantką radziecką. W przypadku znalezienia czegokolwiek, co mogło obciążać zdaniem policjantów gospodarzy, podejrzanych zabierano ze sobą. [12] [Jerzy Dębski, Okrutna Przestroga, cz. 2, s. 88] Wielu Polaków wezwanych na posterunek policji ukraińskiej poddawanych było ciężkim torturom, w czasie których wielu z nich zmarło, a Ci, którzy przeżyli, odwożeni byli do domów w makabrycznym stanie. Gospodarz Mikołaj Kamiński z kolonii Janin Bór, gm. Olesk wezwany na posterunek policji ukraińskiej w Stawkach, poddany został torturom. W ich takcie łamano mu ręce i nogi. Tak zmasakrowanego przywieziono go do domu i wrzucono do wnętrza, podpalając zabudowania. W płomieniach płonącego domu zginęła cała rodzina Kamińskich. [13] [Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/16, IV/28, Zbr. nacj. Ukr., s. 63] W okresie tym jednak szczególnie narażeni byli mężczyźni i starsza młodzież, kobiety, starcy i dzieci zostawiano na razie w spokoju. Natomiast od marca uciekać, już musieli wszyscy.

Wiosną 1943 roku coraz częściej znajdowano ciała pomordowanych Polaków, porzucone w lesie, na polach, w rzece i przy drogach. Oględziny denatów wskazywały w bardzo wielu wypadkach na szczególne znęcanie się nad ofiarami poprzez wyrafinowane sposoby zadawania bólu. Łamano ręce, nogi, masakrowano twarz ofiarom. Często powtarzającym się zdarzeniem było zatrzymywanie Polaków pod pretekstem pobrania furmanek, czasami zdarzało się, że wybrani gospodarze musieli zgłosić się z furmankami w określonym miejscu. Większość z nich nigdy już nie powróciła do swoich domów. [14] [Jerzy Dębski, Okrutna Przestroga, cz. 2, s. 79-80] W pierwszej kolejności napadane, rabowane i palone były oddalone od gęstej zabudowy, pojedyncze gospodarstwa polskie, a ich mieszkańcy bez pardonu mordowani. Na łąkach w okolicach kolonii Podrudzie gm. Werba mieszkał dozorca tych łąk Widnicki, który za żonę pojął Ukrainkę i posiadał liczną rodzinę. W obliczu narastającego zewsząd niebezpieczeństwa uwierzył prawdopodobnie w propagandę ukraińską i nawiązał kontakt z Ukraińcami. Otrzymał polecenie, że on i jego rodzina mają opuścić swój dom, a Ukraińcy odprowadzą ich do Werby. Potem będą mogli pójść gdzie tylko zechcą. Będą wolni, mają tylko opuścić ukraińską ziemię. Ruszyli więc w drogę. Żona z dziećmi na wozie, dwóch najstarszych synów obok wozu prowadziło krowy, zmierzali do wskazanej wsi. Tak dotarli do najbliższego lasu, gdzie jeden z konwojentów siekierą uderzył Widnickiego w głowę. Synowie widząc co się dzieje porzucili krowy i uciekli.”  [15] [Archiwum Wschodnie II/63]

W dalszej kolejności ginęły rodziny leśniczych. W marcu 1943 r. zamordowano leśniczego Jana Chodorowskiego. [16] [Zbr. nacj. Ukr., s. 34] Zaraz potem zaatakowano byłe majątki polskich ziemian, znacjonalizowane przez bolszewików, a przejęte przez Niemców. Ich majątek doszczętnie rabowano, a ludność folwarczną mordowano. Po zakończonym rabunku i wymordowaniu mieszkańców, wszystko puszczano z dymem. [17] [Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/6, Zbr. nacj. Ukr., s. 43]  Tu i ówdzie tworzono oddziały samoobrony. Z uwagi jednak na dotkliwy brak broni, były one słabe i nie mogły zapewnić całkowitego bezpieczeństwa. Szczególnego rozgłosu nabrała sprawa wymordowania całej rodziny Rudnickich z Chobułtowa gm. Mikulicze. 23 kwietnia 1943 r. o świcie do wsi przyjechała grupa upowców i dokonała mordu. Zwłoki 9 osób wrzucono do piwnicy. Niedługo później ciała zamordowanych Polaków zabrano i pochowano we Włodzimierzu Wołyńskim. Wypadek ten, wywołał jednak znacznie większy rezonans  społeczny niż wszystkie dotychczasowe przypadki. Ludzie z trwogą opowiadali sobie, o tym, co się przydarzyło Rudnickim. [18] [Mykoła Łebed’, Ukraińska Powstańcza Armia, Drohobycz 1993 r., s. 54]

Pojedyncze i sporadyczne mordy, nawet najbardziej okrutne nie można jeszcze uznać za ludobójstwo. Do tego potrzeba systematycznej i zorganizowanej akcji, której celem będzie nie uśmiercenie jednostki, czy nawet kilku osób, ale całych osiedli, wsi, wreszcie całego narodu. Z relacji wielu świadków wynika, że na dzień, a nawet kilka dni przed pogromem w okolicach polskich osiedli, pojawiali się często całkowicie nieznani ludzie. Tak było w Porycku, na ulicach którego kręciło się wielu nieznajomych. Wydaje się, że na kilka dni przed planowaną akcją, UPA rozmieszczała swoich ludzi w najbardziej strategicznych miejscach, dbając o to, aby żołnierze nie pochodzili czasem z miejscowości, w której mieli dokonać masakry. Przypuszczenie to wydaje się dosyć logiczne, dbano bowiem o to, aby ci, którzy mieli dawać przykład swojej bezwzględności miejscowym chłopom, ani przez chwilę się nie wahali, kiedy przyjdzie czas rzezi Polaków. Okazuje się, że mógł być jeszcze inny powód takiej taktyki. Pan Alfons Krzysztan w swoich wspomnieniach napisał:  „...zidentyfikowanie morderców, było prawie niemożliwe, ponieważ taktyka UPA polegała na tym, aby zagłady ludności polskiej dokonywały oddziały z innych, często znacznie oddalonych miejscowości. Chroniło to wielu żołnierzy UPA przed rozpoznaniem.” [19] [Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/17]

KRWAWA NIEDZIELA 11 LIPCA 1943

11 lipca 1943 roku na terenie całego powiatu włodzimierskiego doszło do masowych mordów dokonywanych na Polakach. Zginęły setki niewinnych ludzi. Akcja rozpoczęła się o świcie i trwała przez cały dzień. Atakowane były polskie wioski i kolonie, a ich ludność brutalnie mordowana. Pod ciosami siekier, noży, wideł, drągów, w ogniu i od kul ginęły całe rodziny polskie. Nie było wyjątków. Uratowali się tylko nieliczni. Wszystko wskazuje na to, że atak został wcześniej dobrze zaplanowany i przygotowany. Z relacji naocznych świadków wynika, że atakowali żołnierze UPA (przez Polaków nazywani banderowcami lub bulbowcami) wspomagani przez uzbrojone oddziały chłopów ukraińskich, nierzadko sąsiadów mordowanych Polaków. Około południa, najczęściej podczas sumy zaatakowane zostały polskie świątynie wypełnione wiernymi, którzy przybyli na niedzielną mszę. W Chrynowie gm. Grzybowica przy drogach i ścieżkach, prowadzących do kaplicy, banderowcy od rana rozłożyli swoje posterunki, które przepuszczały bez przeszkód ludność polską zdążającą na mszę, nie przepuszczały natomiast nikogo, kto by chciał udać się do domu, zawracając wszystkich z powrotem do kaplicy. Tego dnia zgromadziło się około 200 wiernych. Większość z nich zginęła po tym, jak banderowcy otworzyli ogień do zgromadzonych. Wraz ze swymi wiernymi śmierć poniósł ksiądz Jan Kotwicki. [20] [Archiwum Wschodnie II/1270, Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/7, IV/27, IV71, Zbr. nacj. Ukr., s. 84, Jerzy Dębski, Okrutna Przestroga, cz.1, s. 45-46]

W Porycku banderowcy zaatakowali Polaków tuż przed nabożeństwem około godz. 11.00, kiedy do ludzi otworzyli ogień z broni ręcznej i maszynowej. Z masakry uratowali się tylko nieliczni, którzy udawali zabitych. Wśród wielu ciężko rannych znalazł się także ksiądz Bolesław Szawłowski, który niedługo później zmarł, uzupełniając liczbę około 200 osób zabitych tego dnia w kościele i jego okolicach. Na zakończenie rzezi Ukraińcy usiłowali zburzyć murowany Kościół pw. św. Trójcy i św. Michała Archanioła postawiony w latach 1759-1774. Na dywan na ołtarzu nanieśli słomy, włożyli w nią pocisk artyleryjski i podpalili. Pocisk eksplodował, ale mury pozostały nienaruszone, a tylko uszkodzona została dolana część ołtarza i zniszczone wnętrza. [21] [Władysław i Ewa Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, Tom I, Warszawa 2000, s. 896-899, Archiwum Wschodnie, II/1983, Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/5, IV/29, IV/43, IV/73, Jerzy Dębski, Okrutna Przestroga, cz. 1, s. 47, Zbr. Nacj. Ukr., s. 84-85]

Podobnież w interesującym nas Swojczowie gm. Werba, rzeź rozpoczęła się od próby wysadzenia murów miejscowego kościoła, co miało być hasłem do mordowania Polaków w całym osiedlu. Swojczów został jednak napadnięty blisko dwa miesiące później 31 sierpnia 1943 r., tego dnia zginęło tam wiele osób. [22] [Archiwum Wschodnie, II/1270, Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/34, Zbr. Nacj. Ukr., s. 86]

Mieszkańcy kolonii Orzeszyna gm. Poryck poddani zostali zaplanowanej eksterminacji. Pod lasem, w kolejności, wymordowanych zostało ponad 300 osób, głównie kobiet i dzieci. Większość mężczyzn bowiem, podstępem wywabiono wcześniej z wioski. Charakterystyczne jest to, że Ukraińcy, którzy przypadkowo znaleźli się, w tych tragicznych chwilach w wiosce mogli ją spokojnie opuścić, gdy tym czasem Polacy byli prowadzeni na rzeź. [23] [Władysław i Ewa Siemaszko, Ludobójstwo....jak wyżej, s. 892-895, Archiwum Wschodnie, II/953, Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/38, Jerzy Dębski, Okrutna przestroga, cz. 2, s. 71-72, Zbr. Nacj. Ukr., s. 83] Inny manewr zastosowano w polskiej wsi Dominopol gm. Werba. Z relacji naocznych świadków wynika, że wieś została dokładnie otoczona przez bardzo silny oddział UPA z Wołczaka oraz ludność ukraińską z innych miejscowości. Na każdy dom przypadało co najmniej po kilku bandytów. Większość oczekiwała na sygnał rozpoczęcia rzezi w ukryciu, ale byli i tacy, którzy weszli do polskich domów, rozsiedli się wygodnie prowadząc spokojną, normalną rozmowę z domownikami. Wspomina pan Ularyk Tadeusz: „ [...] Do naszego mieszkania weszło wieczorem dwóch banderowców z karabinami i usiedli sobie na krzesłach i rozpoczęli normalną rozmowę z moją matką, ojcem, siostrą i mną. Po jakimś czasie usłyszeli strzały we wsi i krzyki mordowanych ludzi. W tym momencie obaj banderowcy podnieśli karabiny i oddali strzały do matki i ojca. Kiedy ponownie ładowali karabiny, złapałem poduszkę i rzuciłem w lampę naftową stojącą na stole. Kiedy lampa spadła na podłogę, korzystając z ciemności, rzuciłem się do ucieczki i ukryłem się na piecu chlebowym. W chwilę później słyszałem śmiertelny strzał oddany do mojej siostry i przekleństwa zbrodniarzy, którzy bezskutecznie próbowali mnie znaleźć. Po wyjściu banderowców z mieszkania schowałem się w wysokiej, tyczkowej fasoli, tuż obok mieszkania. Siedziałem tam całą noc i cały dzień, płacząc i trzęsąc się ze strachu, bowiem dokoła mnie banderowcy mordowali złapanych Polaków, którzy podobnie jak ja ocaleli z pierwszej, najbardziej gwałtownej fazy mordu. [...] . ”

Akcja w Dominopolu miała bardzo gwałtowny przebieg, z pogromu uratowały się nieliczne osoby. Na podstawie relacji naocznych świadków możemy powiedzieć, że jej celem było całkowite wymordowanie mieszkańców wsi. [24] [Władysław i Ewa Siemaszko, Ludobójstwo.....jak wyżej, s. 914-916, Archiwum Wschodnie, II/1142, Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/23, IV/33, IV/74, Zbr. Nacj. Ukr., s. 82, Michał Fijałka, 27 Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej, Warszawa 1986 r., s. 57] Badania historyków potwierdzają także inni świadkowie, bardzo cenne relacje o zagładzie Dominopola zawdzięczamy panu Kazimierzowi Sidorowicz oraz pani Antoninie Sidorowicz z d. Turowska, która w Dominopolu żyła do 21 roku życia, a która straciła tam niemal całą swoją, dużą rodzinę.

Pan Kazimierz Sidorowicz: "Od wiosny 1943 r. partyzanci ukraińscy kwaterowali w Dominopolu, w szkole i w wielu prywatnych mieszkaniach Polaków. Ukraińcy zapewniali wszystkich na lewo i prawo, że między nami będzie sojusz przeciw Niemcom, że będziemy razem walczyć, ramię w ramię o wspólną sprawę. Jak to potem wyglądało w rzeczywistości  przekonaliśmy się 11 lipca w niedzielę. Mieszkańców Dominopola mordowali żołdaki ukraińskie spode Lwowa, chłopi z Kohylna i z Wołczaka.”

Pani Antonina Sidorowicz z d. Turowska: "Jestem pewna, że mieszkańców Dominopola wymordowali Ukraińcy i prawie pewna, że byli to Ukraińcy z naszych najbliższych okolic. Mój sąsiad z Dominopola Marcel Mikulski, który mieszkał tuż obok nas, zaledwie przez drogę, opowiadał mi i mężowi w 1944 r. w Siedliskach pod Zamościem tragiczne losy mieszkańców Dominopola. Pamiętam, że po raz pierwszy opowiadał nam o tym już we Włodziemierzu w lipcu 1943 r., zaraz po pogromie, a potem jeszcze kilka razy po wojnie. Mówił tak: ‘Już twoja rodzina nie żyje, moje dzieci też już nie żyją, wszyscy zostali zamordowani przez Ukraińców. ‘ Potem zaczął po kolei opowiadać przebieg wydarzeń. W nocy z 10 na 11 lipca cała rodzina Mikulskich była w domu. Była noc, matka Marcelego, która tej nocy z jakiegoś powodu nie spała zobaczyła na niebie czerwoną rakietę. Mocno zaniepokojona  natychmiast obudziła swoje dzieci i wołała, aby wstawać i uciekać do stodoły, bo coś się zaczyna dziać. Marcel i jego żona Helena zdążyli uciec i schować się w stodole, z nimi ukryła się także matka. Tymczasem dzieci zostały w domu, bowiem rodzice nie chcieli budzić swoje pociechy. Wciąż nie wiedzieli co się naprawdę dzieje, dlatego nie zdawali sobie sprawy z powagi zagrożenia. Gdy tylko znaleźli się w stodole, zobaczyli biegających Ukraińców od domu do domu, którzy za chwilę trafili także na ich podwórko. Nie wiedzieli, że ich akcja jest obserwowana przez troje ludzi ukrytych w stodole i patrzących przez szpary. Ukraińcy zaczęli się gwałtownie dobijać do domu, krzyczeli przy tym: ‘Otwieraj bo i tak nie uciekniesz. Jak nie otworzysz porąbiemy drzwi.’ Ponieważ nikt nie otwierał, włamali się do domu i bagnetami pokłuli dzieci Mikulskich. Zginęły wtedy: dwie dziewczynki lat około 12 i 10 oraz chłopiec lat około 8. Dzieci były pokłute w swoich łóżkach, widać stąd, że przerażone tą sytuacją, nawet nie próbowały uciekać tylko pochowały się głębiej w pościel. Odchodzący zbrodniarze zostawili na stole bagnet wbity w blat stołu. Siedzący w stodole drżeli w tym czasie o życie swoich dzieci, po chwili zobaczyli trzech Ukraińców jak opuszczają ich dom i udają się do domu sąsiadów. Na szczęście nie szukali w stodole i nie podpalili zabudowań gospodarczych, Mikulscy nie zauważyli też, aby Ukraińcy zabrali cokolwiek z domu.

Marcel opowiadał dalej, że zaraz po odejściu bandytów matka Marcela poszła do domu i znalazła zakłute dzieci. Wróciła do stodoły i opowiedziała rodzicom co się wydarzyło. Po pewnym czasie Mikulscy opuścili stodołę i przenieśli się do ogrodu, gdzie ukryli się w grochu. Po pewnym czasie dostrzegli ponownie nadchodzących Ukraińców, którzy wykopali obok domu grób i wrzucili tam ciała dzieci. Marcel widział także, jak Ukraińcy zakopywali ciała ich sąsiadów Traczyńskich, też brutalnie pomordowanych wcześniej. Z ukrycia rozpoznał ciała Weroniki lat ok. 35 i Aleksandra lat ok. 40 Traczyńskich oraz dwie ich dorosłe córki: Eugenię lat ok. 16 oraz druga Felicja lat ok.14. Mikulscy siedzieli w grochu cały dzień 11 lipca, całą niedzielę. Marcel poinformował mnie także, że słyszał nad ranem ukryty w grochu, dwa strzały dochodzące z obory Turowskich. Jednak nic poza tym nie widział i także później nie słyszał o śmierci mojej najbliższej rodziny, także ja do dziś nie wiem właściwie jak ich zamordowano. Do dziś nie wiem także gdzie pochowano moich rodziców i rodzeństwo oraz innych. Dopiero w nocy z 11 na 12 lipca wycofali się przez położone tam „betony” drogowe do drugiej wioski. O ile pamiętam Marcel opowiadał chyba, że uciekali na Zarudle, a potem do Włodzimierza Wołyńskiego.”

Antonina Sidorowicz: „Po wojnie spotkałam też pana Bronisława Kraszewskiego, który był moim bliskim sąsiadem w Dominopolu. Tej tragicznej nocy wracał ze wsi Wandywola i gdy już chciał przechodzić przez rzekę Turię, na moście stała bowiem warta ukraińska, z którą nie miał ochoty się widzieć, usłyszał strzały i mrożące krew w żyłach, straszne krzyki mordowanych ludzi. Powoli robiło się jasno, ukrył się więc w pobliskich zaroślach i obserwował uważnie wieś. Wtedy zobaczył, jak w gospodarstwie Ewy i Antoniego Turowskich, Ukraińcy wyprowadzają z domu do sadu rodziców: Ewę i Antoniego oraz ich troje dzieci. Następnie na jego oczach zaczęli ich po kolei mordować. Na początku zamordowali dzieci, a potem rodziców. Tak pobitych zostawili w sadzie.”

Kazimierz i Antonina Sidorowiczowie: „Druga córka Wasilewskich, miała na imię Stanisława lat ok. 24, wyszła za mąż za Jana Szulkiewicza i mieszkali ok. 1 km od Dominopola, niedaleko ukraińskiej wioski Rewuszki. Marcel Mikulski opowiadał mi, że oni także zostali zamordowani, a było to tak: ‘W niedzielę 11 lipca w dzień, na podwórko Jana Szulakiewicza przyszli Ukraińcy i weszli do domu. Stanisława właśnie misiła ciasto, gdy Ukraińcy z miejsca zamordowali jej męża, wtedy ona postanowiła wyjść z domu na dwór. Jednak, gdy Ukraińcy zauważyli, że opuszcza dom zaczęli do niej strzelać i zabili ją w drzwiach jej domu.’  Marcel Mikulski mówił mi i mężowi, że przebieg tych wydarzeń wie od sąsiada, który był tego naocznym świadkiem.”

Kazimierz Sidorowicz : „Leon Buczek, brat Kazimierza opowiadał mi po wojnie, że raniutko w poniedziałek na podwórko Bernackich przyjechało furmankami kilku uzbrojonych w automaty Ukraińców. W tym czasie Kazimierz Buczek siedział w stodole i wszystko widział przez szpary. Nocowali razem z żoną w stodole, gdyż bali się zostawać w domu. Raniutko, żona obudziła się, wstała i powiedziała do Kazika, że idzie zobaczyć, jak się dziatki w domu mają. Gdy była już na podwórku, właśnie nadjechali Ukraińcy i od razu, bez żadnego słowa zaczęli do niej strzelać, zabijając na miejscu. Kazimierz zauważył, że napastnicy mieli zamaskowane twarze chustami, aby nie można ich było rozpoznać. Tymczasem rodzice mocno zaniepokojeni tymi strzałami, wyszli z domu na dwór. Ukraińcy  z kolei do nich otworzyli ogień i ich też zabili. Zginął wtedy dziadzio Bernacki lat ok. 50 i jego żona, babcia Bernacka lat ok. 50 oraz żona Kzimierza lat ok. 26 i chłopiec lat ok. 15. Syn Kazimierz Bernacki był po pierwszym ojcu i dlatego nazywał się Buczek. Gdy Kazimierz poznał, jak Ukraińcy obeszli się z jego najbliższą rodziną wyszedł na tyły stodoły i zaczął uciekać na łąki w krzaki, aby bliżej rzeki Turii. Jeden z bandytów dostrzegł go i zaczął gonić na koniu. Kazik uciekał co sił w nogach, Ukrainiec w swej gorliwości bezlitosnego mordowania Polaków chciał długim susem przeskoczyć przez rów. Tym razem jednak z woli Pana naszego przeliczył się i koń się zapadł, unieruchamiając jeźdźca na chwilę. Kazimierz to wykorzystał i przebił bandziora jego własnym bagnetem. Kazimierz opowiadał to później swojemu rodzonemu bratu Leonowi Buczek, a on opowiedział to mi.”

Inny mieszkaniec Dominopola Jan Nowaczyński przeżył masakrę, bo zdążył ukryć się w schronie, w ogrodzie pod ziemią. Kazimierz i Antonina Sidorowiczowie: „Janek spotkał nas we Włodzimierzu niedługo po napadzie i zaczął opowiadać co się wydarzyło w Dominopolu, mówił tak: „Tej nocy kiedy był napad moja rodzina Nowaczyńskich wraz ze mną nocowała w schronie, który znajdował się w ich ogrodzie, niedaleko rzeki Turii. W nocy usłyszałem strzały i przeraźliwe krzyki mordowanych ludzi w nasze wsi. Ponieważ nasz schron był dobrze zamaskowany, rósł na nim posadzony groch bandyci ukraińscy nie zdołali nas wykryć. Ja i moja żona oraz nasz syn Henryk lat ok. 10 widzieliśmy nawet wyraźnie nogi szukających nas oprawców banderowskich. Przerażeni tym co się działo dookoła nas, przesiedzieliśmy w tym schronie cicho cały dzień, słysząc co jakiś czas krzyki dobijanych ludzi. Dopiero nocą, gdy zrobiło się już dość ciemno i cicho wyszliśmy za schronu i przeszliśmy przez rzekę Turię na drugi brzeg, udając się ostrożnie w stronę polskiej wioski Władysławówki. Jan miał tam rodziców i rodzonych braci, którzy udzielili nam natychmiastowej pomocy. Stamtąd uciekliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego.” Właśnie wtedy, przebywając w mieście spotkali nas i wszystko nam opowiedzieli. Jest nam wiadomo, że ocalona rodzina Nowaczyńskich po wojnie osiadła w Gdańsku, tam żyła, pracowała i tam odeszła już na wieczną wartę.”

Inny naoczny świadek tej strasznej tragedii Franciszek Mikulski, tak opowiadał mi i memu mężowi Kazimierzowi po wojnie, w naszym domu w Siedliskach koło Zamościa: „Jako młode i pełne życia chłopaki, ja Franciszek Mikulski, Jan Zawadzki i Sylwester Mokrecki bawiliśmy się w niedzielny wieczór na zabawie w Budkach Ossowskich. Kiedy po skończonej zabawie wracaliśmy nocą rowerami, już w poniedziałek 12 lipca do Dominopola, na drodze spotkaliśmy znajomego Ukraińca z Rzewuszek, który za pierwszej okupacji sowieckiej był znanym urzędnikiem sowieckim. Ostrzegł nas, abyśmy już nie wracali do swojej wsi, bowiem wszyscy mieszkańcy Dominopola zostali wymordowani z soboty na niedzielę przez Ukraińców. Powiedział do nas wtedy tak: „Nie jedzcie na Dominopol, bo tam już wszyscy zostali zamordowani.” Wtedy ja postanowiłem zawrócić z drogi i wróciłem z powrotem do swojej dziewczyny w Budkach Ossowskich, natomiast Mokrecki i Zawadzki nie dawali wiary słowom Ukraińca. Chcieli koniecznie zobaczyć, co tam właściwie się wydarzyło i pojechali dalej rowerami. Gdy przybliżyli się do wioski, spotkali Ukraińców, którzy ich zastrzelili. W jakiś czas później bandyci ukraińscy zamordowali także tego Ukraińca, który ostrzegł nas na drodze. Mord ten był zemstą, właśnie za ten dobry uczynek względem mnie i moich przyjaciół, tam na drodze. Banderowcy wymordowali także całą jego rodzinę, która mieszkała w Rzewuszkach.” Franciszek Mikulski był dobrym przyjacielem tego sowieckiego „Procedatiela” gdzieś się o tym mordzie, widocznie dowiedział.”

Kazimierz i Antonina Sidorowicz: „Latem 1943 r , na jednej z ulic Włodzimierza Wołyńskiego spotkaliśmy Stanisława Uleryka, syna Władysława, który zaczął nam opowiadać o śmierci jego najbliższej rodziny, swoich przeżyciach i o samej ucieczce z Dominopola. Mówił wtedy tak: ‘Od naszego domu było tylko około 500 m do wsi Dominopol. Tego tragicznego ranka 12 lipca 1943 r. moja mama i moje rodzeństwo: siostry i brat wyszli z domu i udali się razem na naszą łąkę, aby wspólnie grabić suche siano. Nasza łąka była jeszcze bliżej Dominopola, tylko około 400 m, właśnie w tym czasie złapali ich Ukraińcy i zamordowali, a ja po tym mordzie uciekłem tu do miasta. Zakwaterowałem się tymczasowo na ulicy Lotniczej i mieszkam tam z Marcelem Mikulskim i jego żoną. ‘  Razu pewnego jednak, gdy Mikulscy wrócili do domu z miasta, zastali na podłodze ciało zamordowanego Staszka Uleryka. Mikulscy ustalili potem, że do domu, w którym mieszkali weszła wcześniej jakaś kobieta, w rzeczywistości miał to być przebrany za kobietę Ukrainiec, który korzystając z zaskoczenia poderżnął Staszkowi nożem gardło. To się wydarzyło jeszcze w lipcu 1943 r. i było o tym głośno w mieście.”

Kazimierz Sidorowicz: „Mordy ukraińskie na ludności polskiej Dominopola słychać było w polsko-żydowskiej wsi Piński Most oddalonej tylko 1 km. Naocznym świadkiem tego był Polak Antoni Sienkiewicz, który po wojnie opowiadał mi osobiście, że w niedzielny poranek 11 lipca on i jego rodzina usłyszeli straszne, rozpaczliwe krzyki ludzkie dochodzące od Dominopola. Mówił mi: "Na podstawie głosów dochodzących od Dominopla, szybko domyśliliśmy się, że tam właśnie dzieję się coś strasznego, dlatego ja i mój brat Kazimierz chcieliśmy natychmiast uciekać do Włodzimierza Wołyńskiego. Od samego rana widzieliśmy konie chodzące samopas po ogrodach oraz rozpuszczone bezwładnie krowy i inne bydło. Poza tym nie było widać także żadnych dymów z kominów wsi Dominopol. Po przeprowadzeniu tych obserwacji około południa upewniliśmy się, że ludność Dominopola została dziś w nocy i nad ranem napadnięta i wymordowana. Tymczasem z tamtej strony wciąż dochodziły pojedyncze już strzały, w tym czasie dobijano tych którzy cudownie ocaleli z pierwszej najgwałtowniejszej fazy mordu. Gdy my wciąż z bratem nastawaliśmy na naszą rodzinę, aby uciekać porozumieliśmy się z nimi, że oni zostają natomiast ja z bratem uciekamy do miasta. W domu zostali wtedy mój tato i mama Sienkiewicze oraz nasza siostra Leokadia lat ok. 30. Lodzia została, ponieważ chciała namówić do ucieczki także rodziców. Niestety, następnego dnia 12 lipca Ukraińscy mordercy napadli na naszą wieś Piński Most i wymordowali wielu Polaków, w tym moją najbliższą rodzinę." [25] [Sławomir Roch, Wspomnienia Kazimierza i Antoniny Sidorowicz z d. Turowska ze wsi Dominopol z Wołynia, Zamość 2003 r., s. 6-10]

Podczas tej krwawej niedzieli i w ciągu kilku następnych dni, zaatakowane zostały następujące osady polskie: Gmina Chotiaczów: Brzezina, Bużanka, Dziegciów, Funduma, Józefin, Łudzin, Nowojanka, Smołowa, Suchodoły, Werchnów. Gmina Grzybowica: Biskupicze Małe, Biskupicze Szlacheckie, Brzezina, Chrynów, Czerniaków, Franpol, Grzybowica, Gucin, Gurów, Janiewicze, Korczunek, Kropiwszczyzna, Litowież, Myszów, Niskienicze, Nowiny, Sądowa, Stasin, Wygranka, Zabłoćce, Żdżary Duże. Gmina Korytnica: Stęzarzyce, Strzelecka, Turówka, Wydranka. Gmina Mikulicze: Biskupicze Górne: majątek, wieś i kolonia, Bubnów, Chobułtowa, Czestny Krest: wieś i kolonia, Maria Wola, Markostaw, Mikulicze, Oktawin, Orlęta, Sielec, Ułanówka, Wandówka, Zofiówka, Zygmuntówka. Gmina Poryck: Dolinka, Holendernia, Iwanicze Stare, Jerzyn, Kłopoczyn, Lachów, Marysin, Olin, Orzeszyn, Pawłówka, Pelagin, Poryck, Poryck Stary, Przesławicze, Radowicze: wieś i majątek, Romanówka, Rykowicze: wieś i majątek, Samowola, Szczeniutyn Duży i Mały, Topieliszcze, Witoldów, Wolica, Zaszkiewicze Nowe i Stare, Zawidów, Zygmuntówka. Gmina Werba: Błażenik, Dominopol, Wiktorówka. Statystyka ta oparta jest o niezwykle bogaty materiał źródłowy, zgromadzony przez państwa Władysława i Ewę Siemaszko z Warszawy, a opublikowany w monumentalnym dziele: „Ludobójstwo dokonane na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” Tom I i II. A choć rzeczywiście porażająca, nie jest jeszcze pełna bowiem wciąż spływają kolejne relacje, już dziś wiadomo jednak, że prawie na pewno, o wielu innych mordach, już się nie dowiemy. Czas płynie bowiem nieubłaganie.

W kontekście tego trzeba powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że na terenie powiatu włodzimierskiego 11 lipca oraz podczas kilku następnych dni, dopuszczono się ludobójstwa względem ludności polskiej. Tego dnia, jednocześnie w dziesiątkach wsi i koloniach polskich miał miejsce atak o świcie na śpiących jeszcze w większości Polaków. Z przebiegu akcji wynika, że celem  nie było usunięcie Polaków rozumiane jako ich wypędzenie, jak by chciało zapewne wielu ukraińskich historyków, tylko ich doszczętne wymordowanie. Co do jednego mieszkańca. Tak, aby nikt nie przeżył i nie dał świadectwa, o tym co się wówczas wydarzyło.  Tylko, że to, na szczęście, nigdy się nie uda. Zawsze znajdzie się ktoś, kto przeżyje i da świadectwo prawdzie, a winni zbrodni zostaną sprawiedliwie osądzeni, jeżeli nie przed sądem to przed Bogiem i historią.

Warto zastanowić się nad losami mieszkańców dwóch kolonii polskich: Augustowa i Władysławówki, gm. Mikulicze. Z relacji pana Władysława Malinowskiego dowiadujemy się, że w obliczu pojawiających się, przed lipcem, pogłosek o mającym nastąpić napadzie, mieszkańcy tych kolonii postanowili opuścić swe domy i gospodarstwa. Odchodzili w nieznane, aby nie narażać życia własnego i swoich rodzin, z nadzieją w sercach, że tu jeszcze kiedyś powrócą. Proszę zauważyć, że w tym momencie mieszkańcy tych dwóch kolonii realizowali cel jaki postawiła sobie OUN i zorganizowana przez nią UPA. Wszak większość dokumentów wydawanych przez stronę ukraińską podkreśla, że chodziło wyłącznie o depolonizację Wołynia, w tym powiatu włodzimierskiego. Większość historyków ukraińskich utrzymuje, że nie chodziło o wymordowanie ludności polskiej, tylko o jej usunięcie, o niejako „oczyszczenie” terenu z ludności polskiej. Tymczasem, co spotyka tych ludzi?  Kiedy z tym wszystkim, co udało im się zabrać ze sobą, podążają w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego, zostają brutalnie zatrzymani przez uzbrojonych żołnierzy ukraińskich i zawróceni z powrotem. A zatem, odmawia się im „prawa” do ucieczki. Mało tego, kilka dni później przysłano kartkę, aby się niczego nie obawiać i przystąpić do zbierania zboża z pól. A pod koniec sierpnia kiedy Polacy zakończyli żniwa, w bestialski sposób wymordowano ludność Wadysławówki. Zaatakowano także Augustów, z którego wielu ludzi uratowało się jednak, zaalarmowanych tym co się dzieje we Władysławówce.

Uderzający w tej relacji jest wręcz niespotykany stopień okrucieństwa, w którym biorą udział głownie chłopi ukraińscy, ale także kobiety: „Pod koniec sierpnia usłyszeliśmy krzyki i piski dochodzące z Władysławówki. Wkrótce z tamtej strony przybiegł młody mężczyzna, cały umorusany we krwi i krzyczał aby uciekać bo Ukraińcy we Władysławówce mordują Polaków i zaraz przyjdą na pewno tutaj. Ludność z naszej wioski zaczęła uciekać w pole i do lasu, każdy chował się gdzie mógł. Ja z żoną i trojgiem dzieci ukryłem się w lesie oddalonym ok. 400 m od naszego domu. Niedługo potem przyszedł pod las znajomy Ukrainiec Pawluk Józef. W trakcie rozmowy z nim dowiedzieliśmy się, że był we Władysławówce i widział pomordowanych Polaków. Tego dnia zginęło tam ok. 250 osób. Pytany przez nas jak to się stało, powiedział: napad miał miejsce rano, ok. 50 żołnierzy UPA zdobyło wieś zabijając kilku Polaków, którzy próbowali uciekać. Pozostali bezbronni i sterroryzowani zostali zaatakowani przez ok. 150 osób, którzy oczekiwali w rejonie wsi. Była to zbieranina ludzi w tym także kobiety, bez broni palnej, uzbrojonych w kosy, siekiery, sierpy, widły noże, cepy, szpadle, grabie, kłonice, orczyki i inne narzędzia stosowane w rolnictwie. Na dany znak ta masa ludności rzuciła się na Polaków. Rozpoczęła się straszna rzeź. W tym zamieszaniu zabili i swoich. Najgorzej znęcali się nad ostatnimi Polakami. Rozszarpywali ciała, odcinali kończyny, wieszali sztywnych i już zabitych, wydłubywali oczy, obcinali uszy, nos, język, piersi kobietom i puszczali ofiary, inni oprawcy łapali ofiary i dalej męczyli aż do skonania ofiary. Widziałem jak jeszcze żyjącym ludziom rozpruwano brzuchy, wyciągano rękami wnętrzności ciągnąc kiszki. Widziałem jak gwałcili kobiety, potem wbijali je na kołki, jak stawiali żywe kobiety nogami do góry i siekierą rozcinali na dwie połowy. Innych topiono w studniach. Nigdy w życiu nie widziałem i nie słyszałem o czymś podobnym, stwierdzając, że ktoś kto tego nie widział na własne oczy nie będzie w stanie w to uwierzyć. Po wymordowaniu ludzi wszyscy rzucili się na dobytek. Rabowali wszystko co przedstawiało sobą jakąkolwiek wartość, często wydzierając sobie wzajemnie z rąk co cenniejsze przedmioty. Zdarzały się nawet bójki ze skutkiem śmiertelnym”. Siedzieliśmy w lesie trzy dni. W tym czasie Pawluk Józef przynosił nam żywność. Namawiał nas do ucieczki, gdyż tu grozi nam stałe niebezpieczeństwo a on nie może stale narażać siebie i swojej rodziny. Za pomoc Polakom groziła śmierć, w najlepszym przypadku dotkliwe pobicie. Posłuchaliśmy  jego rady i nocą wyruszyliśmy w stronę Włodzimierza, gdzie dotarliśmy nad ranem.”  Napad miał miejsce 29 sierpnia rano, liczba ofiar jest nieco zawyżona, przypuszcza się, że zginęło tam około 160 osób. [26] [Władysław i Ewa Siemaszko, Ludobójstwo.....jak wyżej, s. 868-869, Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/81]

W języku malajskim jest słowo „amok”, które oznacza napad szału zabijania, obłędnego szaleństwa. Ludzie będący w stanie amoku, nie rozumieją swoich uczynków, nie są zdolni pokierować swoim postępowaniem. Przyczyny amoku nie są zbadane do dnia dzisiejszego. W przypadku wystąpienia takiego stanu, można usiłować zrozumieć stopień okrucieństwa, jaki miał miejsce podczas rzezi we Władysławówce. Przy czym trzeba pamiętać, że owi zbrodniarze sami, przez własne złe i haniebne uczynki, wywołali taki stan ducha, a to obciąża ich jeszcze bardziej. Takich przykładów, jak Władysławówka jest wiele, nawet scenariusz tych aktów barbarzyństwa jest podobny. Wioska otaczana była najczęściej o świcie lub w środku nocy tak aby nikt nie mógł się wymknąć, a następnie w przypadku jakiegoś sporadycznego oporu zdobywana przez formacje wojskowe. Potem do akcji wkraczały oddziały uzbrojonych chłopów, nierzadko z sąsiednich wsi, które bez pardonu mordowały ludność polską i  rabowały jej majątek.

W kolonii Stasin gm. Grzybowica banderowcy użyli podstępu aby zgromadzić wszystkich mieszkańców. 11 lipca o świcie uzbrojona banda Ukraińców i bojówka UPA okrążyły połowę kolonii, w której domy były skupione, nie wypuszczając nikogo, pozostawiając natomiast wolny wjazd. Z drugiej połowy kolonii uciekli. W godzinach popołudniowych do koloni wkroczyła jedna grupa napastników, a druga z wozami na zrabowane mienie schowała się za pagórkiem. Część Ukraińców była nieznana, najprawdopodobniej przybyła z dalszych okolic, a pozostali miejscowi, lecz  dobrze zamaskowani. Mimo to zostali rozpoznani: Stepan Badzoń i członkowie rodziny Kaszajów z wsi Kałusów, gm. Grzybowica. Byli uzbrojeni w broń ostrą oraz siekiery i kosy na sztorc. Grupki napastników wypędzały mieszkańców z domów, żądając, ażeby mieszkańcy zeszli się na wyznaczone miejsce, bo mają do zakomunikowania ważne wiadomości w związku z rzekomym wyjazdem na roboty do Niemiec. Kazano zabrać ze sobą tylko dowody osobiste. Spędzonych ludzi rozdzielono do dwu dużych, znajdujących się po obu stronach drogi, stodół: mężczyzn do stodoły Grabowskiego, a kobiety i dzieci do stodoły Urbaniakowej, a następnie ogłoszono zgromadzonym, że na taką chwilę Ukraińcy czekali ponad 20 lat, by wyniszczyć Polaków do dziesiątego pokolenia. Dalej nastąpiło w obu stodołach rozstrzeliwanie z broni palnej i maszynowej, po czym rannych dobijano siekierami, kłuto bagnetami. Zamordowano 105 osób. [27] [Władysław i Ewa Siemaszko, Ludobójstwo.....jak wyżej, s. 834-836, Gł. K. Zbr. p. N. Pol. IV/7, IV/11, Zbr. Nacj. Ukr., s. 86]

 

OD REZUNOWEGO NOŻA NIKT NIE MIAŁ TARYFY ULGOWEJ

NIE BYŁO PRZEPROŚ

Rzezie w powiecie włodzimierskim nie zakończyły się z końcem tragicznego dnia 11 lipca. Można powiedzieć, że stanowiły ich początek. Przez następne dwa miesiące w całym powiecie dochodziło do ataków nacjonalistów ukraińskich na ludność polską, w różnych miejscowościach. Szczególne ich nasilenie miało miejsce pod koniec miesiąca sierpnia na terenie gminy Olesk i gminy Werba. Spośród wielu polskich osiedli zaatakowano wtedy także wieś Przewały, gdzie w kościele zamordowano około 70 wiernych zebranych na nabożeństwie. [28] [Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/38, IV/69, Zbr. Nacj. Ukr., s. 136] Niecodzienny przykład, wyrafinowania i podstępu, jak wszystko na to wskazuje ze strony Ukraińców, przytacza pan Karol Chwała, który opisuje zagładę wsi Sokołówka gm. Olesk. Przypomnijmy, że jeszcze w lipcu 1943 r. upowcy zwołali zebranie Polaków, mieszkańców Sokołówki i Jasienówki (gm. Olesk), w sąsiedniej ukraińskiej wsi Krać i zapewnili, że Polacy mogą spokojnie pracować, nie bać się o swoje życie, bo nad ich bezpieczeństwem czuwają Ukraińcy. Wyjaśniali, że wieści jakoby Ukraińcy mordowali Polaków są rozpowszechniane przez niemiecką propagandę, a Niemcy przebierają się za partyzantów ukraińskich i mordują Polaków, chcąc w ten sposób skłócić Polaków z Ukraińcami.

Dramat rozpoczął się zupełnie niewinnie gdy 28 sierpnia po zakończonych żniwach Ukraińcy kazali wszystkim Polakom zabrać swoje zboże i pojechać do wsi Stawki i Władynopol aby mleć zboże. Tłumaczyli, że w tym dniu młyny będą mleć tylko dla Polaków. W znakomitym dziele państwa Władysława i Ewy Siemaszków: „Ludobójstwo.....” czytamy, że Polacy chętnie skorzystali z tej wiadomości, namęli mąki i powrócili do domów, kładąc się spokojnie spać i niczego nie przeczuwając. Wielu było przekonanych, że nastąpiła zgoda między Ukraińcami i Polakami. Rano wioska została otoczona, a jej mieszkańcy kompletnie wymordowani. Akcją dowodził Mikołaj Dembyćki ze wsi Krać, a wspomagali go chłopi ukraińscy z innych okolicznych wsi, w okrutnych mękach zginęło blisko 200 osób. Doprawdy trudno w to uwierzyć, tym bardziej na tamtej ziemi i w tamtych okolicznościach, że był to tylko efekt jakiegoś tylko donosu, nieporozumienia i chwilowej furii, które można było wyjaśnić i naprawić. Świeża, gotowa mąka znalazła się w ukraińskich spichrzach. [29] [Władysław i Ewa Siemaszko, Ludobójstwo....jak wyżej, s. 880-881, Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol., IV/2, s. 15, IV/3, Zbr. Nacj. Ukr., s. 122]

Z relacji wynika również, że Polacy w wielu regionach, szczególnie na początku, byli nieświadomi prawdziwych intencji banderowców, którzy wielokrotnie stosując podstęp zwabiali Polaków, zapewniając ich o swoich dobrych zamiarach w stosunku do nich, a później bez pardonu mordowali wszystkich naiwnych, którzy im zawierzyli. Wielokrotnie obiecywano także, szczególnie młodym chłopakom, że jeśli się z nimi udadzą to trafią do polskiej partyzantki. Ci, którzy uwierzyli, nigdy już nie wracali. Pan Stanisław Dolecki ze Swojczowa gm. Werba we wspomnieniach napisał, że w obliczu powtarzających się mordów na ludności polskiej, kiedy pytali znajomych partyzantów ukraińskich dlaczego giną Polacy, najczęściej wymienianą przyczyną tych bolesnych przypadków miały być porachunki osobiste. W tym czasie otwarcie głoszono, że każdy kto dopuści się zbrodni i zostanie schwytany, będzie karany śmiercią za śmierć. Tymczasem napady nie ustawały, a wręcz przeciwnie jeszcze się nasilały. Ludność polska wciąż była jednak solennie zapewniana o nieistniejącym niebezpieczeństwie. Widać co innego głoszono, a co innego czyniono, bowiem napady na ludność polską nie ustawały, a od 11 lipca przybrały już całkowicie jawne rozmiary ludobójstwa. [30] [Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/6] W obliczu zagłady Dominopola i wielu innych osiedli polskich, w nie dotkniętych tragedią polskich osiedlach i koloniach powstała panika. Polacy gremialnie decydowali się na opuszczenie swoich domów i ucieczkę do Włodzimierza.

Ciekawą relację przytacza pan Piotr Potapiuk ze wsi Kraki gm. Korytnica. Możemy się z niej dowiedzieć o przebiegu „rozprawy polowej” przed dużym zgromadzaniem Ukraińców, na której ważyły się losy jego najbliższej rodziny. Warto przypomnieć, że głównym oskarżycielem na rozprawie, był nie kto inny, tylko jego stryj - lokalny dowódca UPA, który po wcześniejszym zamordowaniu własnego rodzonego brata (ojca Piotra), teraz także żądał kary śmierci. [31] [Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/2, s. 8] Podczas napadu stosowano różne sposoby uśmiercania ludzi. W Sielcu, gm. Mikulicze dla przykładu nie stosowano broni palnej. Mordowano siekierami i widłami bądź żywcem palono w płonących zabudowaniach. [32] [Archiwum Wschodnie, II/1455, Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/15, IV/ 31, Zbr. Nacj. Ukr., s. 43-44] W wielu miejscowościach, jak np. w Marii Woli, gm. Mikulicze powtarzały się przypadki wrzucania ludzi do studni. Czasami były to już trupy, a czasami żywi ludzie, których następnie pozbawiano życia kamieniami, bądź granatami. [33] [Archiwum Wschodnie, II/1721, Archiwum prywat. Teresy Radziszewskiej z Zamościa, Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/36, IV/64, IV/66, IV/71, Zbr. Nacj. Ukr., s. 90-91] W ukraińskiej wsi Mokrzec, gm. Werba kowala Aleksandra Funę przecięto piłą, pozostałych Polaków mordowano w kuźni młotami rozbijając głowy. [34] [Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/8, IV/9, Zbr. Nacj. Ukr., s. 73-74] Najczęściej jednak gromadzono całą ludność polską w określonym miejscu, zmuszając zebranych do kopania dla siebie zbiorowych mogił (bywało, że doły były już uprzednio przygotowane) i dokonywano masakry. Często powtarzającym się sposobem pozbycia się ludności polskiej, było także zbiorowe spalenie w zamkniętych budynkach, którymi najczęściej były stodoły, kuźnie, domy, bądź inne pomieszczenia gospodarcze. Śmierć w płomieniach poprzedzana była najczęściej torturami, a w najlepszym wypadku uderzeniem siekierą, bądź postrzałem.

Zazwyczaj w drugiej fazie rzezi, urządzano polowania na tych, którzy zdążyli się ukryć i przeżyli pierwsze minuty napadu. Dla przykładu w Dominopolu po splądrowaniu mieszkań wymordowanych w większości Polaków, przystąpiono do przeszukiwań pozostałych zabudowań gospodarskich, sadów i zarośli z nadzieją, że może uda się jeszcze znaleźć jakiegoś „żywego Lacha”. Jeżeli kogoś znaleziono nie trzeba dodawać jaki był jego dalszy los. Pan Bronisław Kraszewski wspomina: „ [...] Wschodzące słońce na bezchmurnym niebie oświetliło na łące miejsca, w których szukały schronienia osoby cudem uratowane z pierwszej fazy mordu. Bezlitośni bandyci niczym wprawni myśliwi wykrywali miejsca schronienia Polaków. Uciekających dopędzali na koniach i z ochrypłym okrzykiem „Lachy tutaj” mordowali dzieci i kobiety, nie oszczędzając nikogo [...]”. [35] [Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/23]

Ignacego Nieradko, organistę z Oktawina, gm. Mikulicze rozebrano do naga, przywiązano do drzewa i rozpalono pod nim ognisko. Zmarł w potwornych mękach. Staruszkę Nowakowską (ponad 80 lat) z Ułanówki wywleczono z domu, położono na pieńku jej głowę i odrąbano. [36] [Zbr. Nacj. Ukr., s. 82]  Nie było litości nawet dla rodzin mieszanych. W przypadku gdy żona lub mąż byli pochodzenia ukraińskiego, ich obowiązkiem było zamordowanie męża Polaka lub żony Polki, dzieci rzecz jasna również. Taki był warunek niejako oczyszczenia własnego i wstąpienia do OUN. W przypadku odmowy mordowano bez pardonu całą rodzinę. Tak zginęła rodzina Ukraińca Władysława Dziducha z Marii Woli gm. Mikulicze, który miał za żonę Polkę i wiele innych. [37] [Zbr. Nacj. Ukr., s. 90-91]  Zdarzały się jednak i takie przypadki, kiedy ta miłość i  więź rodzinna nie była tak mocna, aby wytrzymać tak ciężką próbę i mąż lub żona w obawie o swoje własne życie, mordowali swoich najbliższych. Niejednokrotnie bywało tak, że podczas pierwszego napadu na wioskę uprowadzano samych mężczyzn, rabowano majątek, zabijano wybrane, szczególnie znienawidzone rodziny innych pozostawiając w spokoju. W rezultacie pozostali, w większości przypadków decydowali się na opuszczenie swoich domów. Niektórzy jednak zostawali. Za co płacili, niedługo później najwyższą cenę. Staruszka Michalina Gaczyńska z Mohylna gm. Werba po pierwszym napadzie, gdy wszyscy pozostali przy życiu pakowali się naprędce i uciekali, zdecydowała się zostać, argumentując swoją decyzję tym, że staruszki Ukraińcy ruszać nie będą. Wkrótce potem została zamordowana wraz ze swoim synem kaleką Ignacym Gaczyńskim. [38] [Zbr. Nacj. Ukr., s. 134] Wielu Polaków uratowało się dzięki temu, że zostali zaalarmowani odgłosami wystrzałów, bądź krzykami mordowanych ludzi, dochodzącymi z innej części wsi, a nawet już z gospodarstw sąsiadów. Większość z nich polami i bezdrożami przedostawała się do miasteczek Włodzimierza Wołyńskiego, Uściługa, Sokala i Kowla szukając tam schronienia. Niektórzy, poukrywani w różnych schowkach i schronach dopiero po kilku godzinach, a nawet dniach, odnajdywani byli przez żołnierzy z polskiej samoobrony (z Włodzimierza Wołyńskiego, Iwanicz, Bielina). Samoobrona przybywając na miejsce zdarzenia, niejednokrotnie ratowała w ten sposób, niejedno istnienie ludzkie od niechybnej śmierci. Były jednak i takie jednostki, które całymi tygodniami a nawet miesiącami ukrywały się w lasach, niedostępnych uroczyskach, na cmentarzach (w Swojczowie) lub u znajomych Ukraińców, ludzi dobrego serca. Polacy bowiem w obliczu grożącego śmiertelnego niebezpieczeństwa, zwracali się do zaprzyjaźnionych Ukraińców z prośbą o pomoc w ukryciu lub ucieczce. I trzeba tu powiedzieć, że w bardzo  wielu przypadkach ją otrzymali. Była to pomoc bezcenna, bo w większości przypadków ratująca życie ludzkie. Tym bardziej i to trzeba podkreślić szczególnie, że za udzielanie pomocy Polakom UPA wymierzała surowe kary, włącznie z karą śmierci. Ale były i takie przypadki, kiedy nawet dobrzy znajomi okazywali się zwykłymi bandytami, jak dla przykładu we wsi Smołowa i Zimno, gm. Mikulicze.

W większości materiałów i opracowań możemy spotkać się z tezą, że tak poważny udział w mordach na ludności polskiej był spowodowany terrorem służby bezpieczeństwa UPA, która niepokornych, nieskorych do mordowania Polaków potrafiła karać śmiercią. Mówi pan Kuczek Władysław z Gucina: „ [...] miejscowi Ukraińcy nie brali bezpośredniego udziału w wymordowaniu mieszkańców Gucina ale też nie zrobili niczego, aby do tego nie dopuścić. Uważam jednak, że opinii o Ukraińcach nie można uogólniać. Znałem wiele rodzin ukraińskich, wielu światłych Ukraińców, którzy nie podzielali ówczesnych poglądów swoich rodaków. Terror był jednak zbyt silny i brutalny aby mogli mu się otwarcie przeciwstawić. „ [39] [Gł. K. B. Zbr. p. N. Pol. IV/14]

Generalnie rzecz biorąc trzeba się z tym zgodzić. Wydaje się jednak, że zaważyły tutaj jeszcze inne czynniki. Pan Jan Dziuba z Marcelówki gm. Werba pisze: „ [...] Z synem Marczaków - Aloszą chodziłem przed wojną do jednej szkoły. Kiedy została zamordowana rodzina polska w Chobułtowie, Alosza powiedział mi, że nie możemy już być dłużej przyjaciółmi. Użył wtedy następujących słów: ‘ Bo my już złożyli przysięgę was wszystkich wybić. ‘  Z tego co mówił zorientowałem się, że po wsi chodzi chleb, w którym przekazywana jest przysięga dla Ukraińców, żeby wymordować polskie rodziny”. [40] [Akta Śledcze OKL/S28/91/In, s. 276–277] Nie mamy powodu, żeby nie wierzyć panu Dziubie. Nie o to nawet w tym momencie chodzi. Faktem jest to, że nie zawsze, prości Ukraińcy postawieni byli nagle przed dramatycznym wyborem: mordujesz Polaków i jesteś z nami, a jak nie, to jesteś wróg i należy ci się śmierć. Wielu z nich uległo po prostu propagandzie nacjonalistycznej, usilnie przekonywującej, że warunkiem zbudowania niepodległej Ukrainy jest pozbycie się raz na zawsze Polaków.

Milgram dowiódł, że 75% ludzi dobrowolnie, a często nawet pomimo znacznych wątpliwości natury moralnej, jest gotowych zagrozić życiu innych ludzi, jeśli uznany przez nich autorytet w sposób wiarygodny wskaże im, że to służy rzekomo wyższym celom. [41] [Przestroga przeszłości wskazaniem dla Europy pokoju, Oświęcim 1989 r., s. 37] Wydaje się, że wielu uczciwych Ukraińców, chociaż niejednokrotnie musiało to być sprzeczne z ich sumieniem, przyjmowało straszny rozkaz mordowania Polaków za swój święty obowiązek, który muszą wypełnić wobec najdroższej ojczyzny. Czyniąc to w imię wielkiej idei, jaką było dla nich walka o niepodległe państwo czuli się rozgrzeszeni. Doskonale zdawali sobie z tego sprawę nacjonaliści, którzy pozbawieni jakichkolwiek skrupułów i wyzbyci do cna moralności a priori odpuszczali grzechy.

 

ZAGŁADA KAT. PARAFII NARODZENIA NMP W SWOJCZOWIE

Generalnie rzecz biorąc sytuacja w opisanym już powiecie Włodzimierz Wołyński, przekładała się na niemal każdy, nawet najmniejszy skrawek tej ziemi. Dlatego niecelowe jest w tym miejscu, powtarzanie dokładnego jej opisu. Zanim przejdę więc do opisu tragicznych wydarzeń sierpniowych, pragnę skupić się jednak na próbie odpowiedzi, dlaczego Polacy nie zorganizowali skutecznej obrony przed napastnikami. Przecież na terenie parafii Narodzenia NMP w Swojczowie - w porównaniu z innymi rejonami – ludność polska stanowiła duży odsetek, nawet trzydzieści kilka procent ogółu mieszkańców. Gdy czyta się źródła i wspomnienia naocznych świadków, byłych parafian, wydaje się, że zabrakło jednostek przywódczych, ale przede wszystkim zadziałała wiara i nadzieja w ukraińskiego, dobrego i zażyłego sąsiada. Właśnie to zaufanie zostało wykorzystane przez UPA do wyeliminowania z terenu parafii osób najbardziej aktywnych. Ten proceder też został już dobrze wcześniej opisany i chociaż terror stawał się coraz trudniejszy do zniesienia, a tylko do lipca 1943 r. zginęło co najmniej 32 osoby, jedyną reakcją polskiej społeczności, było nie nocowanie w domach oraz sporadyczne ratowanie się ucieczką do miasta. [42] [Nasz Dziennik 07.09.1998, Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]

Uwertura do zagłady tutejszej społeczności rozpoczęła się w krwawą niedzielę 11 lipca 1943 r., napadem na dużą i czysto polską wieś Dominopol. Ukraińscy bandyci wymordowali tam, głównie siekierami i innymi narzędziami gospodarskimi co najmniej 220 osób. Wspomina była mieszkanka Swojczowa pani Władysława Główka z d. Bedychaj, obecnie zamieszkała w Zamościu: „[...] Zanim jednak udała się do szpitala, osobiście opowiedziała mi i nam wszystkim w naszym domu, to co widziała na własne oczy i czego osobiście doświadczyła tam w Dominopolu, podczas straszliwej rzezi ludności tej miejscowości z 10 na 11 lipca, mówiła tak: „Tej nocy cała nasza rodzina spała w domu, nagle ktoś zastukał do drzwi naszego domu. Mój tatuś niczego się nie domyślając wstał z łóżka i spokojnie poszedł otworzyć drzwi. Gdy tylko otworzył drzwi Ukraińcy od razu, bez jednego słowa przebili tatę bagnetem, a on upadł w progu. Potem rzucili się na nas wszystkich i zaczęli mordować kogo popadło pierwszego. Ja też zostałam przebita bagnetem i natychmiast straciłam przytomność!! Na jak długo utraciłam świadomość nie wiem, jednak w pewnym momencie, ocknęłam się i poczułam, że jestem przygnieciona ciałami innych osób z mojej rodziny. Ukraińcy bowiem gdy już pomordowali wszystkich w moim domu, poskładali nasze trupy w mieszkaniu na jedną kupę. Zebrałam w sobie siły i udało mi się  wydostać spod tych ciał. Widząc, ze w domu nikogo nie ma i panuje głęboka cisza, wyszłam z domu i instynktownie schowałam się w konopiach, które rosły tuż obok naszego domu.

Tam siedziałam i bardzo się bałam, że mnie tu Ukraińcy znajdą i zabiją na miejscu . Po jakimś czasie, jeszcze tej samej krwawej nocy znów usłyszałam ukraińskie głosy, tuż obok naszego domu. Zaczęłam uważnie nasłuchiwać i nagle usłyszałam takie słowa: ‘Tu brak jednej osoby!’ Bardzo się przestraszyłam, bo od razu domyśliłam się, że mówią o mnie, bałam się, bałam się, że zaraz zaczną mnie szukać po całej okolicy. Ale na szczęście nie zdecydowali się i po chwili gdzieś dalej odeszli, a ja długo jeszcze siedziałam w tych konopiach. W pewnym momencie usłyszałam, że ktoś jedzie na koniu, za chwilę zobaczyłam rzeczywiście, jak Ukrainiec jedzie na koniu, a za nim leci pies. Znów bardzo się wystraszyłam, serce biło mi jak oszalałe, bałam się, że mnie psisko wyczuje i koniec ze mną, na szczęście znów mi się udało!! Tu jednak dłużej nie mogłam zostać, postanowiłam więc uciekać z Dominopola i szukać ratunku u naszej rodziny w Swojczowie. Po drodze widziałam świeżo wykopane doły, przypuszczam, że dla pomordowanych członków naszych rodzin z naszej wsi Dominopol.  Przeszłam przez rzekę Turię i dotarłam do mojej cioci Karoliny Rusieckiej, która zaraz się mną zaopiekowała i trochę mnie leczyła. [...]” [43] [Sławomir Roch, Wspomnienia Władysławy Główka z d. Bedychaj ze wsi Swojczów na Wołyniu...., s. 17-18]

Zanim doszło do tej rzezi, jeszcze tej samej nocy, upowcy wyprowadzili pod las polskich żołnierzy z oddziału, który w Dominopolu miał swoją bazę i tam wszystkich rozstrzelali. Na ołtarzu ojczyzny swoje życie złożyło kilkudziesięciu młodych ludzi, którzy uwierzyli ukraińskiej propagandzie, że będą wspólnie walczyć przeciwko jednemu wrogowi Niemcom. [44] [Władysław i Ewa Siemaszko, Ludobójstwo....., s. 914-916] Na okoliczną ludność polską, wciąż stanowiącą stosunkowo dużą siłę w rejonie, padł jednak blady strach i zamiast powszechnej mobilizacji do stworzenia silnego punktu samoobrony w rejonie, tu i ówdzie pojawiły się, tak rujnującej wszelkie dobre inicjatywy,  znamiona paniki. A w tym właśnie prawdopodobnie upatrywali swoją nadzieję Ukraińcy, których sztab UPA wypuścił ulotki, w których na przemian uspokajano ludność polską, to znowu ją zastraszano. Nie inaczej ukraińscy sąsiedzi, zwykle w przyjaznych słowach odradzali ucieczkę do miasta, strasząc panującym tam głodem, zachęcali do zbierania zboża z pól i byli zdania, że nic złego nie powinno się stać. [45] [Nasz Dziennik 07.09.1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9] Mieszkaniec Swojczowa Bolesław Dolecki, tak wspomina tamte dni, w swoim liście pisanym już po wojnie do swojego rodzonego brata Stefana Doleckiego: „[...] Widzą to Ukraińcy, że ludność polska ucieka, rozstawili uzbrojone straże partyzantów swoich i zawracali uciekających Polaków do domu. Żeby ludność polska uspokoić, sztab partyzancki wypuścił ulotki uspokajające z rozmaitymi przyrzeczeniami. Co do Dominopola, to przyznawali się do winy, że źle zrobili, ale pisali, że były w tym inne czynniki, które wkrótce wyjaśnione będą, a ci którzy uciekają, będą uważani za wrogów i kara ich nie minie, bo prędzej czy później Włodzimierz będzie przez nas zdobyty i uciekinierzy zostaną schwytani. A nasi sąsiedzi, znajomi partyzanci ukraińscy zaczęli nas, Polaków, omamiać. Mówili: „Nie bójcie się, nic wam złego nie stanie się, do kogo tam pójdziecie do Włodziemierza ? Tam będzie głód, z głodu poumieracie, ot, żniwo zbierajcie, zboże, nikt was nie będzie zabijał. Nie bierzcie tego pod uwagę, co się stało w Dominopolu. Tam każdy mieszkaniec przechowywał szpiega i ci szpiedzy napadali na nasz sztab, dużo naszych partyzantów pozabijali, więc pomściliśmy ich. A tych chłopców, których pozabierali, mówili nam Ukraińcy, że oni byli na liście, która dostała się do sztabu jako polska organizacja, więc ich dlatego pozabierali, a kto nie winien, tego nie zabiorą, niech będzie spokojny. Wam tak nie będzie. W razie czego my was będziemy bronić, spijcie w domach swoich, a jak już tak boicie się, to przychodźcie do mnie na noc.” Tak przyrzekali sąsiedzi i znajomi ukraińcy, tak ludność polską okłamywali. Jednak w dalszym ciągu morderstwa nie ustawały. Zabierano chłopców i mężczyzn wojskowych do lasu i mordowano. [...]” [46] [Leon Karłowicz, Śladami Ludobójstwa, Lublin 1998, s. 321-325]

Słowa słowami, a fakty i nowe wydarzenia, niemal każdego dnia same mówiły za siebie bowiem ciągle, miały miejsce porwania pojedynczych osób, które zapadały się pod ziemię. W samym tylko miesiącu lipcu zginęło w ten sposób, co najmniej 67 osób z takich miejscowości jak: Budy  Ossowskie, Fiodorpol, Gnojno, Kociór, Kohylno, Ludmilpol, Turia. Swojczanie coraz częściej z trwogą obserwowali też, ogromne nocne łuny palonych, odległych gospodarstw i nie trudno im było się wtedy domyślać, kto i kogo właśnie podpalił. Wkrótce sami znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji, gdy w centrum wsi, na strychu Ukraińcy urządzili punkt obserwacyjny. Na tym się jednak nie skończyło bowiem do domów polskich zostali przydzieleni zamiejscowi Ukraińcy, którzy pilnowali, aby Polacy nie opuszczali wsi, a uzbrojeni upowcy, w ciągu dnia bacznie nadzorowali żniwa. Rodziny polskie nękane były niespodziewanymi wizytami, agresywnych żołnierzy UPA, którzy sprawdzali, kto jest w domu, kogo nie ma i domagali się sprowadzenia brakujących osób. [47] [Nasz Dziennik 07.09.1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]

Lipiec był dla większości Polaków miesiącem przełomowym, wielu z nich trzeźwo oceniło trudną już bardzo sytuację. Jednak mimo wszystko sądzę, że jeszcze była realna szansa na stworzenie zorganizowanej i skutecznej samoobrony w parafii. Jeśli idealnym po temu miejscem jeszcze w czerwcu był właśnie Swojczów, to już miesiąc później, oddalony kilka km od Swojczowa: Tartak Kohyleński. Był tam duży przestronny pałac i budynki robotników tartacznych, a w okolicznym lesie rozgrabione pozostałości po sowieckich koszarach, dla ponoć dwóch dywizji. Opodal tartaku rozłożona była duża i czysto polska kolonia Teresin, której mieszkańcy wspomagani przez ochotników z sąsiednich osiedli polskich, byli w stanie nawiązać z powodzeniem walkę. Nawet do miasta nie było stąd zbyt daleko, a niedalekie placówki polskiej policji we Włodzimierzówce i na Cegielni, były w stanie, dotrzeć w to miejsce w ciągu kilku godzin, aby tylko miały do kogo. Dlaczego więc i tym razem się nie udało ? Dość interesująco pisze o tym w swoich wspomnieniach pani Janina Topolanek z d. Rusiecka, której tatuś Jan Rusiecki, był człowiekiem pobożnym, mężnym, ogólnie poważanymi i z dużym doświadczeniem organizacyjnym. Zatem wraz z młodym i dobrze przeszkolonym synem Leonardem, był w stanie stanąć na czele konspiracji, cieszył się bowiem autorytetem wśród miejscowych ludzi.

Zdarzały się jednak i takie postawy jak w Budach Ossowskich, naówczas dużej polskiej wsi do której przybył dzielny i znakomity dowódca Armii Krajowej (AK), legendarny por. Władysław Czermiński „Jastrząb”. Wraz ze swoimi żołnierzami namawiał mieszkańców do opuszczenia zagrożonego terenu, celem bezpiecznego przeniesienia się dalej na północ, do silnej bazy partyzanckiej w Zasmykach, w powiecie kowelskim. I choć był już początek sierpnia mieszkańcy odmówili opuszczenia swej wsi, nie dowierzając, że może być wkrótce całkowicie i gwałtownie zniszczona. [48] [Nasz Dziennik 07.09.1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9] Ludzie tam musieli być z natury wyjątkowo układni, skoro krótko wcześniej odmówili kilku rodzimym śmiałkom, w tym Władysławowi i Antoniemu Kata, którzy gorąco namawiali do stworzenia samoobrony. Ludzie nie chcieli drażnić Ukraińców i skądinąd dobra inicjatywa spaliła na panewce.

Wspomina pan Henryk Kata, mieszkaniec Kowalówki w parafii Swojczów: „[...] Po krótkich relacjach i szokujących wiadomościach, w atmosferze podenerwowania i niepokoju bracia Władysław i Antoni jeszcze tego dnia udali się do Bud Ossowskich, w celu zorganizowania samoobrony, zanim nasze miejscowości nie zostały bezpośrednio zaatakowane przez rezunów UPA. Próbowali namawiać ludzi do obrony, ale nawet te straszne wiadomości nie przekonały mieszkańców Bud o takiej potrzebie. Zaskakująca była bierność ludzi nieuświadomionych, nie rozumiejących potrzeby organizowania się w samoobronę przed niechybną śmiercią. Moi braciszkowie Władek i Antoś późną nocą wrócili do domu. Nikt tej nocy nie usnął, widmo grozy zaglądało ze wszystkich stron. Jeszcze po rozmowach z sąsiadami, nie widząc zapału do obrony, bracia Władysław i Julian, jeden z dwójką, drugi z trójką dzieci, żonami i naszą mamą wczesnym rankiem 12 lipca polnymi i leśnymi drogami przez Wierzbiczno, Osiecznik, poprzez Piórkowicze, Janówkę i Radomle, uciekli do Kowla. [...] Ja z bratem Antkiem pozostaliśmy; to też uzgodniliśmy wspólnie, że do Kowla przyjedziemy za kilka dni. [...] Wiedzieliśmy, że w zaistniałej sytuacji nasze miejscowości ulegną zagładzie, jak wiele innych, które już to, co najgorsze, spotkało. Nie wiedzieliśmy tylko, kiedy to nastąpi. Bierna postawa naszej społeczności w kwestii obrony skłoniła nas do opuszczenia wszystkiego, co posiadaliśmy. Nie chcieliśmy czekać świadomie na rezunów UPA.” [49] [Henryk Kata, Wojenne Wichry, Otwock 2001, s.15] Ogromna większość pozostała w swoich zagrodach,  wielu z nich, niedługo późnej zapłaciło za to najwyższą cenę, na zawsze pozostając w opłotkach własnych gospodarstw. Wspomina pan Henryk Kata: „Półtora miesiąca po opuszczeniu naszych domów, 30 sierpnia 1943 r., wieś Budy Ossowskie i kolonia Kowalówka o świcie zostały otoczone przez uzbrojone bandy, które wyszły ze wsi Wołczak i Rewuszki i dokonały masowej rzezi na ludności polskiej. Rezultat był przerażający: w Budach Ossowskich ponad dwieście osób, w tym ponad osiemdziesięcioro dzieci, w Kowalówce na 23 rodziny 32 osoby zamordowane. [....]” [50] [Jak wyżej, s. 15-16, Wacław Chmielewski, Zabużniaki, Wołomin 2002, s. 46-47]

Tymczasem w dalszym ciągu nie ustawały morderstwa pojedynczych osób. W sierpniu w miejscowościach Boża Wola, Budy Ossowskie, Czosnówka, Helenówka Gnojeńska, Hubin, Kohylno, Kowalówka, Ludmilpol, Mikołajówka, Mikołajpol, Mohylno, Rewuszki, Swojczów, Tumin, Turia, Wołczak i Zwierzyniec zginęło co najmniej 114 Polaków. Jeśli jeszcze sobie uświadomimy, że zapewne większość z nich to byli młodzi, silni i zdolni do służby wojskowej mężczyźni rodzi się smutna refleksja: dlaczego oni poszli pod nóż, dlaczego ktoś ich wcześniej nie zorganizował w mocną kompaniję wojska. Może rzeczywiście brakowało broni ostrej, ale przecież Ukraińcy bili siekierami, czy brakowało tym osiłkom czego, aby w razie konieczności chwycić za kosę. Można było Moskala policzyć pod Racławicami, można i było rezuna pod Swojczowem. [51] [Nasz Dziennik 07.09.1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]

 

OSTATECZNA ROZPRAWA

Krwawy napad na kolonię Kisielówka 21 sierpnia to początek ostatecznej rozprawy z lokalną społecznością, pod nóż poszło 87 osób. Już kilka dni później 28 sierpnia 1943 r. w Gnojnie UPA ogłosiła decyzję o ostatecznym wymordowaniu Polaków w okolicy i związanym z tym święceniu narzędzi zbrodni następnego dnia w Cerkwiach. Trudno doprawdy w to uwierzyć, ale rzeczywiście takie informacje, wieści wprost odrażające przenikały z różnych stron i od różnych osób. Dosadnie pisze o tym pani Ewa Siemaszko w swoim artykule: „Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu” opublikowanym 07 września 1998 r. w Naszym Dzienniku.

Czytamy tam dalej, że 29 sierpnia 1943 r., (nota bene znów upowcy obrali sobie niedzielę Dzień Pański), w 14 miejscowościach parafii Swojczów UPA wymordowała 990 oób. Pośród wprost niekiedy dantejskich scen, od których człowieka przechodzą wprost dreszcze, ginęły kobiety, dzieci, niemowlęta i starcy. [52] [Nasz Dziennik 07. 09. 1998 r. Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]

Wspomina pan Eugeniusz Świstowski były mieszkaniec polskiej kolonii Teresin: „Tegoroczne lato było więc dla nas Wołyniaków, szczególnie gorące i krwawe. A w końcu przyszedł także i taki dzień, gdy o świcie mieszkający w okolicy Ukraińcy, napadli i bestialsko wymordowali polską ludność Teresina. Przebieg tych niezwykle tragicznych i przejmujących wydarzeń znam od naocznych świadków, którzy w ogromnej większości cudem dosłownie, uratowali się spod banderowskiego noża i siekiery. Pierwszym, który opowiadał mi napad na naszą kolonię był Polak Kazimierz Umański, który cudem ocalał z rzezi i zdołał przedostać się do miasta. Gdy niedługo później spotkał mnie na ulicy Włodzimierza, tak wspominał: „W ten krwawy ranek, którego nie zapomnę do końca mojego życia, spałem jeszcze w swoim pokoju, gdy nagle posłyszałem straszny pisk i płacz swojej mamusi oraz rodzeństwa, dochodzący z naszej kuchni. Mój młodszy brat Tadeusz, który spał tuż obok mnie, również się obudził. Nie wiele się zastanawiając skoczyłem przez okno na dwór i szybko pobiegłem do lasu, który oddalony był tylko 200 metrów. To był las Polaka Mikołaja Bojko, który dalej łączył się z Lasem Kohyleńskim. Następnie, tak szybko jak tylko mogłem, dotarłem do miasta Włodzimierz. Przez cały czas nie wiedziałem, co to były za rozpaczliwe piski, co tak naprawdę, wydarzyło się w moim domu i najważniejsze pytanie, które nie dawało mi spokoju: co stało się z moją rodziną?! Z domu uciekłem bowiem w tamtym momencie byłem prawie pewien, że to Ukraińcy napadli na nasz dom i mordują moich najbliższych. Dopiero potem dowiedziałem się także od innych ludzi, że na naszej kolonii był rzeczywiście straszny pogrom. Z mojej rodziny zginęli wtedy moja mama, mój brat Tadeusz i siostra Zofia.” Pragnę dodać, że mama Kazika miała chyba na imię Anna lat ok. 50, jego brat Tadeusz mógł mieć lat około 20, natomiast siostra Zosia mogła mieć wtedy około 18 lat. Kazimierz Umański po pewnym czasie, został żołnierzem polskiej samoobrony na którejś z placówek i nie znam jego dalszych losów. [...]

Zaraz po wymordowaniu wsi Teresin, spotkałem kolejnego świadka tej rzezi. Pani Maria Bojko, była mieszkanka naszej kolonii, jako Polka była córką Jana i Marceliny Świstowskich. Wyszła za mąż za Michała Bojko, który pochodził ze wsi Mikołajpol. Maria opowiadała mi osobiście przebieg tych tragicznych wydarzeń tak: „Ja i moja rodzina od pewnego czasu chodziliśmy na noc do Marii, żony sowieckiego oficera z domu Świstowska. Tam nocowaliśmy mając nadzieję, że na ten dom nie będzie napadu, skoro Marysia jest żoną Rosjanina. Dlatego także i w ten dzień kiedy nastąpił pogrom w naszej kolonii byliśmy w tym domu. Razem z nami byli jeszcze dwaj rodzeni bracia Marysi: Tadeusz lat około 17 i Zbigniew lat około 10. Pamiętam, że atak miał miejsce o świcie, ukraińscy bandyci gwałtownie włamali się do tego domu i z miejsca zaczęli mordować wszystkich po kolei. Najpierw zginęli ci którzy byli w kuchni. Ja tym momencie byłam w pokoju obok, zaledwie za jednymi drzwiami, gdy usłyszałam nieludzkie wręcz krzyki i piski brutalnie zabijanych ludzi, dochodzące z kuchni. Razem ze mną była wtedy moja córeczka Regina, która miała wtedy zaledwie 9 miesięcy. Instynktownie chwyciłam niemowlę na ręce i ukryłam się z nim w małej piwniczce pod podłogą, do które wejście było właśnie w tym pokoju. Ledwie zdążyłam się tam schronić do naszego pokoju wpadli Ukraińcy, wyraźnie słyszałam ich kroki. Po chwili zaczęli mordować także tych ludzi, którzy dosłownie przed chwilą byli ze mną w pokoju nad nami. To przeżycie jest nie do opowiedzenia, to się działo tuż nad naszymi głowami. Słyszałam krzyki i jęki konających, a przecież tak bliskich mi osób. Nie zapomnę tego do końca mojego życia, tego nie można wprost wymazać z pamięci. Po chwili wszystko ucichło, a ja posłyszałam jak wyciągają ciała pomordowanych ludzi z domu na podwórze.

W czasie tej rzezi zamordowano: mojego tatusia Jana, moją mamę Kamilę oraz moją rodzoną siostrę Kazimierę i jej synka i córkę. Zginęli także Tadeusz Świstowski i Zbigniew Świstowski. Pamiętam, że kilka razy patrzyłam czy już zrobiło się ciemno na dworze, czekałam roztropnie do nocy. Wreszcie, gdy zapadał już zmrok, ostrożnie wyszłam z mojej szczęśliwej kryjówki na podwórko. Tu moim oczom ukazał się makabryczny widok, na ziemi leżały ciała bestialsko pomordowanych ludzi, w tym moi najbliżsi. Serce mocno mi zabiło po raz kolejny. Na progu domu spotkałam też Marysię, naszą dobrodziejkę oraz jej zaledwie półroczne niemowlę, z jakiegoś powodu oprawcy, pozostawili ich przy życiu. Marysia płakała bardzo gorzko i rozpaczała nad tym co się dzisiaj wydarzyło. Byłam w tym momencie przytomniejsza, zaproponowałam jej, aby razem ze mną zaraz uciekała do miasta. Niestety nie chciała nigdzie uciekać, upierała się i została w Teresinie. Ja tymczasem wzięłam swoje dziecko i lasami doszłam aż do wsi Włodzimierzówka, gdzie było już blisko do Włodzimierza. [...]” [53] [Sławomir Roch, Wspomnienia Eugeniusza Świastowskiego z kolonii Teresin na Wołyniu, Zamość 2003 r., s. 10-13]

Wspomina pani Leokadia Baumgard z d. Sobolewska z Teresina: „ [...] To była niedziela. [...] Był ranek piękny, spaliśmy spokojnie, wszyscy myśleli że będzie dobrze, nikt nawet nie przypuszczał, że stanie się straszne nieszczęście. Usłyszeliśmy rano naraz brzęk szyb w oknie. Ja i pozostali z rodziny Buczkowskich zerwaliśmy się z łóżek patrzymy, a w oknie są widły i siekiery. W sieni była drabina na strych, postawiliśmy drabinę i uciekamy po niej na górę, jedna drugą się pyta: „Co jest?!” Nikt nic nie mówi! Pytam babcię Buczków: „Co jest?!” Ale znów nie było odpowiedzi! Wszyscy byliśmy w szoku. [...] A matka Buczkowskich, córka, Ola i Genowefa, wyszli ze strychu same na zewnątrz, drugą drabiną i innym wyjściem i tam je zabili. Gienia uciekała koło szkółki do lasu ale dopadli ją, zaciągnęli na podwórko i też zabili. Opowiadali nam rodzice, którzy byli w stodole i patrzyli przez szpary jak mordują dzieci i babcię. My obie z Lodzią byłyśmy tymczasem schowane w plewach, jak długo nie wiem, może godzinę. W pewnym momencie na strych wlazł Ukrainiec i chodził z toporem, słychać było jak stukał po podłodze. Pan Bóg dał, że nas nie widział, bo oni bandyci byli pijani. Powiedział tak: „Chto je nechaj wyjde!!” Tyle pamiętam! Bóg dał, że nas nie zobaczył, zszedł na dół i poszli dalej mordować, do Krochmala. Słychać było jęki, rąbanie, ile ich zginęło nie wiem, tak chodzili od domu do domu. Zrobiło się cicho. [...]

Nie wiem co mi przyszło do głowy ale powiedziałam do Lodzi: „Zmówmy pacierz!!” A po modlitwie mówię do nie: „Schodzimy na dół.” Drabina podstawiona była z dworu, po niej właśnie bandyta wlazł na strych szukać pozostałych. Powiedziałam do niej: „Idziemy do mego domu zobaczyć co z moimi rodzicami i rodzeństwem.” Schodzimy po tej drabinie, a pod szczeblami była ziemia zmieszana z krwią. Musiała był płytka ziemia, bo słychać było charczenie, pod drabiną jeszcze konali ludzie, a my musiałyśmy deptać po nich żeby zejść na dół i uciekać. Przeszłyśmy koło Krakowiaka, bo chciałam zobaczyć, kto żyje, tym bardziej, że u nich był schowany mój brat Mieczysław i Jan Topolanek. Ale było pełno krwi na podwórzu, słychać charczenie było, bałam się więc uciekałyśmy dalej koło mojej cioci Teresy Klimczak, siostry mojego ojca. Moja starsza siostra chodziła do niej spać ale było wszystko otwarte, drzwi i okno otwarte, krew pod drzwiami, też słychać było charczenie. Wiedziałam, że nie żyją, mogą nas bandziory zobaczyć i zabić więc uciekamy dalej do mego domu, zobaczyć co się dzieje. Wchodzimy na podwórko pełne krwi, drzwi otwarte, wołam: „Mamo! Mamo!!” W tym czasie mój rodzony brat Witol usłyszał moje wołanie i wyczołgał się spod łóżka, był cały umorusany we krwi. Pytam się go: „Gdzie są rodzice?!” A on do mnie, że już nie ma nikogo, on sam wyszedł z tego ranny w głowę. Został uderzony siekierą, ile razy tego już nikt nie wie. Wzięłam go na podwórko i obmyłam mu głowę, porwałam prześcieradło na kawałki i zawiązałam mu głowę, wzięłam też bułki w koszyk. [...] Powiedziałam do brata i Lodzi: „Idziemy do cioci Topolanek, zobaczyć kto żyje!” A  wiedziałam gdzie mogą być schowani w lochu. Wyszliśmy z mego domu, koło naszego ogródka było pełno krwi, takie kałuże. [...]” [54] [Sławomir Roch, Wspomnienia Wiktorii Baumgard z d. Sobolewska z Teresina na Wołyniu, Zamość 2004 r., s. 2-3]

Choćby na podstawie powyższego świadectwa pani Wiktorii jasno widać, że i tym razem nie było żadnej reguły, nie stosowano żadnej taryfy ulgowej, celem było nawet nie mordowanie Polaków ale ich dosłowne wyrżnięcie co do nogi. Tym razem zaatakowano i zlikwidowano następujące osiedla: Augustów, Budy Ossowskie, Ewin, Jesionówka, Kamilówka, Kohylno, Kowalówka, Ludmiłpol, Mikołajpol, Mohylno, Oseredek Nowy, Teresin, Władysławówka i Tumin. [55] [Nasz Dziennik 07.09.1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]

Gdy zatem wszędzie dookoła na potęgę mordowano Polaków Swojczów i Teresin na razie oszczędzano, to jeszcze jeden dowód ich strategicznego znaczenia w rejonie. Wszystko wskazuje na to, że UPA w zaplanowany sposób oczyściła teren dookoła tych ważnych i mocnych ośrodków polskości, a potem dokończyła swego dzieła i w samym centrum. Ostateczna rozprawa nastąpiła 31 sierpnia 1943 r. o świcie, kiedy podzieleni na grupy upowcy i chłopi ukraińscy opanowywali gospodarstwa rodzin polskich i mordowali ujętych. Przeszukiwane były zabudowania, ogrody, kopki zboża w polu. [56] [Nasz Dziennik 07.09.1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]

Wspomina Bolesław Dolecki: „[...] Ja dowiedziałem się, że mordują, więc uciekłem na cmentarz. Wylazłem na gęsty świerk i siedziałem cały dzień do nocy. Widziałem jak chłopi ukraińscy i partyzanci obławą chodzili, przeszukując zabudowania, ogrody, kopki na polach, szukając ukrytych, za uciekającym strzelali, na koniach dopędzali i zabijali. Po domach już pomordowanych zabierali świnie, kury, plądrowali i przeszukiwali. Godzina mniej więcej 10.00, przychodzi obława na cmentarz. Czterech z karabinami i siedmiu ze szpadlami. [...] Padają dwa strzały: zabili kobietę, Dobrowolską Hannę z synem ze wsi Swojczowa. Przeszukują krzaki, drugi raz przeszli pod moim świerkiem, na którym siedziałem. Nareszcie słyszę krzyczą: „Wyłaź! Wyłaź!!” Znaleźli kobietę z córką, Marię Karandową. Kobieta prosi: „Panie Torczyło niech pan nas nie bije!” Słyszę odpowiedź: „Teper ne ma Torczyło. Wyłaź!” Słyszę jęk kobiety, pada dwa strzały, cisza. Zostali pobici. Szukają dalej, przegartują krzaki. Znowu dwa strzały. Zabili 14 - letnią Potocką, córkę Jana i 15 – letnią Marię Sobiepan, córkę Stanisława. Szukają dalej. [...]” [57] [Leon Karłowicz, Śladami Ludobóstwa, s. 321-325] Polowania na Polaków trwały cały dzień, aż do zmroku, choć akcję właściwie zakończono już około południa. Naocznym świadkiem tamtych wydarzeń jest również pani Stanisława Sobczuk z d. Rusiecka zamieszkała obecnie w Gdeszynie pod Zamościem. Miała wtedy zaledwie 11 lat kiedy wraz z rodzoną siostrą Jadwigą uciekały, próbując wydostać się z matni. W środku nocy obudził je ogromny huk, potężna eksplozja. Na początku nie wiedziały co się stało, nawet nie przypuszczały, że to Kościół ale po chwili wszyscy zobaczyli w oknie wielka łunę ognia i poznali, że to pali się ich kochany Kościół. Niektórzy wybiegli na zewnątrz i zrobiło się małe zamieszanie, które przerodziło się szybko w panikę.

Wspominają siostry Stanisława i Jadwiga Rusieckie: „Ja z siostrą Jadwigą weszłyśmy na strych domu Iwana i tam ukryłyśmy się. Siedziałyśmy tam cichutko, drżąc całe ze strachu, płakałyśmy i co chwilę nerwowo wyglądałyśmy przez szpary na podwórko i obserwowałyśmy okolicę. [...] Po pewnym czasie wydaje mi się, że to było już około południa, usłyszałyśmy zbliżających się ludzi, po głosach poznałyśmy, że to Ukraińcy i niemal od początku wiedziałyśmy, ze to rezuni, którzy właśnie wracają z pogromu, którego dokonali na naszych rodzinach. Zachowywali się bowiem bardzo głośno, a ich radosne okrzyki zlewały się w jedną całość. Rozgościli się w izbie pod nami, bowiem było to mieszkanie jednoizbowe. Przyjmował ich sam syn gospodarza Ukrainiec Wołodka. Zaczęli pić samogon i gościć się w najlepsze, dużo przy tym wykrzykiwali, wprost okazując radość z dokonanego właśnie mordu na ludności polskiej Swojczowa. Krzyczeli przy tym na cały głos takie oto zdania: ‘Aleśmy Lachom dali. Zabiliśmy wielu, a reszta uciekła! Vivat Samostijna Ukraina! ‘ Pamiętam również, że podczas tej pijackiej libacji, właściwie każdy z nich, jeden przez drugiego, przechwalali się nawzajem, jak osobiście mordowali swoje ofiary. Opisywali przy tym jak to robili, było to dla nas dzieci dość  makabryczne doświadczenie. [...] Na skraju wsi mieszkała babcia mojej kuzynki Zosi. Dała nam wody i kazała się schować w fasolę tyczkową.

W tym czasie, gdy nasza grupa chowała się, na podwórze wjechało czterech Ukraińców na koniach. Zaczęli wykrzykiwać: „Znajdziemy te polskie bachory!!” Jeden z Ukraińców zobaczył babcię, podjechał do niej na koniu i zastrzelił. Poszłyśmy do popa i udawałyśmy, że jesteśmy dziećmi ukraińskimi. Żeby popa w tym bardziej utwierdzić, wzięłam jego płaczące dziecko na ręce i zaczęłam śpiewać po ukraińsku. Batiuszka być może uwierzył, albo tylko udawał. Jego dom stał w jednym końcu wsi, a chlew ze świniami w drugim, w pobliżu cerkwi. Dwa razy woził swojej trzodzie jedzenie. Właśnie wtedy już miał wyruszyć furmanką. Poprosiłam, żeby nas wziął ze sobą i wysadził koło domu. Zgodził się. Pamiętam kiedy wiózł, na drodze stali czwórkami Ukraińcy, już po rzezi, a było tych czwórek co najmniej dwadzieścia. Na czele oddziału był nasz sołtys o nazwisku Cebula. Jechaliśmy wzdłuż tego szeregu mając dusze na ramieniu, a nasz sołtys, którego minęliśmy o metr, patrzył na nas uważnie bardzo długo, ale nic nie mówił. Zeszłyśmy z wozu, już niedaleko naszego domu i spotkałyśmy naszą babcię, wspólnie postanowiliśmy uciekać do Włodzimierza Wołyńskiego.” [58] [Sławomir Roch, Wspomnienia Stanisławy Sobczuk i Jadwigi Bożenckiej z d. Rusieckie ze Swojczowa na Wołyniu, Zamość 2004 r., s. 2-3]

W Swojczowie zginęło co najmniej 88 osób, reszta różnymi drogami przedostała się przeważnie do miasta Włodzimierz Wołyński i na Bielin. Towarzyszył temu ogromny stres i wszechogarniający lęk gdy niemal za każdym krzakiem i drzewem mógł być zaczajony bandzior z dobrze zaostrzoną siekierą. Tego się wprost nie da opisać co przeżywały w takich chwilach matki i dzieci, tajemnicą poliszynela pozostaje fakt ile z tego pozostało na zawsze w ich umysłach i psychice. Czy dziś ktoś o tym pamięta, czy mówi się może o jakimś zadośćuczynieniu dla tych osób ?! Pozostawiony dorobek całego życia, a nawet pokoleń rozgrabiła miejscowa ludność ukraińska. [59] [Nasz dziennik 07. 09. 1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]

Grozę tamtych chwil i dni, niezwykle naturalnie oddał w swoich wspomnieniach mieszkaniec kolonii Kisielówka pan Czesław Życzko ps. „Orwid”, dzielny żołnierz 27 WDP AK, oto jego jakże przejmujące i tragiczne przeżycia: „[...] gdy dowiedziałem się, że Ukraińcy wymordowali Polaków w Kisielinie i na Rudni, postanowiłem wrócić w rodzinne strony, aby przekonać się, co się właściwie dzieje w moim domu.

Dlatego nocą poszedłem do Kisielówki i zapukałem w okno, gdy rodzice zobaczyli mnie zdrowego, popłakali się ze szczęścia, nie wiedzieli bowiem, czy w ogóle jeszcze gdzieś tam żyję. Okazało się przy tym, że w naszych stonach Ukraińcy również mordują Polaków i że całkiem niedawno wymordowali ludność cywilną Dominopola. Nie mogłem oczywiście pozostać w domu, dlatego nieustannie ukrywałem się w kopach na polu, w pobliskich zaroślach oraz w lesie, podobny los dzielił w tym czasie mój tatuś. W domu pozostawała najczęściej mama Rozalia i brat Longin, ale nawet oni często chowali się w podziemnym schronie, który znajdował się w sadzie, obok pieca.

Zatem były to dni i miesiące niezwykle trudne, oto jak wspomina je Bronek Nieczyporowski: „W tym czasie byliśmy bardzo ostrożni, a gdy zostaje wymordowany Dominopol, gdy „krwawa niedziela” nie ominęła nawet świątyń w Kisielinie i Porycku zaczynają nam serca drżeć. Chowamy się gdzie kto może, po lasach, zagajnikach, polach i miedzach. Ale nawet wtedy, pomimo tak nieznośnych warunków współżycia z Ukraińcami nie wszyscy Polacy wierzyli, że może dojść do takiej masakry, jaka spotkała mieszkańców Dominopola. Byli nawet i tacy, którzy liczyli na to, że to wszysko jakoś przejdzie. I chociaż nasza organizacja istniała, oczywiście w pewnym ograniczeniu, byli i tacy miejscowi Polacy, którzy ostrzagali nas, że jeśli okażemy, że posiadamy broń, to nas Ukraińcy pobiją, taka była po prostu mentalność. Członkami naszej konspiracji w tych dniach grozy byli: kol. Wacław Pogorzelski, kol. Gronowicz z Oździutycz, Stanisław Ferenc, Konstanty Zymon, Czesław Życzko oraz wielu innych kolegów.” . Świadectwo naszego kolegi Bronka rzuca zatem pewne światło, dlaczego i w naszej kolonii nie zawiązała się czynna, zbrojna samoobrona, która mogłaby stawić opór rozjuszonym banderowcom w razie spodziewanego ataku.

Tak ukrywaliśmy się, aż do 21 sierpnia 1943 r., kiedy w biały dzień, w samo południe, około godziny 14.00 miał miejsce zbrojny napad na naszą kolonię. Stałem na brzegu lasu chłopskiego, gdy się zaczęło, naprzeciw pola Polaka Zymona z Kisielówki. Nagle zobaczyłem, że do naszego domu idzie pieszo kilka osób, nie mogłem jednak dostrzec, czy posiadają broń, jedna osoba jechała na koniu. Gdy oni zniknęli wśród naszych zabudowań, usłyszałem jeden strzał, a potem nastąpiła cisza. Za chwilę usłyszałem więcej strzałów, już na terenie samej kolonii. Zobaczyłem także jak na dłoni, jak od zabudowań naszej kolonii w kierunku lasu uciekają ludzie w różnym wieku, w tym dzieci, nie mogłem jednak nikogo rozpoznać ponieważ wciąż było daleko, choć już po chwili rozpoznałem Wacława Pogorzelskiego.

W tej dramatycznej chwili, tuż obok mnie stała nasza sąsiadka Helena, moja przyszła żona oraz jej rodzice Franciszka i Andrzej Furtak. Nagle usłyszeliśmy strzały w lesie, w tej sytuacji przestraszyliśmy się i rzuciliśmy się do gwałtownej ucieczki w głąb lasu, w kierunku drewnianej Kaplicy hrabiego Szumińskiego. Kaplica stała przy Krzyżówce w lesie i póki co, szliśmy sosiną dość pewnie bowiem las ten znałem od dawna dość dobrze. Od kiedy jeszcze przed wojną, wraz z hrabią Szumińskim polowaliśmy na ptaki, zające i sarny. Do dziś pamiętam, jak często bywałem w jego domu, widziałem tam całe dwa pokoje, wystrojone przeróżnymi ptaszkami, wypchanymi od środka tytoniem.

Kiedy zbliżyliśmy się do Kaplicy w lesie, nagle wokół nas zaczęły rwać się pociski moździerzowe, które Ukraińcy miotali gdzieś z lasu Świnarzyńskiego. Widać mieli dość dobry zwiad, bądź po prostu domyślali się, że właśnie tam Polacy szukają dziś swego schronienia. Oczywiście w lesie powstała wielka panika, zszokowani ludzie nie wiedzieli zupełnie, gdzie mają uciekać, gdzie szukać ratunku. A było tam już około kilkadziesiąt osób z bardzo różnych miejscowości, wśród nich było bardzo wielu naszych sąsiadów. W pewnym momencie dostrzegłem mężczyznę, który szedł bardzo szybko, a przy tym wydawał mi się bardzo podobny do mojego tatusia, więc pogoniłem za nim i krzyknąłem: „Tatusiu!” . Tymczasem on gwałtownie się odwrócił, a dzieliło nas już ledwie 10 metrów i bez jednego słowa wypalił do mnie z broni. Na szczęście, gdy tylko zobaczyłem jego twarz, poznałem Ukarińca z Tumina o imieniu Wasyl, nazywanego też  „Wargatym”, od razu rzuciłem się na ziemię, tak że mnie nie trafił. Zaraz też przytomnie wskoczyłem w leśny gąszcz, który mnie ochronił.

Potem szybko wróciłem do naszych i razem z dużą grupą ludzi uciekających od Kaplicy, ruszyliśmy w kierunku Czarnego Lasu. Wielu ludzi krzyczało bowiem do nas, by nie iść pod Kaplicę bowiem tam już rozpoczęła się rzeź, Ukraińcy strzelają kogo popadnie oraz rąbią siekierami i widłami kogo się da. Tak więc nie mając wyboru, uciekaliśmy razem z nimi, to były naprawdę straszne chwile. Jakby piekło rozwarło się na ziemi, jeden uciekał i płakał, inny biegł i krzyczał coś tam, może kogoś nawoływał, a może jakiś amok właśnie go ogarnął, dzieci piszczały. Przyczym cały czas słychać było strzały karabinowe, na szczęście przestali strzelać z moździerzy. Dotarliśmy tam po jakiejś godzinie i naszym oczom ukazała się już duża grupa ludzi z różnych miejscowości, w tym z Dominopola, Kisielówki, Augustowa, ale przede wszystkim z Jasionówki oraz polskiej koloni Czesnówka, która była położona za Czarnym Lasem. To był bardzo dogodny teren do ukrycia się gęsty, trudno dostępny las olchowo-brzozowy i mnóstwo przeróżnych krzaków, gdzie bardzo łatwo można było się schować, a przy tym były tam bagna i moczary. Tam właśnie zatrzymaliśmy się, a tymczasem przybywały, coraz to nowe osoby i całe rodziny. Właściwie prawie wszystkich znałem, byli tam dla przykładu: Stanisław Łachowski oraz jego rodzina z Czesnówki, oraz bardzo wielu innych.

Póki co, byliśmy w samym piekle i wspólnie zastanawialiśmy się, co robić dalej, gdzie uciekać i jak się stąd wydostać, z tych nie lada tarapatów. Jak zwykle w takich chwilach zdania były bardzo podzielone, niektórzy chcieli przeczekać spokojnie na tym uroczysku do rana, a potem wrócić do swoich domów, do swojego całego dorobku życia. Takie stanowisko zajęli przede wszystkim ludzie starsi, mówili tak: „My wracamy rano do domów naszych, tam cały nasz majątek, tam nasza chudoba, a to przejdzie i znów będzie u nas spokojnie, będzie znów dobrze. Przecież Ukraińcy to też ludzie, za co oni mają nas bić, przecież my tyle lat przeżyli w zgodzie i w najlepszym porządku”. Inni byli jednak przeciwni, aby wracać do swoich domów uważali, że Ukraińcom po tym, co zrobili nie można już zaufać, ale przeciwnie trzeba koniecznie próbować przedostać się do miasta Włodzimierz Wołyński. Może przynajmniej tam uda się przeżyć i doczekać do końca wojny. Tak uważali przede wszystkim młodzi, mówili więc tak: „Pójdziemy do miasta, zobaczymy jak tam jest, przekonamy się, czy tam w ogóle da się przeżyć. Potem tu wrócimy i wszystko wam opowiemy”. Wtedy odezwał się Stanisław Łachowski, który był wyraźnie zdenerwowany mówiąc: „Zanim pójdę do miasta, pójdę do naszej kolonii i spalę swój dom, kto pójdzie ze mną?!”. Zgodził się pójść Bronek Nieczyporowski, mój sąsiad z Kisielówki, zanim jednak jeszcze wyruszyli, ktoś tak przemówił: „Nie rób tego bo ogień rozniecisz i ściągniesz nam na głowy banderowców, którzy nas tu wszystkich rychło wykończą.” . Poszli ale ognia rzeczywiście nie podłożyli, tylko Stach zdemolował wszystko w swoim domu, a odchodząc zabrał z sobą duży garnek miodu pszczelego. A trzeba dodać, że od miejsca naszego ukrycia, do domu Staszka było zaledwie 300 metrów. Miodu było bardzo dużo, więc wszyscy, kto chciał mogli trochę zjeść.

Trwaliśmy w lesie, cenny czas uciekał, a nasze trudne położenie wcale się nie poprawiało, coraz więcej osób chciało jednak uciekać do miasta Włodzimierz Wołyński. Widząc to poprosiłem Staszka Łachowskiego i Helenę Furtak, aby udali się ze mną do Kisielówki, gdzie w domu została moja mamusia Rozalia. Wzięliśmy ze sobą karabin i dwa granaty i przez las dotarliśmy do gospodarstwa Heli, panował tam spokój, więc wypuściliśmy zwierzęta gospodarcze, aby się nie męczyły. Następnie przeszliśmy przez posesję Polaków Stanisława i Zofii Mikulskich, których syna Władka oraz córkę Marysię rocznik 1921 osobiście znałem. Przypominam sobie jak pierwszy raz ja i ona szliśmy do szkoły do Tumina, mama wzięła kropidło ze święconą wodą i pokropiła nas dobrze mówiąc: „Trzymajcie się dzieci za rączki i idźcie do szkoły razem. Niech was Bóg prowadzi. Czesiu to twoja przyszła narzeczona.” . Los chciał jednak inaczej i Marysia została zabrana na roboty do Niemiec w roku 1942, tam też niestety zginęła, podczas ciężkich bombardowań. Po chwili byliśmy już w moim domu, był otwarty, bardzo się bałem, tak że zaraz po wejściu dosłownie struchlałem. Nawoływałem mamusię, ale nigdzie jej nie było, wtedy wyszedłem z domu do sadu, gdzie był nasz piec chlebowy i poczułem zapach świeżego, upieczonego chleba. Rzeczywiście był jeszcze chleb, ale mamy naszej nigdzie nie było, ani śladu, także schron był pusty. Ponieważ nikogo nie znaleźliśmy, wróciliśmy do lasu.

 

PORANIENI, BRUDNI, GŁODNI I BLISCY OBŁĘDU, PRZEKRADAMY SIĘ NOCĄ DO MIASTA.....

Po drodze w chłopskim lesie napotkaliśmy jakichś ludzi, ale na razie nie wiedzieliśmy kto to jest. Zaczęliśmy podpatrywać i poznaliśmy, że to Helena Petelicka wraz z swoim synkiem Henrykiem lat około 5. To byli nasi ludzie z Kisielówki, którzy skryli się tu, uciekając spod Kaplicy, gdzie napadli na nich ukraińscy sadyści. Gdy ją znaleźliśmy była pół przytomna i zupełnie nie wiedziała, co ma teraz z sobą zrobić, gdy nas poznała i trochę do siebie przyszła, tak zaczęła nam opowiadać horror, który sama niedawno przeżyła: „Byłam z mężem Eugeniuszem, synem Henrykiem oraz wieloma innymi Polakami w zaroślach przy Kaplicy myśliwych. Tam napadli na nas Ukraińcy i zaczęli wszystkich mordować, rąbiąc kogo się da siekierami. Zarąbali mojego męża, a ja wyrwałam się dosłownie spod siekiery i uciekłam, teraz chowam się jak widzicie i naprawdę nie wiem, co mam z sobą zrobić!”. Oczywiście zabraliśmy ich z sobą, do całej naszej grupy w Czarnym Lesie. Tam zapadła decyzja, aby wyruszyć jednak do miasta, a była już ciemna noc. Niestety około pietnastu osób nie przystało na ten plan i zostało na miejscu, w tym mój brat Longin oraz rodzice Heli, brat Eugeniusz i siostra Czesława. Zostali także: organista ze Swojczowa, rodzina Kosiorów z Czesnówki, Adam Zymon i wielu innych. Tymczasem my umówiliśmy się, że grupę będzie prowadzić trzy osoby: ja osobiście, Stacho Łachowski i Hela. Ustaliliśmy także hasło rozpoznawcze na wypadek, gdybyśmy się rozproszyli, wobec zbliżającego się wroga, pomodliliśmy się i ruszyliśmy w drogę.

Mijaliśmy pola i łąki, aż dotarliśmy do łąk księdza Franciszka Jaworskiego koło Swojczowa, około 1 km od samego Kościoła. Tam dostrzegliśmy bardzo dużą łunę i jedni mówili, że to pali się probostwo, a inni że to pali się Kościół. Takie to zrobiło na nas wrażenie, że dosłownie poklękaliśmy na ziemi i poczęliśmy odmawiać Litanię do Najświętszej Marii Panny. Modlitwę zaproponowała i prowadziła Stefania Uleryk, Polka z Czesnówki, lat około 45, zwana popularnie „Stefanichą”. Była to kobieta pobożna, znana z tego, że zawsze w maju prowadziła przy Krzyżu w Czesnówce nabożeństwo majowe. Pamiętam, że był tam duży drewniany Krzyż, który stał przy krzyżówce, często mijałem go, gdy szedłem na ryby do rzeki Turii, na grzyby do lasu Świnarzyńskiego, czy do pracy przy drzewie. Do dziś nie wiem, co się wtedy paliło, w każdym razie na pewno paliło się blisko samego Kościoła, może to był nawet sam Kościół.

Tymczasem my ruszyliśmy w dalszą drogę i spotkaliśmy dwóch mężczyzn, szybko okazało się, że to Bronek Nieczyporowski i Eugeniusz Głogowski, którzy wcześniej zdecydowali się wybrać na własną rękę do miasta. Teraz postanowili dołączyć do naszej grupy. Gdy mijaliśmy pole, na którym wciąż znajdowały się pół kopki zboża, ktoś przeskoczył, tuż przed nami do drugiego pół kopka. Zaraz go okrążyliśmy i wydobyliśmy, okazało się, że jest to mężczyzna lat około 45, którego zabraliśmy ze sobą do zrewidowania. Niedługo później dotarliśmy do Cegielni, już świtało, gdy zatrzymała nas czujka polska, która zaraz wprowadziła nas na placówkę, a tam było już sporo naszych chłopców pod bronią. Tam wszyscy trochę odpoczęliśmy, napiliśmy się gorącej kawy, a gdy słońce było już dość wysoko, wyruszyliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego. Przed południem byliśmy już w mieście.

Ludzie, których losy powyżej opisano 21.08.1943 r. umknęli śmierci przed bandą UPA ukrywając się w zaroślach lasu Szumińskiego, nierzadko wyrywając się z rąk oprawcom, szczęśliwie doprowadzeni do miasta Włodzimierz Wołyński, już nad ranem 22 sierpnia 1943 r. Przebieg tych tragicznych wydarzeń potwierdza także Bronisław Nieczyporowski, który w dużo większym skrócie, tak relacjonuje te godziny męki: „W dniu 21.08.1943 r. zostaje napadnięta nasza kolonia Kisielówka. W tym czasie część ludności polskiej ukrywała się, a część była jeszcze w swoich domach. Dla przykładu moi rodzice byli już w lesie, ale mama Longina Życzko dopiekała chleb, bo siedział w piecu i mówiła do nas: „Jak tylko chleb się dopiecze i ja zaraz przyjdę do was do lasu.” . To był ostatni raz jak widzieliśmy panią Życzko przy życiu, było około 14.00 kiedy udaliśmy się do lasku. Gdy banderowcy zaatakowali ja i Longin Życzko właśnie wyszliśmy z tego lasku do swoich domów, by zabrać nieco więcej ubrań i żywności. Jeszcze z lasku zobaczyliśmy, że przy naszych zabudowaniach pojawiają się jacyś osobnicy, a jeden z nich jedzie na koniu. Słyszymy strzał, Lonek zaczął płakać i klęknął i mówi: „Już naszą mamusię zabili!”.

Niemal w tym samym czasie w lesie zaczęła się obława na Polaków, wśród naszej przerażonej ludności wybuchła panika. Banderowcom o to właśnie chodziło, by nie było żadnej próby oporu z naszej strony, mogli teraz wyłapywać ludzi jak kuropatwy. Grupa ludności polskiej zgromadziła się w lesie, koło kaplicy hrabiego Szumińskiego, tam dopadli ich Ukraińcy i zaczęła się prawdziwa rzeź. Z tej grupy spod siekiery wyrwała się Helena Petelicka ze swoim synkiem Henrykiem, którą odnalazłem na wpół obłąkaną w lesie i już razem udaliśmy się do lasku bagnistego Czesnówki zwanego Lasem Czarnym. Niestety nie znalazłem tam swoich rodziców, choć było tam wielu ludzi, w tych zaroślach jedni się modlą, jedni płaczą, nikt nie wie co ma robić, jeszcze inni twierdzą że to wszystko przejdzie, a rankiem wrócimy do swoich domów. Część ludzi chce się dostać do Włodzimierza Wołyńskiego, a Andrzej Furtak twierdzi, że dobrze zna gajowego o nazwisku Marko, który był Ukraińcem. Dopowiada jak to mu buty robił, Furtak był szewcem i jak się razem gościli, znacząco pyta: „Dlaczego ma mnie zabić, za co?!”

W obliczu tych wydarzeń Czesław Życzko prosi Stanisława Łachowskiego, aby udał się z nim na Kisielówkę, po jego matkę, Stach godzi się, razem z nimi poszła Helena Życzko. Ja sam widząc tak wielkie zamieszanie postanawiam wraz z Gienkiem Głogowskim opuścić tę grupę i razem udajemy do miasta Włodzimierz Wołyński. Kiedy jeszcze byliśmy w drodze, w lesie napotykamy dużą grupę ludzi i rozpoznajemy tych samych niedobitków, których wcześniej zostawiliśmy w Czarnym Lesie. Grupę tę ubezpieczali Czesław Życzko, Stanisław Łachowski i Helena Furtak, dołączyliśmy teraz do nich i pomagaliśmy w razie ataku ze strony rezunów. Na szczęście już bez większych problemów dotarliśmy do samego miasta.” . Takie to są właśnie zapiski mojego kolegi Bronka Nieczyporowskiego.

W podobnym duchu, choć jeszcze skąpiej, o tych wydarzeniach pisał po wielu latach w miejscowości Rzepnowo na Pomorzu Stanisław Łachowski, oto jego krótki opis: „W wyniku masowych mordów ludności polskiej na Wołyniu w czerwcu i lipcu 1943 r. oraz palenia polskich wiosek i osiedli przez bandy UPA, została spalona i moja rodzinna wioska Czesnówka w ówczesnym powiecie Horochowskim. Uratowawszy życie tułałem się po zbożach i krzakach i w dniu 12 lipca 1943 r. (oczywiście jest to błąd wynikający z upływu czasu, który skutecznie zaciera ślady w pamięci – atak na Czesnówkę i okolice był 21 sierpnia 1943 r., a Stach Łachowski dociera do miasta 22 sierpnia) dotarłem do miasta Włodzimierz Wołyński. Mając w perspektywie wyjazd na roboty przymusowe do Niemiec, lub wstąpienie do polskiej samoobrony, wybrałem to ostatnie. W sierpniu 1943 r. znalazłem się w oddziale zbrojnym sierżanta (a wówczas plutonowego) Kazimierza Sondaja w miejscowości Werba koło Włodzimierza. Brałem czynny udział w obronie mienia i życia ocalałej jeszcze z banderowskich rzezi ludności polskiej w tamtej okolicy.” .

 

W POSZUKIWANIU OCALONYCH I UKRYWAJĄCYCH SIĘ

Już parę dni później ja Czesław Życzko i inny mój kolega Wacław Pogorzelski, również z Kisielówki postanowiliśmy wyruszyć na poszukiwania jeszcze żywych, a ukrywających się ludzi, także członków naszych rodzin. Na początku skierowaliśmy się do Czarnego Lasu, gdzie ostatni raz widzieliśmy żywymi nasze rodziny niestety, gdy tam trafiliśmy, na miejscu nie było już żadnej żywej osoby. Tylko luźne pozostałości po ludziach leżały w krzakach, ale śladów krwi nigdzie nie znaleźliśmy. Tylko na wzgórku widać było zruszoną ziemię, tak jakby dwie mogiły, mieliśmy złe przeczucia, spodziewaliśmy się, że tam leżą kolejne ofiary ukraińskich zbirów. Nie mieliśmy jednak odwagi, aby to zaraz sprawdzić, sami bowiem baliśmy się swojego cienia. Tak przesiedzieliśmy w krzakach cały dzień, szperając tu i tam, a nocą wróciliśmy do miasta.

Po kilku dniach znowu wybraliśmy się w tamte strony na poszukiwania naszych bliskich, tym razem towarzyszył mi Władysław Mikulski, który również szukał swojej rodziny. Znów wyruszyliśmy pełną nocą i dość szybko dotarliśmy do polskiej koloni Świczówka, mieszkał tam Polak o nazwisku Buchowiecki. Miejscowość była opuszczona, tylko w jednym domu mieszkała rodzina Buchowieckich, była to rodzina mieszana polsko – ukraińska. Na podwórzu wyczuły nas psy i zaczęły od razu ujadać, wtedy wyszła z domu Antonina Przybyła, córka Buchowieckich i zobaczyła nas. Od razu przywitała nas z radością mówiąc: „Witajcie, skąd przychodzicie?!” . W tym momencie z domu wyszła także jej matka Buchowiecka i jak tylko nas zobaczyła, od razu krzyknęła na cały głos: „Lachi priszły!!” i pogoniła do sąsiadów. Tymczasem my dalej rozmawialiśmy z Antosią, która zaczęła nas błagać: „Weźcie ze sobą mojego męża Pietryka, który już dwa tygodnie siedzi pod podłogą, gdzie ukrywa się przed Ukraińcami.” . Zaraz na niego zawołała, a on rzeczywiście wyszedł na podwórze, od razu poznaliśmy, że jest zarośnięty i skrajnie wyczerpany, miał poważne trudności z ustaniem o własnych siłach. Dobra żona podała też jego rzeczy, a my zaraz wyruszyliśmy z powrotem do miasta Włodzimierza. Poszliśmy jednak w kierunku na Chorostów, aby zmylić ewentualną pogoń, a potem skręciliśmy na Włodzimierzówkę.

W drodze odpoczywaliśmy w lesie, po przeróżnych krzakach i tam właśnie Piotr Przybyła opowiadał nam ze szczegółami, jaką gehennę przeżył w ostatnich dniach w domu swojej teściowej, mówił tak: Już od prawie dwóch tygodni ukrywam się u mojej teściowej pod podłogą, obawiałem się bowiem, żeby mnie Ukraińcy nie zamordowali, gdyby dowiedzieli się, że wciąż tam jestem, już bym zapewne nie żył. Przez cały ten straszny czas pomagała mi moja dobra żona Tosia, teściowa nic nawet nie wiedziała o moim miejscu ukrycia. W tym czasie w naszym domu przebywali banderowcy, którzy gościli się tu niekiedy i na cały głos przechwalali się, jak to Polaków mordowali. Słyszałem to bardzo wyraźnie, gdyż mówili dosłownie nad moja głową. Jednego razu usłyszałem głos Ukraińca, który opowiadał jak zginęła rodzina polska Furtaków, których wcześniej znał dobrze. Kiedy ich znalazł Andrzej Futrak uklęknął przed nim, złożył ręce jak do modlitwy i zaczął go prosić, aby im wszystkim darował życie. Wtedy Ukrainiec Marko z Tumina, jak sam się potem przechwalał, jak go rąbnął siekierą w głowę, aż krew trysnęła na niego! A potem pozabijał wszystkich pozostałych, którzy tam byli, również bezlitośnie rąbiąc ich siekierą.” . Warto dodać, że mój teść Furtak, był człowiekiem potężnie zbudowanym i mógł temu Ukraińcowi łeb ukręcić gołymi rękoma. Nie wiem dlaczego tego nie zrobił, może napastników było więcej i nie było realnych szans na obronę, a może postawił na litość i liczył, że prośbą i modlitwą przejedna znajomego Ukraińca. Tym bardziej, że gajowy Marko był w domu Andrzeja Furtka bardzo częstym gościem, przede wszystkim gdy przychodził naprawiać swoje schodzone buty.

Podczas tej drogi Piotr Przybyła opowiadał mi również, jak zginęła moja mamusia Rozalia. Dowiedział się, że została zastrzelona w ogródku, tuż obok pieca, była właśnie w fasoli, o ile dobrze pamiętam i to usłyszał pod podłogą. Opowiadał jeszcze wiele innych historii, ale niestety nie utrwaliły mi się w pamięci, a kiedy byliśmy już w mieście, nasze drogi się rozeszły. Po wojnie spotkałem się z nim jeszcze dwa razy w Hrubieszowie, był tam przez długie lata wójtem. Niestety już nie żyje, został pochowany na cmentarzu w Hrubieszowie. Warto też dodać, że Piotr Przybyła pochodzi z Kisielówki, gdzie mieszkali jego rodzice oraz siostra Zofia, która wyszła za mąż za Piotra Krzeszowiec. Mieli razem dzieci, a on był Ukraińcem, ale mało kto o tym wiedział. Niestety podczas mordów Piotr Krzeszowiec zamordował swoją żonę Zosię. Osobliwą tragedię przeżyli także ich najbliżsi sąsiedzi Józef i Józefa Gnatiuk oraz ich córka lat 14, których ukraińskie bandziory powiązali drutem ostrym, kolczastym i tak ich okrutnie zamęczyli. Tak przynajmniej opowiadali sobie ludzie w mieście we Włodziemierzu. [...] „  [60] [Wspomnienia Czesława i Heleny Życzko z d. Furtak z kolonii Kisielówka na Wołyniu.]

A co do ukraińskich skrupułów, serdecznych łez i żali, po dokonanych, sadystycznych mordach na niewinnych ludziach, które mogłyby rzeczywiście nastąpić w przypadku działania nieprzemyślanego, maniakalnego, już tylko powyższe przykłady są daleko mówiące ale dla mających wątpliwości, przytoczę jeszcze jeden przykład: wspomina pan Marian Sikorski: „ [...] Pamiętam jak dziś jak bardzo ja i inne dzieci cieszyliśmy się z pierwszej Komunii świętej, do naszego serca po raz pierwszy w życiu przyszedł Pan Jezus. Tak było jeszcze w niedzielę, ale już w pierwszą środę po tej uroczystości, moja dziecięca radość została brutalnie pogwałcona przez ukraińskich Rezunów, którzy zaatakowali naszą kolonię i mieszkających w niej Polaków. Atak nastąpił w biały dzień, około godziny 15.00 może 16.00, byłem w tym czasie na swoim podwórku, gdy zobaczyłem, że dookoła palą się polskie budynki gospodarcze. Ogień przybierał na sile we wsi Mariowola oraz na początku naszej kolonii, nasz tato mając lepsze rozeznanie niż ja, potwierdził, że podpalono polskie zabudowania. W tym czasie całą drogą, która wiodła przez naszą wieś, uciekali już ludzie do lasu. Byli to w przeważającej liczbie Ukraińcy, którzy z całymi rodzinami i z dobytkiem na wozach, szukali schronienia w lesie. W tej decydującej o naszym życiu chwili, nasza mama krzyknęła głośno: „Rozproszcie się, uciekajcie razem we dwóch, może ktoś z was przeżyje!” Natychmiast ja i mój brat Stanisław posłuchaliśmy naszej mamy i dołączyliśmy do kolumny uciekających Ukraińców. Tu tylko trochę poczuliśmy się bezpieczniejsi, trwało to jednak bardzo krótko. Oto bowiem niektóre ukraińskie dzieci, z którymi razem uciekaliśmy do lasu, poczęły rzucać w nas grudami ziemi i krzyczały przy tym tak: „Wy Lachy, wracajcie się!”. Jednak ani ja, ani mój brat pod wpływem grożącego, większego niebezpieczeństwa, nie zważaliśmy właściwie na te wystąpienia 11 może 12 letnich dzieci. I pomimo, że starsi Ukraińcy nie tylko akceptowali to zachowanie, ale krzyczeli pod naszym adresem tak samo, zdecydowaliśmy się uciekać z nimi dalej. Gdy znaleźliśmy się w lesie, zatrzymaliśmy się i mieliśmy nadzieję, że teraz będzie już bezpieczniej, że teraz trochę odpoczniemy. Tymczasem jeden z dorosłych Ukraińców lat ok. 50, którego nie znaliśmy, przyjrzał nam się, a następnie powiedział do nas: „Ja was zabiję!”. Po tych słowach schylił się do swojego wozu i zaczął odpinać orczyk, w tym momencie rzuciliśmy się do ucieczki, nie mieliśmy ochoty, aby nas tym orczykiem po ukraińsku pogłaskał! Gdy uciekaliśmy, byliśmy śmiertelnie wystraszeni i bardzo płakaliśmy w obliczu objawionej, tak niezrozumiałej dla nas, jako jeszcze przecież małych chłopców nienawiści. Uciekaliśmy przed siebie, aby dalej od tego strasznego miejsca, w końcu zrobiło się ciemno, a my trafiliśmy na nasze pole, położone tuż obok naszego domu. Gdy tam przebywaliśmy, znalazł nas znajomy Ukrainiec, stary Homelko lat ok. 60 i zabrał dobrodusznie do swojego domu, obiecując się nami zaopiekować. Gdy tylko znaleźliśmy się w jego domu, zaraz legliśmy na łóżku, które stało w kuchni i zasnęliśmy prawie natychmiast, choć pod nami była tylko słoma. Tak byliśmy już mocno wyczerpani.

 

ŚWIĘTOWANIE PO RZEZI: VIVAT UKRAINA

W tym czasie do domu Ukraińca Homelko, naschodziło się wielu Ukraińców i urządzili sobie pijacką libację. Jeden z nich w trakcie ucztowania, najwyraźniej się przewrócił i upadł do tyłu na łóżko, na którym spałem ja i mój brat, tak że przygniótł mi nogi. Do tej pory spałem tak twardo, że nic nie słyszałem, co się dookoła mnie działo, teraz jednak przebudziłem się, a on z miejsca, zaczął mnie po ukraińsku przepraszać, mówiąc: „Praszczaj, praszczaj!” . W tym samym czasie jego towarzysze wznosili do góry samogonkę, pili łapczywie i krzyczeli na cały głos radośnie: „Vivat Ukraina!” Krzyczeli jeden przez drugiego, tak że robił się z tego „Wielki Jarmok”. Uświadomiłem sobie, że jestem w samym gnieździe szerszeni, w samym piekle, byłem przekonany, że gdyby Ci pseudo bohaterzy Ukrainy poznali, że te śpiące na łóżku dzieci, to „Polaczki”, ubili by nas tam na miejscu. Bardzo dokładnie przypominam sobie, że ich ręce i rękawy, aż po same łokcie, pokryte były gęsto krwią. Mieli przy sobie siekiery i noże, także mocno okrawawione. Jestem prawie pewien, że była to krew ofiar z Ułanówki, które może jeszcze godzinę temu, Ukraińcy bestialsko mordowali. Teraz zaś po skończonej robocie zażywali rozkoszy, pijąc do woli gorzałki, w końcu trzeba czymś zagłuszyć, może odzywające się jeszcze sumienie. Pamiętam jeszcze tylko, że w kuchni było też siwo od dymu papierosowego. Potem znowu zasnąłem tak głęboko, że nic już do mnie więcej  nie dotarło. [...].” [61] [Sławomir Roch, Wspomnienia pana Marina Sikorskiego z kolonii Ułanówka na Wołyniu, Zamość 2003 r., s. 5-6]

Podobny przebieg rzezi i zapewne jej finał, miał miejsce tego samego dnia w miejscowościach: Elizawetpol, Fiodorpol, Marianpol, Mikołajówka, Turia, Wandywola, Wólka Swojczowska i Zarudle. Zginęło co najmniej 195 osób. Całkowitej liczby zamordowanych w tej parafii zapewne nigdy już nie poznamy. Dzięki jednak wieloletniej pracy pana Józefa Turowskiego, prof. Włodzimierza Sławosza Dębskiego, Leona Karłowicza, dr Leona Popka, Teresy Radziszewskiej, szerokiego środowiska 27 WDP AK, a w szczególności pani Ewy i Władysława Siemaszko udało się ustalić, że w 1943 r. zginęło co najmniej 1950 parafian. [62] [Nasz Dziennik 07.09.1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]   Warto w tym miejscu dodać, że rzezie ukraińskie dokonane w całym powiecie, pochłonęły około 6500 osób. Stanowi to około 80% dolnej liczby wymordowanych Polaków, którą ocenia się na 8000 ofiar. [63] [Józef Turowski, Władysław Siemaszko, Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich dokonane na ludności polskiej na Wołyniu 1939-1945, Warszawa 1990, s. 164]

Pokora i miłość przepędzają ducha nieczystego, być pokornym to znaczy zawsze stawać w prawdzie i tylko w prawdzie, prawdziwie miłować to znaczy współ weselić się z prawdą. Na dzień dzisiejszy nikogo nie osądzam, mam jednak moralny obowiązek podać fakty, a te jednoznacznie moralną odpowiedzialnością za zbrodnię ludobójstwa popełnioną na rodzinach polskich w parafii Swojczów, obciążają ukraińskich bandytów. Wielu z nich zostało rozpoznanych przez swoje ofiary w chwili samego mordu: Timofiej Torczyło, młody Ukrainiec ze Swojczowa Wołodia. Jeszcze inni, sami po pewnym czasie przyznawali się, a nawet chełpili tym, jak to oczyszczali Ukrainę z Lachów, oto świadectwo: „Miała ciocia szczęście, że spotkała Ukraińców z ludzkim sercem. Zaczęli ją chować po zabudowaniach ukraińskich, aż do chwili kiedy to rezuni upewnili się, że ‘Teper nie ma Lachiw!’ Przechowywali tak ciocię Zosię Hasiak z synkiem Rysiem, w piwnicach, na strychach, przebierali ją za Ukrainkę, zawsze była w chustce, głęboko zakrywając twarz, w bluzce, spódnicy i obowiązkowo z zapaską (faruchem). Ciocia umiała mówić po ukraińsku, Rysiek nie umiał, więc udawał niemowę. [...] Stanęły jej przed oczyma różne przechwałki jak to oni rezuni mordowali Polaków. W ukryciu za dużym piecem, słyszy jak Wołodia mówi: ‘Przybiegła do mnie moja sąsiadka, koleżanka do której zachodziłem czasem, wołając, błagając: "Wołodia ratuj!” , a za nią wpada druga dziewczyna, też Polka. A ja jak chwycę je w ręce i głowami trzasnę jedna o drugą, to tylko krew się rozbryzła i po nich koniec.’ Opowiadali jak małe dzieci zabijali i wrzucali na śmietnisko, zasypując je byle czym, aby było mniej grzebania w ziemi.

Kiedyś przechwalali się jak to mordował i czym i z jakim skutkiem. Usłyszała jak zamordowali mojego dziadka Karola Rusieckiego, który po kilku dniach wyszedł z ukrycia, przyszedł na podwórze Jędrycha Rusieckiego. Śmieją się, że żal mu było „chodoby”, aby nie spalili, tymczasem oni wszystko wypędzili z obory, a potem szukali zakopanych rzeczy i kosztowności. Kiedy go zobaczyli, zaraz pochwycili i bardzo się nad nim znęcali, tak okrutnie, aż dziadek nie wytrzymał i wyjawił im miejsce ukrytych rzeczy. Na te przechwałki wszedł inny ryzun, Korczak, a słysząc o czym tak raźno rozprawiają mówi: ‘Patrzę, a to Rusieckiego Karola biją, a ja jak nie doskoczu i nie bachnę mu w brzuch, tak przeciąłem go na pół, tylko bebechy wypłynęły. Następnie wrzuciliśmy go do wody do sadzawki. Ciocia mówiła, że słuchając tego wyobrażała sobie, że Korczak przeciął dziadka dużym nożem, mówiąc: ‘Zaszlachtowałem go!’ Słyszała, że zastrzelili babcię moją Karolinę Rusiecką w ogrodzie, gdzie została pochowana pod drzewem. Ciocia Zosia mówiła także: ‘Ja to tylko gorąco modliłam się o śmierć dla mnie i dla Rysia przez zastrzelenie, nawet nie przypuszczałam, że przeżyję 8,5 miesiąca w takim stresie i w takich warunkach.’  [...]” [64] [Petronela Władyga Rusiecka, Wspomnienia Zofii Hasiak, s. 2] Powyższą relację spisała pani Petronęla Władyga Rusiecka, również była mieszkanka Swojczowa, do dziś żyjąca, obecnie zamieszkała w Zamościu.

Powyższych zbrodni dokonywali przeważnie prości, niewykształceni ludzie, pociągnięci na łatwą i ponętną drogę zbrodni, przez zbrodnicze i zdegenerowane elity patriotyczno – polityczno –wojskowe. Cóż mozna jednak powiedzieć o ludziach, którzy niejako z talentów i powołania, mieli być światłem i solą dla tego, tak tego tak bardzo doświadczanego przez los narodu, a stali się wprost ciemnością i zakałą. Tym razem posłuchajmy świadectwa wołyńskiego dziecka: Nazywam się Wiesława Danuta Nowacka, mam 66 lat, mieszkam w Zamościu. Urodziłam się 01. 07. 2004 r. w koloni Bolesławówka, gm. Mikulicze, powiat Włodzimierz Wołyński, woj. Wołyńskie. Mój tatuś miał na imię Władysław Sadło, a mamusia Adela z domu Palczyńska. [...] Ponieważ urodziłam się dopiero w roku 1937, zupełnie nie pamiętam pierwszych lat wojny i jedynie czasem jak przez mgłę widzę obrazy naszego rodzinnego domu i gospodarstwa na Bolesławówce. Jednak już w roku 1943 moja pamięć rozwinęła się już na tyle dobrze, że zaczęłam zapamiętywać, szczególnie mocne dla mnie przeżycia. I tak bardzo dobrze widzę do dziś moje pierwsze lalki, które niestety uległy zniszczeniu na pół roku przed naszą ucieczką z rodzinnego domu. Wydarzenia tamtej doby znam jednak dość dobrze bowiem o wielu przygodach z tamtych dni, często żywo opowiadano w naszym domu jeszcze przez długie lata po wojnie. Zarówno mamusia jak i tatuś bardzo chętnie wracali do tamtych wspomnień. […] Kiedy wyruszyliśmy z domu, na dworze robiło się już ciemno, a kiedy znaleźliśmy się na łąkach, przylegających już do miasta, była już pełna noc. Zeszliśmy z wozu i dalej uciekaliśmy tymi łąkami, od razu poczułam dużą wilgotność podłoża. Właśnie tam na Zarzeczu poważnie zaziębiłam swoją lewą nogę, tak że już po kilku zaledwie dniach pobytu w mieście, rodzice oddali mnie do szpitala. Na razie jednak szczęśliwie brnęliśmy pośród ciemności dalej, aż dotarliśmy do pierwszych zabudowań miasta i zatrzymaliśmy się u znajomych moich rodziców: u pani Czubińskiej, a która na ten czas była już wdową.

Ponieważ moja noga bardzo spuchła i nic nie pomagało, trafiłam do szpitala gdzie dyrektorem był Ukrainiec, człowiek wrogo nastawiony do nas Polaków. Dla przykładu moja mamusia Adela razu pewnego przyszła do mnie, aby mnie po raz któryś już z rzędu pozdrowić. W tym czasie w szpitalu było bardzo dużo ludzi z licznymi obrażeniami i najróżniejszymi chorobami. Jako jeszcze małe dziecko, czułam się tam, pośród nieustannych jęków zbolałych ludzi wprost strasznie. Na domiar złego mój stan zapalny okostnej był dość poważny, a ponieważ nie było wtedy jeszcze antybiotyków, wyniszczał mój organizm. Szczególnie cierpiałam po przebytym zabiegu dlatego mamusia przychodziła do mnie często i z miłością podtrzymywała mnie na duchu, abym w tym doświadczeniu bólu i cierpienia nie czuła się sama. I właśnie podczas jednej z takich wizyt, gdy mamusia była przy mnie, przechodził się po tym oddziale ów Ukrainiec, nie byle kto bo przecież dyrektor całego szpitala. Widząc tak bardzo sponiewieranych przez los ludzi, a było tam w tych dniach rzeczywiście dużo ofiar ukraińskich rzezi z głębokimi obrażeniami ciała i kończyn, powiedział bez ogródek do cierpiących dość głośno i wyraźnie tak: „Dobrze wam Polaczki, jeszcze was za mało mordują!” I choć sama nie słyszałam tych słów albo już dziś sobie ich nie przypominam, to jednak wiem o tym bardzo dobrze bowiem osobiście słyszała to moja mama, zaznaczała przy tym zawsze, że słowa te padły na korytarzu szpitalnym, który również obłożony był gęsto cierpiącymi ludźmi. [67] [Sławomir Roch, Wspomnienia Wiesławy Danuty Nowackiej z Włodzimierza Wołyńskiego na Wołyniu, Zamość 2004 r., s. 1- 4]

We wrześniu 1943 r. na terenie parafii znajdowały się jeszcze niedobitki, które nie zdołały z różnych względów uciec i ukrywały się. Przynajmniej 40 osób z nich upowcy zamordowali, tak że jesienią wiernych w tak dużej i pięknej jeszcze w czerwcu, tego samego roku parafii, już nie było. Życie religijne zamarło właściwie już 12 lipca, gdy Andrzej Rusiecki odwiózł ostrzeżonego o realnym niebezpieczeństwie proboszcza ks. Franciszka Jaworskiego do Włodzimierza. Kiedy wiec zburzono Kościół, cmentarz zdewastowano, a kaplicę cmentarną rodziny Nazarewiczów zniszczono, dzieło unicestwienia zostało dokończone. [68] [Nasz Dziennik 07.09.1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9] Pozostały bezimienne mogiły, zgliszcza spalonych na pniu wsi i straszna spuścizna haniebnych dni ale nie tylko. Na szczęście pozostał też Chrystus i jego nieprzemijająca nauka o miłości miłosiernej i przebaczającej.  Pozostała pamięć o tym co było piękne i dobre, pozostała wiara, która góry przenosi i nadzieja, która zawieść nie może. Po obu stronach rzeki Bug pozostała też żywa pobożność i cześć dla Najświętszej Marii Panny, a na tym fundamencie wszystko, dosłownie wszystko może być odbudowane. Na żyznych polach Wołynia, Podola i niemal na całej Ukrainie, na przestrzeni wieków obrodziło wiele „dobrego ziarna” i choć pojawiło się równocześnie „bardzo dużo chwastu”, ziemia ta na pewno nie jest stracona bowiem, gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze większa rozlała się łaska.

 

ZIARKO DO ZIARKA I ZBIERZE SIĘ MIARKA

Powyższe opracowanie: „Ziemia Włodzimierska w dobie wielkiej próby w latach 1939 – 1944” , zostało opracowane już w maju 2005 r. i stanowi ważny rozdział książki: „Prowadź Mario Prowadź Nas Męczenników Wołynia” , której drugą wersję ukończyłem jeszcze w Zamościu. Egzemplarze książki przesłałem do kilku ważnych archiwów w Polsce, w tym na Jasną Górę w Częstochowie oraz na Katolicki Uniwersytet Lubelski w Lublinie (na KUL w 2009 r. , jako mój protest przeciwko nadaniu prezydentowi Ukrainy Wiktorowi Juszczenko tytułu doktora h. c.).

Pozostaje w kontakcie z wieloma osobami z Polski, które wciąż nadsyłają swoje relacje i uzupełniają ważne informacje o losach swoich najbliższych, na których wspomnienia natrafili w Internecie. Osoby te mając dostęp do nowych, nieznanych mi jeszcze faktów, nasyłają bardzo cenne meteriały, które ja uważnie zamieszczam w książce. I tak, z Bożą pomocą, wciąż rozrasta się, bezcenna praca: „Prowadź Mario Prowadź Nas Męczenników Wołynia” , o losach mieszkańców katolickiej parafii Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Swojczowie, podczas ostatniej II wojny światowej.

Powyższy materiał został opracowany na użytek internetu. Zdaję sobie sprawę, że i to opracowanie nie jest jeszcze w pełni profesjonalne, ale na pewno bardziej dostępne dla potencjalnego czytelnika, a przez to, więcej użyteczne. Pragnę w ten sposób także, gorąco zachęcić wszystkich, żyjących jeszcze parafian ze Swojczowa i okolic, ale nie tylko, także z całego Wołynia i Kresów do spisania swoich wspomnień, przeżyć i doświadczeń z tamtych jakże pięknych, a potem jakże dramatycznych lat. Raz dlatego, by dziedzictwo i ciężka praca naszych przodków, nigdy nie była puszczona w niepamięć, a dwa by Ci wszyscy, którzy pozostali tam już na zawsze, w końcu doczekali się choćby, prostego Krzyża katolickiego na swojej, jakże często zapomnianej już dziś mogile.

 

Mgr historii

Sławomir Tomasz Roch                     09.07.2011r. Glasgow Scotland


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud11.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 409 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7557413