Stanisław Lasek: W krótkim zarysie przedstawimy tragedię naszej rodziny, jak i wielu innych, osiedlonych na Kresach Wschodnich. Mieszkaliśmy w kolonii Terpin, położonej nad rzeką Berezówką. Po drugiej stronie tejże rzeki znajdowała się druga kolonia – Dębina – z czternastoma rodzinami kolonistów. W centrum położona była wieś Dmytrów, w której mieszkało 1100 rodzin, przeważnie ukraińskich, a także mieszanych. Po drugiej stronie Dmytrowa były dwie kolonie czysto polskie – Bełzów i Strachów, kolonie te powstały w latach 1919- 1920 z parcelacji dworu ziemianina – Ślężaka. Z początku gmina mieściła się w Dmytrowie, lecz w roku 1930 przeniesiono ją do Chołojowa, małego miasta na trasie Radziechów – Kamionka Strumiłowa. Okolice to piękny płaskowzgórz żyznej ziemi podolskiej. Gospodarstwa kolonistów obejmowały powierzchnię od 5 do 12 hektarów. Rolnicy uprawiali pszenicę, buraki, lucernę i żyto. Każdy gospodarz posiadał mały sad owocowy. Kolonia Terpin była zamieszkana przez dziewięć rodzin: Leon Walski – siedmioro dzieci, Wojciech Lasek – dziewięcioro dzieci, Jan Kozioł – dwoje dzieci, Felek Zbyrał – jedno dziecko, Henryk Łopuszański – bezdzietny, Jan Krawczyk – dziesięcioro dzieci, Michał Dziewa – dwoje dzieci, Jan Piekarz – troje dzieci, Franek Gawełko – troje dzieci. Kościół parafialny, w Chołojowie, oddalony był o 4 km, dlatego Polacy (koloniści) rozpoczęli budowę kościoła w Dmytrowie. Budowy niestety nie ukończono, gdyż wybuchła wojna w 1939 roku. We wsi Dmytrów mieliśmy 7-klasową szkołę III stopnia, Dom Ludowy, dużą cerkiew, karczmę „Jośka”, kooperatywę (spółdzielnię), elektrownię, która dostarczała prąd do miasta powiatowego Radziechów. We wsi Dmytrów nie było światła elektrycznego, za wyjątkiem młyna i dworu Ślęzaka. Władze powiatowe nie zezwoliły na zaciągnięcie kabli i elektryfikację wsi Dmytrów, pomimo że sieć słupów i przewodów była przygotowana przez całą wieś. Wieś i jej budynki – to drewniane domy, skupione przy sobie, kryte tak, że strzechy dotykały jedna drugiej. Przy każdym domu był sad z jabłoniami, gruszami, śliwami itp. oraz ogródki warzywno-kwiatowe. Gdy przyszła wiosna, to cała wieś była potężną doniczką różnokolorowych kwiatów. Jesień natomiast swymi kolorami i odcieniami przypominała ogromną barwną tęczę. Nad rzeką Berezówka rosły dziesiątki wierzb płaczących, a obok wiła się dróżka do pieszych spacerów. Od wschodniej strony aż do naszej kolonii przez mniej więcej trzy kilometry ciągnęły się rozległe łąki i torfowiska, na których pasły się stada bydła, czy też stały stogi siana oraz kopce suszącego się torfu, służącego na opał. Piękno naszej okolicy, z jej różnorodnością – to żywy obraz dla malarza. Harmonia życia wsi Dmytrów i naszych kolonii nigdy nie była zakłócana. Razem chodziliśmy do jednej szkoły, religii uczyli katoliccy księża i prawosławni popi, a jeśli któryś nie mógł być na lekcji, to połączone dzieci z klas uczyły się religii pod opieką księdza albo popa. Zdawało się, że wszyscy dbają o to, aby dobrze gospodarować i zbierać plony pracy rąk. Pomagano sobie wzajemnie przy pracach w polu w czasie żniw, sianokosów czy wykopków ziemniaków.

Ten spokojny tryb życia został zakłócony wybuchem II wojny światowej. Najazd Niemców na Polskę – 1 września 1939 roku, a następnie Rosji sowieckiej i ich okupacja była początkiem tragedii kolonistów, osadników, nauczycieli, leśniczych, żandarmerii oraz inteligencji polskiej zamieszkującej wschodnią Małopolskę, okupowaną przez bolszewików. Nacjonaliści ukraińscy i różna szumowina zaczęli masowo występować przeciw polskiej ludności. W listopadzie 1939 roku na kolonii Strachów Ukraińcy wymordowali dwie rodziny kolonistów. Biedota (złodzieje i różni przestępcy) otrzymali władzę od okupanta bolszewickiego. Potworzyli milicję, otrzymali broń i w biały dzień zaczęli rabować i pacyfikować kolonistów na naszym terenie. W pierwszym tygodniu grudnia 1939 roku Ukraińcy wraz z biedotą napadli na nasze kolonie – Terpin i Dębinę, rabując bydło, trzodę chlewną, zboże, kury, a nawet obuwie. Naszej rodzinie zabrano dwie krowy, trzy paśne świnie, ponad pięćdziesiąt kur, odzież i część pościeli. Nacjonaliści zapowiedzieli, że „to nie koniec i przyjdą rozprawić się z Lachami, bo my już dość nacieszyli się życiem na ich ziemi”. Kolonia nasza zaczęła się organizować i prowadzić 24-godzinną wartę wokół zabudowań. Złożony meldunek do NKWD nic nie pomógł w tej sprawie, mimo obietnic. Wszyscy Polacy żyli w nieustannym strachu o swoje życie i mienie, z niepokojem oczekując następnego dnia. Święta Bożego Narodzenia 1939 roku przeszły spokojnie, bez wypadków. Niedługo potem na stacji kolejowej w Chołojowie zauważono długi rząd wagonów towarowych z kratami w oknach i piecykami w środku. Zastanawialiśmy się, dla kogo są przeznaczone gdyż posiadały dwa rzędy prycz. 10 lutego 1940 roku o godzinie czwartej rano kolonia nasza została otoczona przez sołdatów NKWD i Ukraińców. Gdy zaczęli dobijać się do drzwi, ojciec otworzył nasz dom. Wówczas sołdat z bagnetem na karabinie i dwóch Ukraińców wpadło do mieszkania, rozpoczynając rewizję (nazwiska Ukraińców – Wasyl Kucuper i Mikołaj Strilkow). Ojca trzymali pod bagnetem i bronią gotową do strzału, Wyrwana ze snu rodzina nie wiedziała, co począć. Powstał wielki płacz dzieci, których było ośmioro, gdyż najstarsze, brat Józef, było u kuzynów. Najmłodsza siostra Rozalia miała wówczas osiem miesięcy. Enkawudzista ogłosił zarządzenie „Wierchownoho Sowieta”, że „mamy tylko 40 minut na ubranie się, spakowanie rzeczy i opuszczenie domu”. Mama Zofia, słysząc to, zemdlała, a ojcu nie pozwolono się ruszyć. Najstarsza siostra Anna cuciła mamę i ubierała młodsze rodzeństwo. Czas uciekał. Brat Janek pakował rzeczy osobiste rodziny, a Ukraińcy kontrolowali, co bierze, i dużo rzeczy osobistych nie pozwolili zabrać. Gdy brat udał się do spichlerza po żywność, Ukraińcy odważyli 50 kg mąki i 25 kg kaszy jęczmiennej, przeznaczonej na paszę dla prosiąt, chociaż mąki było około 300 kg, a także większe ilości kasz, to Ukraińcy nie pozwolili wziąć. Dziewięcioletni brat Wojtuś niezauważony przez Ukraińców wbiegł do kurnika i zadusił 25 kur, wrzucił je do worka, a następnie na przygotowane sanie. Mieliśmy w domu tylko pół bochenka chleba, bo właśnie w tym dniu (sobota) miał być pieczony świeży. I to było wszystko, co pozwolono zabrać naszej licznej rodzinie. Po upływie 40 minut żołnierz zakomenderował: – „Wychadi wremia proszło!” Mama Zofia nie zdążyła się ubrać i w nocnej koszuli, ubrana w płaszcz, musiała wychodzić. Mróz był bardzo silny, dochodził do 30 st. poniżej zera. Po załadowaniu rodziny i dobytku na dwie pary sań, dołączono nas do kolumny rodzin sąsiadów, tak jak my wyrzuconych ze swoich domów. Zewsząd słychać było rozpaczliwy płacz dzieci, a także nieustanne wycie psów z naszej kolonii. Kiedy kolumna sań ruszyła otoczona żołnierzami na koniach, prowadzono nas nie wprost na stację Chołojów w prostej drodze 3 km, lecz jechaliśmy w kierunku wsi Dmytrów okrężną drogą 10 km. Mimo wczesnych godzin rannych, wzdłuż drogi po obu stronach stali Ukraińcy młodzi i starzy, urągając: – „Czas na was, Lachy!” Inni kiwali rękoma na pożegnanie, większość jednak milczała. Po drodze dołączyły do nas kolumny z Bełzowa i Strachowa, naszych kolonistów, nauczycieli z naszej szkoły w Dmytrowie oraz leśniczych (dwie rodziny). Gdy jechaliśmy przez miasto Chołojów, ludność żegnała nas łzami, jedynie Żydzi z czerwonymi opaskami na rękawach, uśmiechali się szyderczo do żołnierzy. Gdy przybyliśmy na stację, część wagonów była zajęta i załadowana. Do wagonu 25 TW załadowano 42 osoby wraz z bagażami. Tłok był niesamowity. W wagonie znajdowało się 18 dzieci do lat 12, w tym troje niemowląt, 6 dziewcząt, 7 kawalerów oraz rodzice w wieku około 50 lat. Wagon – drzwi odsuwane na zewnątrz – piecyk żelazny 2-fajerkowy, okna okratowane bez osłon, otwór – ubikacja, prycza górna – prycza górna, prycza dolna – prycza dolna. Dzieci zamarznięte w drodze ułożono w pierzynach na górnych pryczach. Na pryczach nie byto żadnego posłania, jedynie deski. Jeśli zważymy, że mróz sięgał 30 st. poniżej zera, to mamy obraz tragedii rodzin wyrzuconych z własnych domów, bez żywności. Dzieci były tak zamarznięte i wyczerpane płaczem, że ledwo dawały znaki życia kwileniem. Tuliły się wzajemnie, nie dając się odłączyć od matek. Ich oczy przejęte grozą i strachem to niezapomniane wrażenie. Boże, pożal się nad tymi biednymi dziećmi twymi, którym wyznaczyłeś krzyż cierpienia, tułaczki, nędzy i głodu! W wagonie było bardzo zimno, gdyż był nieszczelny i z otwartymi oknami. Na stacji udało się ukraść trzy podkłady kolejowe, które natychmiast pocięto i ukryto pod dolną pryczą, by żołnierze nie zauważyli, bowiem w przeciwnym wypadku winni kradzieży natychmiast byliby sądzeni jako sabotażyści. Równocześnie udało się zdobyć trochę węgla i to umożliwiło rozpalenie piecyka. Mróz połączony z wiatrem wciskał się wszystkimi szczelinami wagonu, zwłaszcza przez cztery okna bez szyb, zakratowane. Dla organizacji życia w nowych warunkach, po krótkiej naradzie wybrano kierownika wagonu, którym został oficer rezerwowy Wojska Polskiego, a zarazem leśniczy w Lasach Państwowych na naszym terenie – Michał Kłopatyński. Posiadał liczną, 12-osobową rodzinę. Na zastępcę wybrano mojego ojca, Wojciecha Laska. Do ich obowiązków należało utrzymanie porządku w wagonie i występowanie w imieniu wszystkich do władz sowieckich o zaopatrzenie w żywność, wodę i opał. Po rozlokowaniu dzieci na górnych pryczach, starsi w miarę możliwości zabezpieczyli okna workami i kawałkami desek, które udało się zdobyć na stacji. Płacz dzieci zmarzniętych, przeziębionych, kaszlących i głodnych przejmował grozą. Płacz ten słychać było na całej stacji kolejowej. Nie pomagały zabiegi matek tulących biedactwa do swych piersi. Przez trzy dni dowożono wysiedlone rodziny i samotnych z transportu. W drugim dniu (niedziela, 11 lutego 1940 roku), gdy ojciec udał się po wodę, spotkał szewca, Ukraińca, u którego naprawialiśmy buty i czasami ojciec zatrudniał go przy pracach polowych. Nazywał się Mikołaj Krzywoj. Człowiek ten przyniósł 10-litrową konewkę mleka i cztery bochenki chleba. Inny mieszkaniec Ochladew – Jakub Kielerman, przyniósł kilka bochenków chleba, słoninę, kilka kilogramów mięsa oraz kilka litrów mleka i śmietany, wyrażając się ze smutkiem, że to „dzieciom na pokrzepienie”. Ojciec, Wojciech, ze łzami w oczach dziękował za ten ludzki gest. W wagonie natychmiast nakarmiono najmłodsze dzieci. Kierownik zarządził wspólne gotowanie na trzy rodziny z braku miejsca na piecyku, który miał tylko dwie fajerki. W trzecim dniu dołączył do nas brat, Józef, który podczas wywózki był u krewnych. Dowiedziawszy się o tragedii, przyjechał, by dzielić los wspólnie z rodziną. Tejże nocy transport ruszył w kierunku na wschód, z czego wywnioskowaliśmy, że wywożą nas do Rosji. Wszystkie wagony były zamknięte z zewnątrz i pilnowane przez konwojentów transportu, którzy z bronią w ręku śledzili nas z wieżyczek. W nocy dojechaliśmy na punkt graniczny do Bronowic, żegnając ojczystą ziemię. W Bronowicach na stacji spotkaliśmy kilka innych transportów ludzi wysiedlonych w tym samym czasie jak my z województwa tarnopolskiego. Na stacji zaopatrzono nas w wiadro zupy na 10 osób oraz porcje 20 dkg chleba na osobę i gotowaną wodę (kipiatok). Ciągle słychać było nawoływania sołdatów: – „Odkryli!” – co oznacza otwierać, i – „Zakryli!” – zamykać. Na ten głos otwierano drzwi wagonu i wychodzili wyznaczeni przesiedleńcy po wodę i prowiant pod eskortą żołnierzy. Następnie, po powrocie do wagonu, zamykano wagony od zewnątrz. W wagonach było tak ciasno, że brakowało miejsca do wypoczynku dla wszystkich.Starsi spali na zmianę, gdy jedni odpoczywali, to drudzy stali lub siedzieli na podłodze środka wagonu. Stale zmarznięte nogi cierpiały, gdyż nie było gdzie ich ogrzać. Starsi, zwłaszcza młodzież, mieli kłopot z załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Ubikację stanowiła dziura w podłodze wagonu. Z początku, gdy jedna osoba szła za swoją potrzebą, to druga zasłaniała ją kocem. Gdy nadeszły choroby połączone z rozwolnieniem, tak że lało się z ludzi, wtedy nikt nie zważał na obecność innych, tylko aby dojść do otworu. Zmarznięte odchody trzeba było zdrapywać i usuwać otworem, co powodowało fetor w całym wagonie. Dzieci zaczęły chorować na koklusz i grypę, kaszląc nieustannie. Do tego dochodziły bóle brzucha i biegunka. Niemycie się i brud kału ludzkiego spowodowało rozmnożenie się robactwa, wszy, które wszystkim dokuczały. Wiele dzieci zmarło z przeziębienia i chorób, nigdy nie zbadane przez lekarza. Transport nasz jechał nieraz przez cały dzień, przystając jedynie po uzupełnienie węgla i wody. Mijaliśmy miasta i osiedla, wszędzie widać było nędzę. Mężczyźni i kobiety ubrani byli jednakowo: w watowane spodnie i kurtki, a na nogach walonki (fabrycznie ubita wełna owcza na formie), z kaloszami, niektóre bardzo zniszczone. Na głowach czapki z nausznikami (papachy), twarze wynędzniałe. Na stacjach kolejowych potężne portrety Lenina i Stalina oraz transparenty z hasłami rewolucji i raju sowieckiego. Tak, po 23 dniach podróży w oblodzonych ścianach wagonu i temperaturze poniżej 30 st., dotarliśmy do ostatniej stacji kolejowej: Kotłas, obwód archangielski. Po sześciu godzinach postoju w zamkniętych wagonach, naczelnik transportu NKWD rozkazał wyładowywać się do przygotowywanych baraków, które służyły wcześniej dla transportowanych na zesłanie różnych przestępców i wrogów Związku Sowieckiego. Tu rozdzielono nas do różnych obozów rozrzuconych na dalekiej północy Rosji, rozłączając rodziny, ludzi z jednej miejscowości, a także jadących razem w wagonach. Naszą rodzinę skierowano do obozu Permogor (Zapad), 185 km za Krasnoborskiem, na północ nad rzeką Dwiną, która wpada do Morza Białego w mieście portowym Archangielsk. Wraz z nami z transportu przydzielono ponad 120 osób. Mimo czujności konwoju udało się, że wraz z nami przydział do obozu otrzymała rodzina z naszej kolonii Jana Krawczyka, z dziesięciorgiem dzieci, a także przyjaciele naszej rodziny. Podjechały jednokonne sanki. Nam przydzielono dwie pary sanek. Gdy mama, Zofia, rozpaczała, gdzie pomieści dzieci i skromny bagaż, enkawudzista odrzekł: – „Siadaj i odjeżdżaj, bo was rozdzielę” – ciebie tu, a męża do drugiego obozu, jak będziesz się buntować. Załadowano młodsze rodzeństwo i mamę. Okryto, czym się dało, a ojciec i bracia przywiązali się sznurkami, aby się nie pogubić. Odległość 185 km z Kotłasa do Permogor przebyliśmy w ciągu czterech i pół dnia. My starsi musieliśmy iść pieszo: ojciec Wojciech, bracia – Józef i Jan, siostra Anna i ja – Stanisław. Po 40 km dziennie szliśmy przy 40 st. mrozu. Nie mając odpowiedniego ubrania ani obuwia, już w pierwszym dniu ja i siostra Anna odmroziliśmy sobie twarze, a siostra też nogi. W czasie drogi, gdy szliśmy dość szybko, to mróz zatykał oddech w piersiach. Pierwszy postój w Czajni, która składała się z dużej izby z piecem przy jednej ścianie. Na piecu spali gospodarze Czajni. Nam rzucono wiązkę słomy w rogu izby. Furmani (woszczyki) mieli przygotowane spanie w drugim rogu izby. Tu dano nam herbaty (czaju), zupę rybną i po 300 gramów chleba. Pragnę zaznaczyć, iż cały czas jechaliśmy korytem rzeki Dwiny. Forman oświadczył, że następnego dnia rano wyruszamy w dalszą drogę. Ojciec, który znał język rosyjski z okresu niewoli w czasie I wojny światowej, zapytał gospodarza, gdzie można kupić mleka dzieciom. Ten, po namyśle, odpowiedział, że wie, ale mleko jest drogie. Ojciec wziął sukienkę siostry i pokazał. Gospodarz odrzekł, że za tę sukienkę dostanie trzy litry mleka. Co było robić – ojciec wyraził zgodę. Gdy dzieci dostały po kubku mleka, natychmiast zasnęły. Ja z siostrą leczyliśmy odmrożone twarze i nogi. Ojciec doradził, aby dla ochrony twarzy użyć pończoch. Wycięliśmy w pończochach otwory na oczy i usta, zakładając je na twarz. Przez cały czas służyły nam, chroniąc twarz od dalszych odmrożeń. Nazajutrz wczesnym rankiem wyruszyliśmy w dalszą podróż. Po godzinie drogi zamarzniętą rzeką Dwiną napotkała nas śnieżna burza, co o mało nie zakończyło się tragedią. Koleiny drogi zostały zasypane, a powstałe zaspy utrudniały poruszanie się. Konie i sanki grzęzły w śniegu, trzeba było pomagać wyciągać sanie. Wiatr ze śniegiem wdzierał się we wszystkie szparki ubrania, opanował nas niesamowity chłód i ziąb oraz senność z wyczerpania. Trzymaliśmy się sznura blisko siebie, aby nie zgubić się w szalejącej zamieci. Wszyscy modliliśmy się, prosząc Boga o ocalenie. Po 2-3 godzinach zamieć ustała. Konie były tak zmęczone, że ledwie się ruszały. Furmani zażądali, by wysadzić z sań dzieci. My zaś, prosząc nade wszystko, aby dzieci zostały w saniach, zobowiązaliśmy się pomagać ciągnąć sanie, chociaż byliśmy u kresu wytrzymałości. Z obu stron konia przytroczonymi sznurami pomagaliśmy ciągnąć sanie. Tak dobrnęliśmy do następnej Czajni późnym wieczorem. Znów to samo – zupa rybna [ucha], herbata, łyżka kaszy i 300 gramów chleba, który był jak bryła gliny z opieczoną skorupą. Wszyscy byli krańcowo wyczerpani i pragnęli snu. Jednak nie było nam dane spać spokojnie, gdyż do wszy, które bardzo dokuczały, dołączyła jeszcze szarańcza pluskiew, które gryzły niemiłosiernie. Młodsze rodzeństwo zaczęło płakać i nie można go było uspokoić. Gospodarz Czajni, gdy dowiedział się, co jest przyczyną płaczu dzieci, powiedział: – „U nas wszędzie jest ich dużo i wy też się przyzwyczaicie!” Dalsza podróż odbywała się dość spokojnie. W piątym dniu około południa zauważyliśmy dużą wieś. Furman oświadczył, że to Permogor – wieś. My mieliśmy zamieszkać po drugiej stronie rzeki w osiedlu dla osób skazanych. Woźnica wskazał nam obóz. Były to stare baraki służące zesłańcom i skazanym, którzy buntowali się przeciwko władzy carskiej i sowieckiej. Po przybyciu komendant obozu, Sokołowski, przywitał swych podwładnych, zaś woźnica za pokwitowaniem i przeliczeniem zdał naszą rodzinę. Sokołowski – to syn polskiego zesłańca, który nie mówił po polsku, ale rozumiał. Przydzielono nam dużą izbę w baraku, gdzie rozmieściliśmy się po dwudziestu sześciu i pół dnia podróży. W obozie było już dużo rodzin z dziećmi oraz osób samotnych. Razem 350 osób. Samotni to nauczyciele, policjanci i żołnierze z centralnej Polski. Wszyscy samotni mieszkali w baraku ogólnym, bez przedzielonych pokoi, samotne kobiety osobno i mężczyźni osobno. Nasze pomieszczenie okazało się za ciasne dla naszej rodziny. Chociaż mieliśmy podwójne łóżka, nie mogli się wszyscy pomieścić i spaliśmy po troje w jednym łóżku. Łoża to drewniane prycze z desek, do których na postanie przydzielono wiązkę żytniej słomy. Zesłańców i łagierników ratowało to, że tajga obfitowała w jagody i grzyby, a zalew i rzeka w ławice wszelkich ryb. Komendant oświadczył, że będziemy pracować przy wyrębie lasów, wykuwaniu drzewa z lodu, budowie tratew i ich spławie oraz piłowaniu drzewa na opalanie parowozów (okrętów parowych), które będą ciągnęły tratwy do portu w Archangielsku. Fragment: Stanisław Lasek – Wspomnienia Kresowiaków – Sybiraków  Wyszukał i wstawił "Ku pamięci" B. Szarwiło    za: http://zeslaniec.pl/53/Relacje_z_zeslania.pdf


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp10.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 503 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8112427