Opuszczenie Włodzimierza odbyło się nocą. Tu działał mój Wujek, Lucjan Wiśniewski, który zorganizował nasz przerzut prze linie straży wartowniczej. Było nas pięcioro. W niewielkiej odległości od naszego przejścia czekał wóz, którym zawieziono nas do zabudowań rodziny Wyszomirskich we wsi Spaszczyzna. Tam nas nakarmiono i przenocowano. Za dnia dotarliśmy do chutoru Klin. Dwa dni później ja i inni nowoprzybyli ,a była nas spora grupka, w obecności księdza Kobyłeckiego i dowódców, zostaliśmy zaprzysiężeni i ochrzczeni pseudonimami, jakie sami wybraliśmy. Każdy z nas pod rotą przysięgi złożył swój podpis w pseudonimie. Ja zostałem zaprzysiężony jako ”Szpak”. Moją funkcją w oddziale była nadal funkcja łącznika (kuriera). W ciągu dwóch miesięcy czterokrotnie docierałem do Wujka Wiśniewskiego, dostarczając mu meldunki i informacje, jak również odbierając od niego meldunki, a dwukrotnie broń krótką, kupioną od żołnierzy węgierskich, przychylnych Polakom. Przez posterunki przechodziłem jako syn przekupki, idącej na targ. Za przepustkę ofiarowano wartownikom datki w postaci słoniny, kiełbasy lub samogonu. U Wujka zawsze nakarmiono mnie do syta. Tam też się kąpałem, a Ciocia prała moją bieliznę. Tylko raz dotarłem do domu, gdzie w tajemnicy przed obcymi spotkałem się z rodziną.  W oddziale w początkowym okresie czas spędzaliśmy na ćwiczeniach, musztra i obchodzenie się z bronią. Takich wojaków jak ja, mających poniżej 17 lat, było sześciu. Ja byłem najmłodszy, miałem wtedy niecałe 14 lat. Kolegowałem się ze starszym ode mnie Józkiem Czerwińskim, późniejszym autorem książki „Z Wołyńskich lasów na Berliński Szlak ”. Obaj zostaliśmy po wojnie uznani za Synów Pułku. Spotykaliśmy się na zjazdach naszej Dywizji i zlotach Synów Pułku. Józef zmarł w 1998 roku. Zostałem partyzantem w pierwszym plutonie. Ponieważ oddział szybko się rozrastał, przenieśliśmy się do Kolonii Liski. Tam otrzymałem karabin Mauzer. Zadaniem oddziału była ochrona polskich wsi przed napadami band UPA, jak również zdobywanie broni dla rozrastającego się oddziału. Podjęto decyzję zdobycia jej na Niemcach. W nocy na drodze Uściług - Włodzimierz zorganizowaliśmy zasadzkę. Rozłożyliśmy się po obu stronach drogi i zaatakowaliśmy samochód z żołnierzami niemieckimi, żołnierzy rozbroiliśmy. Uradowani nie zwróciliśmy uwagi na nadjeżdżający po ciemku drugi samochód niemiecki, który otworzył do nas ogień. Zginął wtedy bliski kolega mojej siostry Wacek Zieliński „ Sokół”. Po otworzeniu przez nas ognia udało się nam wycofać bez dalszych ofiar. Była to pierwsza ofiara w naszym oddziale.” Sokół” został pośmiertnie awansowany do stopnia kaprala.

W tej akcji zdobyliśmy osiem pistoletów maszynowych i dwa karabiny, a także skrzynkę granatów. Po powrocie zmieniliśmy zakwaterowanie. Oddział przeniesiono do wsi Sieliska. To była wieś polska, gospodarze opuścili ją po zamordowaniu przez bandę UPA kilku mieszkańców. Wieś była naszą kwaterą do dnia włączenia oddziału do 23 Pułku 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK w styczniu 1944r. Takich oddziałów jak nasz na terenie Wołynia było wiele. Plan Rządu Rzeczpospolitej Polskiej (podziemnej) oraz dowództwa AK przewidywał stworzenie sił zbrojnych na rubieży Polski. Nie przewidziano jednak samoobrony ludności polskiej przeciw mordom, szerzonym przez nacjonalistów ukraińskich. Nie przewidziano tragedii społeczeństwa polskiej wsi. Nie przewidziano tego, że takie dzieci jak ja będą walczyć o życie swoje i życie społeczności polskiej. Jednak taka walka się zaczęła. Oddział, przeciwdziałając terrorowi, wsławił się w kilku bojowych akcjach przeciwko Banderowcom. To zjednało mu przychylność społeczności polskiej, zamieszkałej w okolicznych wsiach. Przejawy tej przychylności odczuliśmy w dostawach produktów żywnościowych, odzieży i obuwia, jak również koni. Jedną z pamiętnych akcji była obrona wsi Pisażowa Wola przed napaścią pijanej bandy UPA. Banda ta po drodze wymordowała mieszkańców czterech polskich zagród, leżących w pewnej odległości od samej wioski. Były to pierwsze dni listopada. Zostaliśmy powiadomieni przez łącznika samoobrony tejże wsi o przewidywanym napadzie. Wiadomość tę dostarczyli samoobronie znajomi Ukraińcy. Natychmiast po otrzymaniu meldunku wieczorem, poderwano cały oddział. Wyruszyliśmy, prowadzeni przez łącznika. Przed świtem dotarliśmy na miejsce. Dużo wcześniej przed nami dotarli nasi ułani, z moim Ojcem na czele. Nasz oddział wraz z kawalerzystami liczył 50 ludzi. Natychmiast zajęliśmy stanowiska bojowe. W tym czasie kobiety z wioski przynosiły nam gorące picie i jedzenie. Nasze stanowiska były dobrze ukryte. We wsi przebiegała normalna praca. To zmyliło Banderowców. Bez przygotowania, prosto z marszu, jadąc furmankami od strony lasu chcieli wjechać do wioski. Furmanek było kilkanaście. W każdej po kilku ludzi. Siła bardzo duża. Nie spodziewali się takiego powitania, jakie im zgotowaliśmy. Bój trwał zaledwie pół godziny. Zdobyliśmy osiem wozów, dwadzieścia cztery karabiny i jeden ręczny karabin maszynowy. Jednym z ważniejszych łupów był wóz amunicyjny. Dla Banderowców było to bardzo bolesne zaskoczenie. Okazało się, że nasza siła ognia była nie tylko duża, ale też bardzo celna. Atak kawalerzystów z boku dopełnił rozmiarów klęski. Skutek byłby jeszcze większy, gdyby kolumna wozów nie była tak rozciągnięta. Zginęło 32 bandytów. Ta nauczka, jaką otrzymali bandyci, wzmocniła morale społeczności polskiej.

        Część broni dowódca przekazał placówce samoobrony. Po naszej stronie rannych było pięć osób, dwóch z naszego oddziału. Powrót był wspaniały. Zdobyte furmanki przywiozły nas do miejsca postoju. Zachowywaliśmy się jak w amoku, przekrzykując się nawzajem w komentarzach o tej zwycięskiej bitwie. Kiedy nocą szliśmy do wsi, myślałem o walce. Myślałem również, co by było, gdybym został ranny. Przed bitwą, gdy zobaczyłem nadjeżdżające wozy, wypełnione ludźmi z bronią, serce zaczęło mi bić mocniej, ale z chwilą otwarcia ognia już o niczym nie myślałem, tylko starałem się dokładnie celować. Ponieważ wszyscy strzelali, stwierdzenie, kto trafił było niemożliwe. Byli jednak tacy, którzy twierdzili, że to oni zabili kilku bandytów. Wstrząsem był dla mnie widok tylu zabitych, a jeszcze większym, dobijanie rannych. To przeżyłem bardzo i z niesmakiem. Wiem, że był to odwet za bestialskie morderstwa niewinnych ludzi.

        Dwa dni później otrzymaliśmy zadanie przeprowadzenia rozpoznania okolic rejonu wsi, w której stoczyliśmy zwycięską bitwę. Ruszyliśmy całym plutonem w kierunku zniszczonych dwóch polskich wsi. Po spenetrowaniu pierwszej z nich musieliśmy przejść przez las do następnej. Wtedy nasza szpica zameldowała, że w lesie przemieszcza się oddział UPA w liczbie 25 osób. Dowódca natychmiast rozkazał przygotować zasadzkę. Otwarcie przez nas ognia z odległości 50 metrów spowodowało wśród banderowców tak duży popłoch, że niektórzy z nich porzucili broń, uciekając w głąb lasu. Zginęło 6-ciu bandytów. Zdobyliśmy 10 karabinów. Ilu z nich zostało rannych, nie wiem. Nikt z naszego oddziału nie odniósł obrażeń. Ruszyliśmy dalej. Przechodząc przez częściowo spaloną wieś, do której prawdopodobnie zmierzali banderowcy, natknęliśmy się na poprzewracane ule. Z jednego wyciekał miód. Otworzyliśmy ul. Wyjęliśmy ramki, wypełnione miodem, obłożyliśmy je znalezionym papierem i szmatami. Idąc dalej, zobaczyliśmy kilka kur. Wróciliśmy do oddziału, składając dowódcy meldunek o znaleziskach. Ten rozdzielił zadania, kto ma nieść zdobytą broń, kto miód, a kto ma złapać kury i je nieść. Ja niosłem miód, pełne cztery ramki, zawinięte i ulokowane w worku. Pod wieczór dotarliśmy do kwater. Po złożeniu przez dowódcę plutonu meldunku komendantowi, mieliśmy czas wolny. Wtedy oskubaliśmy kury. W parniku do parzenia kartofli ugotowaliśmy je wraz z kaszą. Była to wspaniała kolacja, którą jadł cały oddział wraz z dowództwem. Na deser pokroiliśmy plastry miodu. Każdy otrzymał kawałek. To było coś wspaniałego!

        Jednak w nocy dał o sobie znać skutek przejedzenia. Niektórzy się pochorowali. Bóle brzucha i wymioty dotknęły tych, którzy obżarli się krupnikiem z mięsem, a później zjedli plastry miodu wraz z woskiem. Ja nie miałem żadnych dolegliwości. Miód z plastra wylałem do naczynia z gorącą wodą, zamieszałem i wypiłem. Było to bardzo dobre. Następnego dnia drugi pluton dokonał podobnego zwiadu. Łupem byli dwaj Upowcy, których zadaniem okazało się ustalenie miejsca postoju naszego oddziału i jego stanu osobowego. Taką decyzję po przegranej bitwie podjął dowódca oddziału UPA. Ten zamiar się nie powiódł. Wywiadowcy zostali straceni i pochowani za stodołą, stojącą w pobliżu lasu. Dowództwo postanowiło wzmocnić zabezpieczenie naszej bazy. Moją drużynę włączono do służby wartowniczej w porze nocnej. Tak się złożyło, że jeden z posterunków, pod drzewem, we wcześniej wykopanym okopie, obsadziła nasza drużyna. Była noc. Pochmurno, bardzo ciemno. Służbę objąłem o godzinie 20-tej. Wlazłem do okopu, karabin położyłem na przedpiersiu i wytrzeszczyłem oczy. Zbyt dużo nie widziałem. Wytężyłem słuch. Nic się nie działo. Po pewnym czasie zerwał się wiatr. Bardzo zmarzłem. Wiedząc, że w stodole jest siano, chciałem je przenieść do okopu. Jednak zrezygnowałem z tego. Wyciąłem kawałek porozrywanej ściany zbudowanej z plecionej łozy stodoły, posunąłem siano do dziury i wlazłem w nie.

       Tymczasem wiatr rozpędził chmury. Wyszedł księżyc i oświetlił teren. Zorientowałem się, że przede mną znajduje się grób zlikwidowanych zwiadowców. Obok świeżo nasypanej ziemi rósł duży krzak. Jego cień padał na leżący śnieg. Moje samopoczucie poważnie się pogorszyło. Byłem jednak przygotowany do pełnienia nocnych wart, bo pełniłem je jako harcerz. Jednak miejsce i czas, w których się znalazłem, nie dawały podstaw do dobrego nastroju. Ciepło uśpiło moją czujność. Zacząłem zasypiać. Nagle spostrzegłem dziwne zjawisko. Cień krzaka zaczął się wydłużać, potem się przerwał. Ponieważ odległość od krzaka wynosiła ok. 30 metrów, zjawisko to nie było zbyt wyraźne. Cień czegoś lub coś przesuwało się ku mnie. Co to było, nie wiedziałem. Zrobiło mi się zimno.Powoli podniosłem karabin, skierowałem lufę na to zjawisko i odbezpieczyłem zamek. Szczęk zamka spowodował ruch cienia. Nastąpił skok, to był zając. Serce skoczyło mi do gardła. Pierwszy raz widziałem skradającego się zająca. O takim wypadku, mimo, że często słuchałem opowieści różnych myśliwych, również mojego Ojca, nigdy nie słyszałem. Dobrze, że nie strzeliłem. Powoli się uspokajałem, ale już nie zmrużyłem oka. O tym wydarzeniu opowiedziałem kolegom. Już nikt, pomimo dużego zimna, nie skorzystał z ciepłego siana, a miny wychodzących na wartę były bardzo minorowe.  Fragment wspomnień autora " Wojenne losy" wybrał i wstawił : B. Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 453 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7557460