Urodziłem się 31.10. 1929 r. we Włodzimierzu Wołyńskim z Matki Elżbiety z domu Mojak i Ojca Dominika Demczuka - partyzanta Jazdy Jaworczyków, od 1918 r. kawalerzysty 19 Pułku Ułanów Wołyńskich, utworzonego z Jazdy Jaworczyków pod tym samym dowództwem majora Jaworskiego, podoficera zawodowego 19 Pułku Ułanów (do czasów wojny niemiecko - polskiej w 1939r.). Był dowódcą tajnej grupy AK kolejarzy, twórcą szwadronu 19 Pułku Ułanów i jego późniejszym dowódcą w 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty w latach 1942 - 1944.   Do 1939 r. wraz z rodzicami mieszkaliśmy w Ostrogu nad Horyniem, gdzie Ojciec mój pełnił służbę w stacjonującym tam 19 Pułku Ułanów. Wyjechaliśmy z Ostroga pod koniec 1939 r. do Włodzimierza Wołyńskiego do rodziców Matki. Musieliśmy opuścić mieszkanie, które znajdowało się na terenie koszar, w obawie przed wywiezieniem w głąb Rosji, co było w tym czasie standardowym rozwiązywaniem problemu rodzin wojskowych, wyrzucanych z obrębu koszar przez okupanta sowieckiego.  Do czerwca 1941r. trwała okupacja sowiecka. Mimo dużych trudności, dzięki pomocy rodziny Matki, mogliśmy skromnie żyć. Powrót Ojca i Wujka z niewoli sowieckiej podniósł nasz standard życia. Obaj znaleźli pracę w grupach roboczych wojsk sowieckich na terenie Włodzimierza i okolic. Ja ukończyłem szkołę podstawową, byłem też najbliższym pomocnikiem mojego Dziadka, który parał się rolnictwem. 21.06.1941r. o godzinie 5 rano zaczęła się nowa wojna: niemiecko - rosyjska. Na drugi dzień po zajęciu przez Niemców Włodzimierza, Matka moja wraz z nami, trójką dzieci, stanęła przed plutonem egzekucyjnym SS.

Powód - podczas rewizji w miniaturce samolotu RWD-8 (nagroda za zdobycie przez Ojca 1 miejsca w strzelaniu sportowym w 1938 r.) znaleziono zużyte spłonki od naboi do dubeltówki. Spłonki włożyłem jeszcze w Ostrogu do samolotu podczas zabawy w bombardowanie i zapomniałem o nich. SS-man zażądał od Matki oddania dubeltówki, bijąc Ją i kopiąc, nie mogła jej oddać – gdyż podczas rewizji w naszym mieszkaniu w Ostrogu broń zabrali Rosjanie. Następnie zapędził Ją i nas do dołu w sadzie. Inni SS-mani w podobny sposób przywlekli sąsiadów. W ten sposób duża grupa dorosłych i dzieci stanęła przed plutonem egzekucyjnym. Interwencja starszego oficera (okazało się później, że pochodził ze Śląska z mieszanej rodziny niemiecko-polskiej), który nie pozwolił na egzekucję, uratowała nam życie.

        W tym czasie nie wiedzieliśmy, co stało się z Ojcem i Wujkiem. Po dwóch tygodniach zjawili się w domu. Chowali się u znajomych 10 km. od Włodzimierza. Tak zaczęła się ta nowa okupacja. Atmosfera w mieście powoli się uspokajała. Ojciec i Wujek zarejestrowali się w Arbeitzamcie. Obaj podjęli pracę na kolei, Ojciec jako rewident, a Wujek jako mechanik przy remontach w parowozowni.

        W mieście rozpoczęły się represje wobec Żydów. Dokonywała tego nowopowstała Ukraińska Policja. Represje dotknęły również Polaków: byłych wojskowych, urzędników, nauczycieli itp. Szczęśliwie nie dotknęły naszych rodzin. Sąsiedzi Ukraińcy nie pozwolili na szykanowanie naszych bliskich, ponieważ moi Dziadkowie i Rodzice podczas okupacji sowieckiej pomagali wielu z nich przetrwać ciężkie chwile, lecząc ich i często żywiąc.

        Ja rozpocząłem naukę w szkole mechanicznej, zbudowanej w 1936 r. w celu szkolenia fachowców dla przemysłu zbrojeniowego COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Szkoła była bardzo dobrze wyposażona w podstawowy sprzęt. Posiadała własny agregat prądotwórczy. Kierownictwo niemieckie, nauczyciele i nadzór warsztatów - ukraiński, język podstawowy - ukraiński. Cykl nauki: 4 godziny przedmiotów podstawowych, pozostałe godziny (teoretycznie 4): przedmioty zawodowe - warsztaty. Te zajęcia często poważnie się wydłużały do późnych godzin nocnych. Już w pierwszych dniach mojej pracy na warsztatach na moje zdolności manualne zwrócił uwagę ukraiński instruktor i przekazał swoją opinię kierownikowi Niemcowi. Dobrano jeszcze 4 uczniów o podobnych zdolnościach i utworzono zespół do specjalnych prac pod kierownictwem naszego instruktora, który ściśle współpracował z kierownikiem warsztatów. Zespół wykonywał towary do handlu wymiennego na żywność na potrzeby niemieckiego kierownictwa szkoły, aby ją później wysyłać do rodzin w Niemczech. Zapotrzebowanie na nasze wyroby coraz bardziej rosło. Produkowaliśmy noże, patelnie, zapalniczki, aluminiowe garnki, brytfanny, a nawet maszynki do krojenia tytoniu. Dlatego też nasz czas pracy coraz bardziej się wydłużał, a powrót do domu stawał się utrudniony. Otrzymaliśmy, więc imienne przepustki do poruszania się po mieście wieczorami. Przepustka ta pozwala również na przebywanie w rejonie dworca kolejowego i rampy, gdzie sortowaliśmy złom do przerobu w naszych warsztatach i odlewni metali, w którą szkoła była wyposażona. Ta przepustka w niedługim czasie przydała się do innych celów.Przed Świętami Wielkanocnymi 1943 r. Ojciec zapytał, czy mam jeszcze przepustkę uprawniającą do poruszania się wieczorem w rejonie obiektów wojskowych. Odpowiedziałem twierdząco. Następnego dnia Ojciec wprowadził mnie do pomieszczenia, zajmowanego przez rewidentów kolejowych. Był tam osobnik, którego nie znałem. Zadał mi parę pytań. Następnie zaproponował mi złożenie przyrzeczenia zachowania w tajemnicy zadania, jakie miałem wykonać. Zgodziłem się. Ojciec zagwarantował swoją osobą, że dochowam tajemnicy. Otrzymałem polecenie zaniesienia małej paczuszki w porze wieczorowej tegoż dnia do osoby, której dom znajdował się w pobliżu koszar niemieckich. Sprawa była bardzo pilna. Dom znajdował się pod obserwacją policji.

        Przed wykonaniem tego zadania Ojciec poinformował mnie, że dom ten należy do Wujka, brata mojej Babci, Lucjana Wiśniewskiego, z zawodu szewca. Ten zawód pozwalał mu na kontaktowanie się z różnymi ludźmi, którzy przynosili obuwie do naprawy (była to klasyczna skrzynka kontaktowa). Idąc tam, oprócz ukrytej przesyłki niosłem do naprawy swoje podarte buty. Nie miałem żadnych trudności z dotarciem do domu Wujka. Przesyłkę przekazałem. Jak się zorientowałem, w domu było trzech nieznanych mi mężczyzn. Następnego dnia do domu Wujka wkroczyła policja, jednak nic nie znalazła, jak również nikogo obcego tam nie zastała. Nie zastosowano żadnych represji. Za Wujka wstawił się oficer gospodarczy jednostki wojskowej, stacjonującej w koszarach. Oficer ten często korzystał z usług Wujka, popijając interesy samogonem, który był cichym ubocznym produktem działalności Wujka. Po latach dowiedziałem się, że wytwórnia samogonu była usytuowana w starym rozbitym bunkrze przy samych koszarach, do którego prowadziło ukryte przejście.

        Tak zaczęła się moja działalność konspiracyjna. Zostałem kurierem. Nie byłem wtedy jeszcze zaprzysiężony. Przesyłki odbierałem i przekazywałem nosząc jedzenie dla Ojca w dniach wolnych od zajęć szkolnych. Jak się później dowiedziałem, podobne zadanie wykonywała moja siostra, która nie wiedziała o moich zadaniach kurierskich. O działalności mojej i siostry wiedziała tylko Matka. Podczas moich wędrówek tylko jeden raz przeżyłem moment krytyczny. Mnie i całą moją rodzinę uratował instynkt. Niosąc przesyłkę i jedzenie dla Ojca, musiałem przechodzić koło wartowni „Banszuców” (Policji Kolejowej). Będąc jeszcze skryty żywopłotem, zobaczyłem błysk jakiegoś światła w oknie wartowni oświetlonej słońcem. Coś mnie tknęło. Wyjąłem przesyłkę przechodząc obok żwirowiska zalanego wodą i włożyłem ją pod skarpę, zanurzając w wodzie. Te czynności nie były widoczne z wartowni. Gdy wyszedłem zza żywopłotu i podszedłem do wartowni, wyszli z niej dwaj gestapowcy w czarnych mundurach z psem. Podeszli do mnie, jeden wyrwał mi koszyk. Wyrzucił jedzenie na ziemię, drobiąc je nogą na kawałki. Zrewidowali mnie dokładnie, nawet buty kazali mi zdjąć i z krzykiem żądali odpowiedzi, gdzie to mam. Udawałem, że nic nie rozumiem. Wezwali policjanta z wartowni. Znałem go, bo handlował z moim Ojcem. On był tłumaczem i potwierdził moje słowa, że noszę jedzenie dla Ojca. Drugi gestapowiec ruszył drogą, którą przeszedłem, prowadząc psa, ale pies niczego nie znalazł. Zakończyło się to tak, że dostałem od gestapowca w głowę. Rozbeczałem się, a wtedy oni odeszli, pozostawiając mnie przed wartownią. Incydent ten był sygnałem, że ktoś szpieguje kolejarzy. Na razie jeszcze nie wiedzą, który kolejarz jest w organizacji. Sprawa stała się bardzo poważna. Do tej chwili nie wiedziałem, że mój Ojciec był komendantem konspiracyjnej jednostki kolejowej. Był czerwiec 1943 r. Pod koniec tego miesiąca nastąpiła akcja gestapo, likwidująca kilka ogniw organizacji Samoobrony we Włodzimierzu. Mój Ojciec otrzymał rozkaz opuszczenia miasta i włączenia się w struktury powstającego oddziału partyzanckiego ”Klin”, pod dowództwem „Piotrusia Małego”, st. wachmistrza Władysława Cieślińskiego. We wrześniu powstały zalążki dwóch kompanii oraz zalążek zwiadu konnego, którego twórcą i dowódcą był mój Ojciec. W PARTYZANTCE

        Opuszczenie Włodzimierza odbyło się nocą. Tu działał mój Wujek, Lucjan Wiśniewski, który zorganizował nasz przerzut prze linie straży wartowniczej. Było nas pięcioro. W niewielkiej odległości od naszego przejścia czekał wóz, którym zawieziono nas do zabudowań rodziny Wyszomirskich we wsi Spaszczyzna. Tam nas nakarmiono i przenocowano. Za dnia dotarliśmy do chutoru Klin. Dwa dni później ja i inni nowoprzybyli ,a była nas spora grupka, w obecności księdza Kobyłeckiego i dowódców, zostaliśmy zaprzysiężeni i ochrzczeni pseudonimami, jakie sami wybraliśmy. Każdy z nas pod rotą przysięgi złożył swój podpis w pseudonimie. Ja zostałem zaprzysiężony jako ”Szpak”. Moją funkcją w oddziale była nadal funkcja łącznika (kuriera). W ciągu dwóch miesięcy czterokrotnie docierałem do Wujka Wiśniewskiego, dostarczając mu meldunki i informacje, jak również odbierając od niego meldunki, a dwukrotnie broń krótką, kupioną od żołnierzy węgierskich, przychylnych Polakom. Przez posterunki przechodziłem jako syn przekupki, idącej na targ. Za przepustkę ofiarowano wartownikom datki w postaci słoniny, kiełbasy lub samogonu. U Wujka zawsze nakarmiono mnie do syta. Tam też się kąpałem, a Ciocia prała moją bieliznę. Tylko raz dotarłem do domu, gdzie w tajemnicy przed obcymi spotkałem się z rodziną.

        W oddziale w początkowym okresie czas spędzaliśmy na ćwiczeniach, musztra i obchodzenie się z bronią. Takich wojaków jak ja, mających poniżej 17 lat, było sześciu. Ja byłem najmłodszy, miałem wtedy niecałe 14 lat. Kolegowałem się ze starszym ode mnie Józkiem Czerwińskim, późniejszym autorem książki „Z Wołyńskich lasów na Berliński Szlak ”. Obaj zostaliśmy po wojnie uznani za Synów Pułku. Spotykaliśmy się na zjazdach naszej Dywizji i zlotach Synów Pułku. Józef zmarł w 1998 roku. Zostałem partyzantem w pierwszym plutonie. Ponieważ oddział szybko się rozrastał, przenieśliśmy się do Kolonii Liski. Tam otrzymałem karabin Mauzer. Zadaniem oddziału była ochrona polskich wsi przed napadami band UPA, jak również zdobywanie broni dla rozrastającego się oddziału. Podjęto decyzję zdobycia jej na Niemcach. W nocy na drodze Uściług - Włodzimierz zorganizowaliśmy zasadzkę. Rozłożyliśmy się po obu stronach drogi i zaatakowaliśmy samochód z żołnierzami niemieckimi, żołnierzy rozbroiliśmy. Uradowani nie zwróciliśmy uwagi na nadjeżdżający po ciemku drugi samochód niemiecki, który otworzył do nas ogień. Zginął wtedy bliski kolega mojej siostry Wacek Zieliński „ Sokół”. Po otworzeniu przez nas ognia udało się nam wycofać bez dalszych ofiar. Była to pierwsza ofiara w naszym oddziale.” Sokół” został pośmiertnie awansowany do stopnia kaprala. W tej akcji zdobyliśmy osiem pistoletów maszynowych i dwa karabiny, a także skrzynkę granatów. Po powrocie zmieniliśmy zakwaterowanie. Oddział przeniesiono do wsi Sieliska. To była wieś polska, gospodarze opuścili ją po zamordowaniu przez bandę UPA kilku mieszkańców. Wieś była naszą kwaterą do dnia włączenia oddziału do 23 Pułku 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK w styczniu 1944r.

        Takich oddziałów jak nasz na terenie Wołynia było wiele. Plan Rządu Rzeczpospolitej Polskiej (podziemnej) oraz dowództwa AK przewidywał stworzenie sił zbrojnych na rubieży Polski. Nie przewidziano jednak samoobrony ludności polskiej przeciw mordom, szerzonym przez nacjonalistów ukraińskich. Nie przewidziano tragedii społeczeństwa polskiej wsi. Nie przewidziano tego, że takie dzieci jak ja będą walczyć o życie swoje i życie społeczności polskiej. Jednak taka walka się zaczęła. Oddział, przeciwdziałając terrorowi, wsławił się w kilku bojowych akcjach przeciwko Banderowcom. To zjednało mu przychylność społeczności polskiej, zamieszkałej w okolicznych wsiach. Przejawy tej przychylności odczuliśmy w dostawach produktów żywnościowych, odzieży i obuwia, jak również koni. Jedną z pamiętnych akcji była obrona wsi Pisażowa Wola przed napaścią pijanej bandy UPA. Banda ta po drodze wymordowała mieszkańców czterech polskich zagród, leżących w pewnej odległości od samej wioski. Były to pierwsze dni listopada. Zostaliśmy powiadomieni przez łącznika samoobrony tejże wsi o przewidywanym napadzie. Wiadomość tę dostarczyli samoobronie znajomi Ukraińcy. Natychmiast po otrzymaniu meldunku wieczorem, poderwano cały oddział. Wyruszyliśmy, prowadzeni przez łącznika. Przed świtem dotarliśmy na miejsce. Dużo wcześniej przed nami dotarli nasi ułani, z moim Ojcem na czele. Nasz oddział wraz z kawalerzystami liczył 50 ludzi. Natychmiast zajęliśmy stanowiska bojowe. W tym czasie kobiety z wioski przynosiły nam gorące picie i jedzenie. Nasze stanowiska były dobrze ukryte. We wsi przebiegała normalna praca. To zmyliło Banderowców. Bez przygotowania, prosto z marszu, jadąc furmankami od strony lasu chcieli wjechać do wioski. Furmanek było kilkanaście. W każdej po kilku ludzi. Siła bardzo duża. Nie spodziewali się takiego powitania, jakie im zgotowaliśmy. Bój trwał zaledwie pół godziny. Zdobyliśmy osiem wozów, dwadzieścia cztery karabiny i jeden ręczny karabin maszynowy. Jednym z ważniejszych łupów był wóz amunicyjny. Dla Banderowców było to bardzo bolesne zaskoczenie. Okazało się, że nasza siła ognia była nie tylko duża, ale też bardzo celna. Atak kawalerzystów z boku dopełnił rozmiarów klęski. Skutek byłby jeszcze większy, gdyby kolumna wozów nie była tak rozciągnięta. Zginęło 32 bandytów. Ta nauczka, jaką otrzymali bandyci, wzmocniła morale społeczności polskiej.

        Część broni dowódca przekazał placówce samoobrony. Po naszej stronie rannych było pięć osób, dwóch z naszego oddziału. Powrót był wspaniały. Zdobyte furmanki przywiozły nas do miejsca postoju. Zachowywaliśmy się jak w amoku, przekrzykując się nawzajem w komentarzach o tej zwycięskiej bitwie. Kiedy nocą szliśmy do wsi, myślałem o walce. Myślałem również, co by było, gdybym został ranny. Przed bitwą, gdy zobaczyłem nadjeżdżające wozy, wypełnione ludźmi z bronią, serce zaczęło mi bić mocniej, ale z chwilą otwarcia ognia już o niczym nie myślałem, tylko starałem się dokładnie celować. Ponieważ wszyscy strzelali, stwierdzenie, kto trafił było niemożliwe. Byli jednak tacy, którzy twierdzili, że to oni zabili kilku bandytów. Wstrząsem był dla mnie widok tylu zabitych, a jeszcze większym, dobijanie rannych. To przeżyłem bardzo i z niesmakiem. Wiem, że był to odwet za bestialskie morderstwa niewinnych ludzi.

        Dwa dni później otrzymaliśmy zadanie przeprowadzenia rozpoznania okolic rejonu wsi, w której stoczyliśmy zwycięską bitwę. Ruszyliśmy całym plutonem w kierunku zniszczonych dwóch polskich wsi. Po spenetrowaniu pierwszej z nich musieliśmy przejść przez las do następnej. Wtedy nasza szpica zameldowała, że w lesie przemieszcza się oddział UPA w liczbie 25 osób. Dowódca natychmiast rozkazał przygotować zasadzkę. Otwarcie przez nas ognia z odległości 50 metrów spowodowało wśród banderowców tak duży popłoch, że niektórzy z nich porzucili broń, uciekając w głąb lasu. Zginęło 6-ciu bandytów. Zdobyliśmy 10 karabinów. Ilu z nich zostało rannych, nie wiem. Nikt z naszego oddziału nie odniósł obrażeń. Ruszyliśmy dalej. Przechodząc przez częściowo spaloną wieś, do której prawdopodobnie zmierzali banderowcy, natknęliśmy się na poprzewracane ule. Z jednego wyciekał miód. Otworzyliśmy ul. Wyjęliśmy ramki, wypełnione miodem, obłożyliśmy je znalezionym papierem i szmatami. Idąc dalej, zobaczyliśmy kilka kur. Wróciliśmy do oddziału, składając dowódcy meldunek o znaleziskach. Ten rozdzielił zadania, kto ma nieść zdobytą broń, kto miód, a kto ma złapać kury i je nieść. Ja niosłem miód, pełne cztery ramki, zawinięte i ulokowane w worku. Pod wieczór dotarliśmy do kwater. Po złożeniu przez dowódcę plutonu meldunku komendantowi, mieliśmy czas wolny. Wtedy oskubaliśmy kury. W parniku do parzenia kartofli ugotowaliśmy je wraz z kaszą. Była to wspaniała kolacja, którą jadł cały oddział wraz z dowództwem. Na deser pokroiliśmy plastry miodu. Każdy otrzymał kawałek. To było coś wspaniałego!

        Jednak w nocy dał o sobie znać skutek przejedzenia. Niektórzy się pochorowali. Bóle brzucha i wymioty dotknęły tych, którzy obżarli się krupnikiem z mięsem, a później zjedli plastry miodu wraz z woskiem. Ja nie miałem żadnych dolegliwości. Miód z plastra wylałem do naczynia z gorącą wodą, zamieszałem i wypiłem. Było to bardzo dobre. Następnego dnia drugi pluton dokonał podobnego zwiadu. Łupem byli dwaj Upowcy, których zadaniem okazało się ustalenie miejsca postoju naszego oddziału i jego stanu osobowego. Taką decyzję po przegranej bitwie podjął dowódca oddziału UPA. Ten zamiar się nie powiódł. Wywiadowcy zostali straceni i pochowani za stodołą, stojącą w pobliżu lasu. Dowództwo postanowiło wzmocnić zabezpieczenie naszej bazy. Moją drużynę włączono do służby wartowniczej w porze nocnej. Tak się złożyło, że jeden z posterunków, pod drzewem, we wcześniej wykopanym okopie, obsadziła nasza drużyna. Była noc. Pochmurno, bardzo ciemno. Służbę objąłem o godzinie 20-tej. Wlazłem do okopu, karabin położyłem na przedpiersiu i wytrzeszczyłem oczy. Zbyt dużo nie widziałem. Wytężyłem słuch. Nic się nie działo. Po pewnym czasie zerwał się wiatr. Bardzo zmarzłem. Wiedząc, że w stodole jest siano, chciałem je przenieść do okopu. Jednak zrezygnowałem z tego. Wyciąłem kawałek porozrywanej ściany zbudowanej z plecionej łozy stodoły, posunąłem siano do dziury i wlazłem w nie.

       Tymczasem wiatr rozpędził chmury. Wyszedł księżyc i oświetlił teren. Zorientowałem się, że przede mną znajduje się grób zlikwidowanych zwiadowców. Obok świeżo nasypanej ziemi rósł duży krzak. Jego cień padał na leżący śnieg. Moje samopoczucie poważnie się pogorszyło. Byłem jednak przygotowany do pełnienia nocnych wart, bo pełniłem je jako harcerz. Jednak miejsce i czas, w których się znalazłem, nie dawały podstaw do dobrego nastroju. Ciepło uśpiło moją czujność. Zacząłem zasypiać. Nagle spostrzegłem dziwne zjawisko. Cień krzaka zaczął się wydłużać, potem się przerwał. Ponieważ odległość od krzaka wynosiła ok. 30 metrów, zjawisko to nie było zbyt wyraźne. Cień czegoś lub coś przesuwało się ku mnie. Co to było, nie wiedziałem. Zrobiło mi się zimno.Powoli podniosłem karabin, skierowałem lufę na to zjawisko i odbezpieczyłem zamek. Szczęk zamka spowodował ruch cienia. Nastąpił skok, to był zając. Serce skoczyło mi do gardła. Pierwszy raz widziałem skradającego się zająca. O takim wypadku, mimo, że często słuchałem opowieści różnych myśliwych, również mojego Ojca, nigdy nie słyszałem. Dobrze, że nie strzeliłem. Powoli się uspokajałem, ale już nie zmrużyłem oka. O tym wydarzeniu opowiedziałem kolegom. Już nikt, pomimo dużego zimna, nie skorzystał z ciepłego siana, a miny wychodzących na wartę były bardzo minorowe.

        Drugą ciekawą wartę miałem dwa dni później. Posterunek wartowniczy umiejscowiony był przy chacie, zajmowanej przez ułanów. Chaty wiejskie w tych okolicach były zabezpieczone przed zimnem, ogacone. Było to obłożenie ścian wokół domu do wysokości około metra obornikiem lub słomą. Ściany budowane były z obłożonej gliną plecionki, dlatego docieplanie było koniecznością. Podszedłem do chaty i oparłem się o zagatę przy oknie. Obserwując wyznaczony teren, słuchałem kawałów, jakie opowiadał kapral Kordecki. Był to osobnik najmniejszego wśród ułanów wzrostu, miał największego konia i kapitalne poczucie humoru, po prostu wesołek szwadronu. Nagle poczułem, że ktoś mi się przygląda. Odwróciłem głowę i zobaczyłem wielkiego psa. Odruchowo skierowałem karabin w jego stronę, a pies (później okazało się, że to był wilk) odwrócił się i pomknął w noc. Ale na tym nie koniec. Po paru minutach usłyszałem trzask, jakby ktoś szedł, łamiąc gałęzie. Padłem na ziemię krzycząc „Stój, kto idzie!” Na mój krzyk zareagowali ułani. Uzbrojeni wybiegli z chaty. Błyskawicznie zajęli stanowiska obronne. Nic się nie działo - cisza. Dwóch ułanów, czołgając się w kierunku wskazanym przeze mnie, zniknęło w ciemnościach. Nagle usłyszeliśmy harmider i psi skowyt. Później wszystko ucichło. Ułani wrócili cali, zdrowi i uśmiechnięci od ucha do ucha. Okazało się, że łamanie gałęzi było łamaniem kości w wilczych zębach. Stado wilków podeszło pod wysypisko śmieci, aby zdobyć coś do jedzenia i doszło między nimi do walki o zdobycz stąd był ten harmider. W rezultacie tego wydarzenia komendant udzielił ostrej nagany całej kadrze dowódczej. Nastąpiła zmiana sposobu pozbywania się odpadów żywnościowych, zaczęto je wywozić do odległego o kilometr jaru. Zdarzył się wypadek bawiąc się zdobycznym pistoletem, jeden z kolegów pociągnął za spust. Pistolet nie był zabezpieczony i wystrzelił. Pocisk ranił w nogę kucharza. Nie miał go, kto zastąpić.Ponieważ każdy z szeregowych partyzantów miewał służbę pomocniczą w kuchni i w stołówce, o jakości pracy poszczególnych osób kucharz miał wyrobione zdanie. Gdy komendant zapytał kucharza, kto mógłby przez kilka dni poprowadzić kuchnię, ten wskazał na mnie i jako mojego pomocnika kompanijną ciurę, po prostu nieudacznika. Był to ogólnie zwany głupi Jasio. Taki wybór bardzo mi się nie podobał. Jednak popierająca postawa mojego Ojca zadecydowała o rozkazie dowódcy, powołującym mnie na to wakujące stanowisko. Objąłem je z niechęcią. Następnego dnia była niedziela. Postanowiliśmy z Jasiem upitrasić coś dobrego. Pierwsze danie fasolówka na boczku. Drugie danie kluski z boczkiem, ugotowanym w zupie. Zaczęliśmy od zupy. Fasola nie chciała się prędko ugotować, bo nie miałem pojęcia, że trzeba ją było wcześniej namoczyć. Jednak mimo obaw, że nie zdążymy z obiadem na czas udało się. Fasola była lekko niedogotowana. Drugi kłopot powstał przy produkcji makaronu. Ciasto wyszło dobre. Rozwałkowaliśmy je butelkami. Placki były duże. Ułożyliśmy je jeden na drugim. Chciałem je kroić a tu kłopot. Placki się skleiły. Nie wiedziałem, że gotowe placki trzeba było posypać mąką. Musieliśmy zacząć od nowa. Czas biegł nieubłaganie. Zaczęliśmy się denerwować. Uratował nas podział pracy. Janek wałkował, ja kroiłem i gotowałem. Przy wykończeniu, zesmażeniu skwarek, pokrojeniu ugotowanego boczku i pokrojeniu chleba pomogli nam koledzy z mojej drużyny. Wszystko przebiegło bez żadnej wpadki. W wyznaczonym rozkazem czasie do kuchni weszli na kontrolę komendant z dowódcami, również mój Ojciec. Kiedy wchodzili, usłyszałem żarty z mojej osoby i zdarzenia z wilkami. W podtekście przygotowane przez nas jedzenie miało poprawić kondycję wilków. Po spróbowaniu posiłku zobaczyliśmy zaskoczenie i zdziwienie szczególnie zobaczyłem to u mojego Ojca z powodu dobrej jakości potraw. A także z powodu pracowitości, jaką musieliśmy się wykazać, przygotowując posiłek. Próbna degustacja kadry dowódczej wypadła pozytywnie. To, co po zjedzeniu mówili o nas, a zwłaszcza o Jasiu, nasi koledzy, sprawiło nam dużo radości. Wszyscy wszystko zjedli i wydali werdykt, abym na stałe został kucharzem. Ja się wściekłem, naubliżałem kolegom i nawet dowódcy drużyny. Powiedziałem Ojcu, co o tym myślę. Później zrozumiałem intencję Ojca. Chodziło mu o bezpieczeństwo i ochronę syna. Ja jednak, wysuwając argumenty przeciwko zamiarom Ojca, wyciągnąłem Jego życiorys, gdy będąc małolatem walczył w oddziale partyzanckim majora Jaworskiego w 1916 roku. Dziadek jako dobosz wojskowy walczył w pułku kozaków w Azji. Argumenty pomogły. Ojciec poparł u komendanta moją chęć powrotu do drużyny. Funkcję kucharza owocnie pełniłem przez 10 dni. Potem ja wróciłem do drużyny, a Jasio na stałe został pomocnikiem kucharza, a podczas choroby szefa sam przyrządzał jedzenie. Odtąd wszyscy go chwalili, bo był w tym dobry.

        W drugi dzień Świąt nasza drużyna wyruszyła na patrol w kierunku opuszczonych przez Polaków wsi. Otrzymaliśmy dużo amunicji. Niektórym wymieniono karabiny na nowe. Broń kupiono u Węgrów, służących w armii niemieckiej. Dużo broni przywiózł niemiecki podoficer, który uciekł z Włodzimierza. Okazało się później, że był to oficer rosyjski (szpieg), znający doskonale język niemiecki. Chciał dotrzeć do partyzantki rosyjskiej, nasze dowództwo umożliwiło mu to. Spenetrowaliśmy dwie wsie. Nic i nikogo tam nie zastaliśmy. Wracając, zboczyliśmy nieco na prawo od wytyczonej trasy i weszliśmy do małej osady, leżącej niedaleko lasu. Byłem z kolegą Jankiem Mulakiem w szpicy patrolu. Mieliśmy już wracać na wytyczoną przez dowódcę trasę, gdy ujrzeliśmy ślady na śniegu. Były to ślady z poprzedniego dnia, zasypane padającym w nocy śniegiem. Skradając się powolutku po śladach dotarliśmy do niewielkiego pagórka na skraju lasu. Okazało się, że był to schron. Ślady urywały się w zagłębieniu. Rozgarnąłem śnieg kijem. Zobaczyliśmy pokrywę. Udało się ją podnieść. Krzycząc, kazaliśmy wyjść człowiekowi, który się tam schował. Groziliśmy, że wrzucimy do środka granat, choć wcale go nie mieliśmy. Po chwili usłyszeliśmy ruch. Z otworu wyłaził obdarty człowiek, a za nim płaczący chłopak. Ojciec i syn. To byli Żydzi. Uciekli z Włodzimierza przed łapanką do znajomych Polaków na wieś. Jednak Polacy opuścili swoje domostwo, a oni nie chcieli z nimi odejść. Byli zabezpieczeni w żywność i ukrywali się w tej ziemiance. Jednak żywność się skończyła. Ojciec wyszedł szukać czegoś do zjedzenia. Nic nie znalazł, ale zostawił ślady, po których trafiliśmy do ziemianki. Zapytaliśmy, czy bali się wyjść. Ojciec odpowiedział, że tak, jednak wyszedł, bo usłyszał polską mowę. Syn bał się znacznie bardziej. Doprowadziliśmy znalezionych do drużyny. Dowódca, wypytawszy ich, kazał im iść z nami. Nasz oddział powiększył się o dwóch ludzi. Okazało się, że starszy Żyd był znakomitym garbarzem. Został przydzielony do szwadronu Ojca. Od razu wziął się za wyprawianie skór, którymi były wykładane produkowane w warsztacie szwadronu siodła. Jego syn Icek, jak go wszyscy nazywali, choć na imię miał Chaim, pomagał w kuchni oraz opiekował się koniem Ojca, a później także moim. Zaprzyjaźniliśmy się. Był ode mnie starszy o dwa lata. Nasze drogi w zawierusze wojennej się rozeszły, choć w 1944 roku w Lublinie nastąpiło ciekawe spotkanie.

        Kończył się 1943 rok. Na terenie powiatów Kowelskiego i Włodzimierskiego formowała się 27 Wołyńska Dywizja Piechoty. Kowelskie zgrupowanie nazwano „Gromadą”, a Włodzimierskie – „Osnową”:. W skład tych zgrupowań weszły wszystkie oddziały AK z całego województwa. Nasz oddział „Piotrusia Małego” zmienił nazwę na kompanię 1 batalionu 23 Pułku Piechoty. Kompania składała się z dwóch plutonów. Dowódcą kompanii był „Piotruś” Wacław Czerwiński, który awansował do stopnia podporucznika. Stan osobowy kompanii wynosił 120 ludzi. Zwiad konny pod dowództwem mojego Ojca awansowanego do stopnia chorążego zmienił nazwę na Szwadron 19 Pułku Ułanów – „Krwawi Tatarzy” i wyodrębnił się z oddziału „Piotrusia”. Liczebność szwadronu - 60 koni. Zmieniła się jego lokalizacja na wieś Bielin, gdzie mieścił się sztab 23 Pułku Piechoty ”Osnowa” pod dowództwem porucznika ”Bogorii-Białego„- Sylwestra Brokowskiego. Niespodzianką dla mnie i to przyjemną był mój awans na starszego strzelca. Miałem wtedy 15 lat.

               W 27 WOŁYŃSKIEJ DYWIZJI PIECHOTY

        Stan osobowy naszej kompanii powiększył się znacznie. Nie mieściliśmy się w dotychczasowych pomieszczeniach wsi Sieliska. Decyzją dowódcy pierwszy pluton przeniósł się do majątku, znajdującego się w odległości niecałego kilometra. Obok majątku znajdował się cmentarz i mała kapliczka. Po ulokowaniu się naszego plutonu w pomieszczeniach majątku podzielono strefy nadzoru dla poszczególnych drużyn oraz ustalono miejsca wartownicze. Tak się złożyło, że jedno z nich ulokowano na cmentarzu. Nasz dowódca, sierżant „Karaś”, otrzymał rozkaz wystawienia nocnej warty. Ten zaszczyt przypadł naszej drużynie. Ja jak zwykle objąłem wartę o godzinie 20-tej. Było pochmurno i ciemno. Stanowisko na cmentarzu było jednym z najgorszych. Cmentarz był położony na górce. Wiało ze wszystkich stron, choć koledzy pełniący wartę przede mną wymościli „gniazdko”. Było jednak bardzo zimno i nieprzyjemnie. Po godzinie (warta trwała 2 godziny) chmury zaczęły się przerzedzać. Księżyc wynurzył się zza chmur. Wiatr był coraz mocniejszy. Drzewa zaczęły się mocno kołysać. Cmentarz ożył różnymi odgłosami. Nagle zobaczyłem poruszającego się człowieka. Przetarłem oczy, obraz się nie zmienił. W świetle księżyca ujrzałem wyraźnie stojącą w odległości około 50 m. postać w hełmie. Postać poruszyła się. Zabrzęczała manierka. Krzyknąłem: „Stój, kto idzie? Hasło!” Było już ciemno, a księżyc schował się za chmury. Ponieważ nie usłyszałem odpowiedzi, wycelowałem w majaczący kształt i strzeliłem. Mój strzał spowodował alarm. Bardzo szybko przyczołgał się do mnie dowódca drużyny. Wsunął się do gniazdka z pytaniem ”Co, jest?” Ja palcem wskazałem to, do czego strzeliłem. On zduszonym szeptem zawołał ”Strzelaj!” Nie strzeliłem, bo nagle domyśliłem się, co to jest. Był to grób niemiecki. Krzyż z daszkiem, na którym był powieszony metalowy wieniec. Na krzyżu u góry zawieszone było nakrycie głowy. Obok rosła brzoza, a jej cień padał na grób. Wiatr poruszał gałęziami. Powodowało to poruszanie się tej „istoty”. Metaliczny dźwięk wianka kojarzył się z dźwiękiem manierki. To był ten wojownik, do którego strzeliłem. Całą kompanię postawiłem na nogi. Koledzy śmiali się, że strzelałem do ducha. Moja riposta była krótka: „Pójdziesz tam na wartę, to zobaczysz niejednego ducha”. Mój dowódca stwierdził, że stanowisko wartownicze zostało wybrane niefortunnie. Przeniesiono je o 200 m. do kapliczki.

        Po raz trzeci przytrafiła mi się taka ciekawa i nie za bardzo przyjemna warta. Wszyscy stwierdzili, że należy mnie zawsze przeznaczać do testowania nowo tworzonych stanowisk wartowniczych. Mimo tych humorystycznych uwag ustalono na przyszłość, że drużyny obejmujące wartę muszą za dnia obejrzeć stanowisko wartownicze i obserwowane przedpole, aby w nocy wiedzieć, co się gdzie znajduje. Dywizja była usytuowana na zapleczu frontu niemiecko - rosyjskiego. Trwała ofensywa wojsk radzieckich. Pierwsze jednostki dotarły już w okolice Łucka i posuwały się w kierunku Kowla, ok. 60 km od naszej bazy. Dowództwo niemieckie wydzieliło specjalne jednostki, w skład których wchodziły też jednostki węgierskie. Miały one za zadanie zlikwidowanie naszej dywizji. Ponieważ do współdziałania z Niemcami włączyły się również ugrupowania UPA, siły te znacznie przewyższały nasze.

        Styczeń zaczął się początkiem ataków wojsk niemieckich. Do akcji zostały włączone artyleria, czołgi i lotnictwo. To już nie była wojna partyzancka, lecz regularna walka na froncie długości 100 km. Zima zaczęła się mocno dawać we znaki. Intensywne opady śniegu przyhamowały działania UPA i Niemców, ale także i nasze, w tym czasie przechodziliśmy całkowitą reorganizację. Z polecenia dowódcy „Osnowy”, porucznika „Białego”, zaczęto wysyłać łączników do Włodzimierza w celu rozpoznania sytuacji w mieście, które podobno opuściły niemieckie jednostki wojskowe. Ponieważ dwukrotnie byłem łącznikiem, otrzymałem zadanie przeniesienia pism do dowództwa Organizacji Podziemnej we Włodzimierzu oraz odebrania odpowiedzi.

        Wyruszyliśmy z Bielina. Było nas trzech. W nocy dotarliśmy do Wodzianowa ,wieś położona 5 km od celu. Tam przenocowaliśmy. Rano, jak w poprzednich eskapadach, jako tragarze zboża, wraz z przekupkami idącymi na targ do Włodzimierza przekroczyliśmy posterunek niemiecki bez żadnych kłopotów. Dary dla wartowników też zrobiły swoje. Po dostarczeniu ładunku do miejsca przeznaczenia pozostawiłem kobiety i udałem się do punktu łącznikowego, którym był jak poprzednio dom mojego wujka. Przyjęty zostałem serdecznie. Oddałem listy. Kazano mi czekać na odpowiedź dwa dni. Ciocia ugotowała dla czteroosobowej rodziny wspaniałą grochówkę. Jak się do niej dobrałem, to sam zjadłem wszystko. Ten wyczyn wywołał wśród domowników mnóstwo śmiesznych uwag pod moim adresem. Jedynie Ciotka jak lwica stanęła w mojej obronie.

        Następnego dnia dotarłem do dziadków. Sprawiłem im wielką radość i niespodziankę. Wujek dał mi ciepłe buty, rękawice oraz ciepłą czapkę z nausznikami, a babcia ciepłą bieliznę. Na noc wróciłem do wujostwa. Rano otrzymałem przesyłkę i polecenie dostarczenia jej do Dowództwa Zgrupowania. Przejście przez punkt kontrolny odbyło się bez problemu: jechałem jako pomocnik doktora do ciężko chorego. Doktor miał odpowiednie dokumenty. Zadanie wykonałem i powróciłem do swojej jednostki.

        Parę dni później cały batalion poderwał alarm. Wyruszyliśmy saniami w kierunku Włodzimierza. Była wtedy bardzo paskudna pogoda. Padał gęsty śnieg. Później powiał silny wiatr. Zawieja była tak duża, że sanie musiały jechać bardzo blisko siebie, żeby się nie pogubić. Po drodze wyjaśniło się, że mamy zaatakować Włodzimierz - takie uzgodnienia zapadły między naszym dowództwem, a jednostkami konspiracyjnymi, zgrupowanymi we Włodzimierzu. Chciano wykorzystać słabość znajdujących się tam jednostek niemieckich i ukraińskich. Do przedmieścia Włodzimierza dojechaliśmy w nocy. Postój kolumny miał miejsce w budynku cegielni, w odległości 2 km od centrum miasta. Cegielnia była bardzo blisko koszar. Jednak rano do akcji na Włodzimierz nie doszło. Zmieniono cel ataku. Była nim baza UPA, we wsi Gnojno, 5 km od naszego postoju. Po drodze zdobyliśmy wieś Ludmipol, jednak akcja ta zaalarmowała bazę w Gnojnie. Gdy z marszu zaatakowaliśmy Gnojno, przywitał nas huraganowy ogień ciężkiej broni maszynowej i granatników, rozmieszczonych w dobrze ufortyfikowanych budynkach. Nasze natarcie załamało się. Zalegliśmy na otwartej przestrzeni, pod ciągłym ogniem. Z kolegą schroniliśmy się za zamarzniętą kupą gnoju. Ogień ukraiński nie był zbyt celny. Powodem tego była zadymka. Pod wieczór przejaśniło się. Wtedy kolega był to żołnierz kompanii „Lecha” otrzymał postrzał w nogę z karabinu maszynowego. Ból spowodował chęć ucieczki spod ognia. Jednak druga seria przeszła mu przez pierś. Upadł na mnie. Chciałem wyczołgać się spod zwłok, bo jego krew zalewała mi twarz. Nagle nastąpił wybuch. Straciłem przytomność. Jak długo leżałem, nie wiem. Gdy się ocknąłem było bardzo zimno i ciemno. Byłem przygnieciony poszarpanym ciałem i gnojem zmieszanym z ziemią.Pocisk z granatnika uderzył od strony martwego kolegi. Odłamki ugodziły w zabitego. Jego ciało osłoniło mnie, a ziemia i gnój przykryły nas na tyle skutecznie, że nie zostałem zauważony przez Ukraińców. Byłem żywy i w dodatku cały. Ogłuszony, nic nie słyszałem, nie byłem świadom, co robię. Może to mnie uratowało. Udało mi się wyczołgać spod trupa. Wziąłem swój karabin i ruszyłem w drogę. Mój dobry Anioł Stróż widocznie mnie prowadził w dobrym kierunku. Powoli oddalałem się od atakowanej przez nas wsi, była noc, padał śnieg, wiatr w porywach powodował zamieć. Nogi mi się zapadały. Buty, które dostałem od wujka, znakomicie zdały egzamin. Tak samo ciepła odzież, którą otrzymałem od babci. Najprawdopodobniej one mnie uratowały przed zaziębieniem. Jak długo szedłem nie wiem. Świt zastał mnie na drodze. Nie wiedziałem, dokąd ona prowadzi. Doszedłem do zniszczonej chaty i tam się zatrzymałem. Po kilkunastu minutach zobaczyłem jadące powoli sanie z dwiema osobami. Czekałem z gotowym do strzału karabinem. Gdy sanie się zbliżyły, ujrzałem woźnicę w rogatywce na głowie. Wyszedłem na drogę i zacząłem wołać. Byłem jednak tak słaby, że upadłem w śnieg. Dalej nic już nie słyszałem. Poczułem, że mnie podnoszą. Na mundurach i bluzach nosiliśmy proporczyki godło oddziału „Piotrusia”. Naszym sztandarem był proporzec o nazwie Klin Św. Jerzego. Był to wydłużony trójkąt koloru niebieskiego z obustronnym haftem: z jednej strony był napis „Klin Św. Jerzego”, a z drugiej biały orzeł na czerwonym tle oraz trzy litery: P.O.P, Polski Oddział Partyzancki. Proporzec był poświęcony przez księdza w 1943 r. Na ten sztandar składaliśmy przysięgę. Jak się później dowiedziałem, to właśnie dzięki tym proporczykom zaopiekowało się mną dwóch żołnierzy z oddziału „Bomby”. Jechali do wsi Rzewózki, leżącej niedaleko Dominopola.

        Wygląd mój i głuchota spowodowały przekazanie mnie do szpitala polowego. Tam w ciągu trzech dni wróciłem do równowagi i częściowo odzyskałem słuch. Nareszcie mogłem się dogadać i opowiedzieć swoje przeżycia spod Gnojna. Chciałem natychmiast wracać do swoich. Jednak lekarz i dowódca jednostki, kapitan ”Bomba” Władysław Kochański, nie zezwolili na mój wyjazd. Dzień później dowiedziałem się, że zostałem uznany za zaginionego, a następnie za zabitego. Odbyła się msza za poległych, podczas której wymieniono moje nazwisko. Pochowano trzech kolegów. Ja także zostałem formalnie pochowany. Wynikało to z relacji świadków, a zwłaszcza tego, który znalazł broń mojego zabitego kolegi. Fakt uznania mnie za poległego spowodował zmiany w mojej dalszej działalności partyzanckiej.  Wiadomość o uznaniu mnie za poległego spowodowała, że otrzymałem zgodę na oddalenie się z oddziału Bomby. Skorzystałem z transportu łącznikowego, jadącego do Bielina i wyruszyłem w drogę do swojego oddziału. Przejazd trwał dwa dni. Na miejsce dotarliśmy szczęśliwie.

        Pierwsze kroki skierowałem do ojca. Była radość, były łzy. Było też postanowienie ojca o przeniesieniu mnie do szwadronu. Natychmiast wystąpił z takim raportem do dowództwa. Pomógł mój pogarszający się stan zdrowia. Zachorowałem na zapalenie płuc. Przeżycia, jakich doświadczyłem, załamały mój organizm. Zanim położono mnie do łóżka, poszedłem zobaczyć się z mamą. O moim ocaleniu została uprzedzona przez siostrę sanitariuszkę w szpitalu polowym w Bielinie. Moją wizytę Mama przyjęła bardzo spokojnie. Nic nie wskazywało na przyszłe załamanie psychiczne. Gdy już leżałem w szpitalu, siostra powiedziała mi o apatii, w jaką wpadła mama. Lekarz stwierdził zator psychiczny, który po dwóch tygodniach szczęśliwie ustąpił. Tymczasem wydobrzałem, mogłem pełnić służbę pomocniczą i wartowniczą w szwadronie. Zostałem ułanem w1 plutonie pod dowództwem wachmistrza” Łęka „ Eugeniusza Grycerskiego. Zaczął się nowy rozdział mojego życia i mojej wojaczki. Szwadron 19 Pułku Ułanów pod nowym dowództwem podporucznika „Jarosława” Longina Dąbek - Dębickiego, składał się z trzech plutonów i liczył 150 osób. Dotychczasowy dowódca szwadronu, chorąży ”Ryś” Dominik Demczuk, został jego zastępcą.

        Żołnierze byli w pełni uzbrojeni. W początkowej fazie organizacji broń była bardzo różna. Obecnie mieli broń najlepszą, ze zrzutów. Szwadron był oczkiem w głowie dowództwa Zgrupowania. Siła jego ognia była bardzo duża. Nie brakowało koni. Społeczność polska na Wołyniu przekazywała jako dary bardzo dobre wierzchowce. Część koni była kupowana za dolary, którymi dysponował dywizyjny skarbnik. Otrzymałem kompletne umundurowanie, nową broń i konia z pełnym rynsztunkiem. Siodło własnej produkcji, wykonane w naszych warsztatach pod kierunkiem uratowanego Żyda garbarza i jego syna. W czasie mojej choroby zaprzyjaźniliśmy się bardzo. Chłopak doglądał konia mojego i mojego ojca. Ja dostałem konia po rannym ułanie drugiego plutonu. Nie byłem nim zachwycony i na szczęście miałem go krótko, musiałem go zwrócić poprzedniemu właścicielowi. Otrzymałem nowego, którego przyprowadził wyjeżdżający z naszej wsi do Włodzimierza rolnik. Był to średniej wielkości koń kary, ze strzałką na czole i jasnymi skarpetkami. Zaprzyjaźniliśmy się szybko. Nazwałem go Karoszem. W plutonie powierzono mi funkcję drugiego amunicyjnego. Dowódcą naszej trójki był kapral ”Błysk” Władysław Owczarski (zmarł w 1985 roku). Naszym zadaniem był transport amunicji zapasowej, ładowanie taśm oraz pomoc przy obsłudze popularnego rkm-u produkcji niemieckiej, a podczas boju stacjonarnego pilnowanie koni całej trójki. Jedną taśmę amunicyjną nosiliśmy skrzyżowaną na płaszczach jak rosyjscy matrosi, następna umieszczona była w sakwie, przytroczonej z tyłu po prawej stronie siodła. W drugiej sakwie, po lewej stronie, znajdowała się amunicja luzem. Pluton miał 4 rkm-y. Ułani w większości posiadali pistolety maszynowe produkcji niemieckiej lub zrzutowe Steny. Rozpocząłem normalne zajęcia w plutonie, na razie bez wyjazdów patrolowych.

        Sytuacja na Wołyniu była coraz trudniejsza. Widząc, że nasza Dywizja nawiązała współpracę z rosyjskimi oddziałami partyzanckimi oraz z jednostkami armii sowieckiej, Niemcy utworzyli potężne zgrupowanie wojsk. Trzon oddziałów atakujących stanowiły 4 i 5 Dywizja Motorowo - Pancerna SS Viking, 2 Dywizje Piechoty, Dywizja Węgierska, Policja Ukraińska, Żandarmeria, artyleria i Dywizjon Lotnictwa. Z Niemcami współpracowali Upowcy. W niektórych niemieckich nalotach na nasze i rosyjskie jednostki uczestniczyły formacje, składające się z ponad 50 samolotów bombardujących szczególnie Sztukasów. Biorąc pod uwagę stan osobowy naszej Dywizji (ponad 6000 ludzi posiadających broń lekką, bardzo mało granatników, kilka armatek z niewielką liczbą pocisków, mało granatów ręcznych) sytuacja nasza była bardzo niekorzystna. Ofensywa sowiecka utknęła w bagnach poleskich za rzekami Prypeć i Turia, 40 km od naszych stanowisk. Fatalne warunki pogodowe spowodowały braki w dostawach amunicji dla oddziałów sowieckich. Nie było żadnych działań sowieckiej broni pancernej. Tak wyglądała sytuacja na linii frontu, który utknął za naszymi plecami.

        Nasza Dywizja znalazła się w okrążeniu w niedużej odległości od linii frontu. Mimo obecności na naszym terenie oddziałów partyzantki sowieckiej, a także dwóch pułków Kawalerii Gwardii 54 i 56 z 14 Dywizji Kawalerii, nie było żadnej pomocy ze strony sowieckiej - szczególnie osłony lotniczej przed ostrzałem ciężkiej artylerii. Naszą Dywizję, a także wszystkie jednostki sowieckie, które znalazły się w tym okrążeniu, przeznaczono na zagładę. Nasze dowództwo w porozumieniu z dowództwem w Warszawie nie wyraziło zgody na wcielenie naszych oddziałów do Ludowego Wojska Polskiego. Staliśmy się, zatem wrogami Sowietów.

        Wróćmy jednak do dalszych losów starszego ułana „Szpaka”. Pojawiła się kwestia dobrej łączności między naszym zgrupowaniem „Osnowa”, a zgrupowaniem „Gromada”, gdzie znajdowało się dowództwo naszej Dywizji. Nie mieliśmy dobrej łączności radiowej - była ona dopiero na etapie tworzenia. Najskuteczniejsza była łączność przez łączników, którzy przenosili meldunki z narażeniem życia, ponieważ droga (ok. 20 km) przebiegała przez wsie ukraińskie, w których często przebywali Upowcy. Drugą przeszkodę stanowiła rzeka Turia w jej pobliżu miały miejsce częste ataki na nasze patrole z zasadzek ukraińskich, co przynosiło nam straty w ludziach i powodowało braki w koordynacji prawidłowych działań. Ta sytuacja zmusiła nasze dowództwo do ostatecznego rozwiązania tego problemu. Z oddziału „Piotrusia Małego” wydzielono 1 Pluton (mój były pluton), który wraz z naszym szwadronem miał skutecznie rozwiązać ten problem oraz ewentualnie oczyścić drogę, łączącą Bielin z Osą, miejscowością, gdzie znajdowało się Dowództwo Dywizji. Wyjechaliśmy o świcie. Żołnierze „Piotrusia” jechali saniami. Przed kolumną sań, po bokach i z tyłu jechały patrole konne drugiego plutonu naszego szwadronu. Pogoda była dobra, nieduży mróz. Droga była przejezdna. Do rzeki Turii mieliśmy niecałe 10 km. Przy drodze od czasu do czasu mijaliśmy grupki domów ludności polskiej i ukraińskiej. Dopiero 2 km od rzeki znajdowała się większa wioska ukraińska. Wieś dotychczas była neutralna. Jednak, gdy do niej dojechaliśmy na odległość 200 - 300 metrów, padły strzały.

        Dowódcą naszego podjazdu był mój ojciec, chorąży ”Ryś „.Wydał szwadronowi rozkaz obustronnego okrążenia wioski, a plutonowi „Piotrusia” zajęcia stanowisk obronnych i otwarcia celnego ognia pojedynczego w kierunku zabudowań, z których padły strzały. Rozśrodkowanie i zajęcie stanowisk zajęło piechocie niewiele czasu. Piechurzy otworzyli ogień. Nasze plutony galopem rozjechały się w dwie strony. Na skutek ostrzału piechoty zapaliły się dwa zabudowania. Upowcy rzucili się do ucieczki. Nie uciekli jednak daleko, dopadł ich 2 pluton naszego szwadronu. Na 20 striłków pozostało tylko 3 rannych, reszta zginęła w boju. U nas jeden ułan został ranny, jeden koń zabity i jeden ranny. Wieś nie stawiała żadnego oporu. Po przesłuchaniu i aresztowaniu sołtysa, u którego zatrzymali się Upowcy, nie zastosowano żadnych represji wobec mieszkańców. Podczas początkowej strzelaniny zginęło 5 cywilów. Dwa konie, które utraciliśmy odebraliśmy, jednego od sołtysa, drugiego z zabudowania, skąd padły pierwsze strzały.

        Przed nami pozostało jeszcze ok. 2 km drogi do mostu na Turii. Tam też znajdowała się duża ukraińska wioska. Strzały były dla niej ostrzeżeniem. Jak się później okazało, 20-osobowy oddział upowski był patrolem rozpoznawczym większego oddziału, który usadowił się w tej następnej wsi i przygotował zasadzkę na naszych łączników i nasze patrole. Ranni Upowcy nic o zasadzce nie powiedzieli. Ruszyliśmy dalej w szyku rozwiniętym, z dużym ubezpieczeniem. Podjechaliśmy do wsi. Było spokojnie. Od wsi do mostu odległość wynosiła ok. 800 m. Droga prowadziła po dużym nasypie. Po lewej stronie, w odległości 400 m. od drogi, znajdował się duży kompleks leśny. Ojciec wydał rozkazy, piechota zajmuje stanowiska na skraju wsi od strony lasu, kierunek ostrzału droga i most. Drugi pluton szwadronu zostawia konie koniowodnym po prawej stronie wsi, zajmuje stanowiska w tyle wsi, ubezpieczając drogę, którą przyjechaliśmy i w razie potrzeby wspierając ogniem piechotę. Pierwszy pluton pod dowództwem ojca wjechał na drogę, kierując się w stronę mostu. Zadanie zbadać stan mostu, zająć tam stanowiska obronne, wysłać patrole do polskiej wsi po drugiej stronie mostu. Po dojechaniu skontaktować się z tamtejszą placówką samoobrony.

        Po wykonaniu przez piechotę i drugi pluton ustalonych rozkazów ruszyliśmy w szyku rozczłonkowanym drogą do mostu. Ujechaliśmy ok. 500 m., gdy od strony lasu padły pierwsze strzały z broni maszynowej oraz zaczęły wybuchać pociski granatnika. Na drodze zrobiło się gorąco. Mój dowódca trójki, kapral ”Błysk”, wraz z pierwszym amunicyjnym „Jasiem” Jankiem Gadomskim, żołnierzem przedwojennego 21 Pułku z Włodzimierza natychmiast zajęli stanowiska na skraju drogi. Ja odebrałem od nich konie. Konie zwłaszcza mój były bardzo płochliwe, zaczęły się szarpać we wszystkie strony. Kule świszczały dookoła. Powoli sprowadziłem konie z nasypu na prawą stronę drogi. Nasyp w tym miejscu był wysoki na ponad 2 m. Tam było spokojnie. Upowcy mieli tylko jeden granatnik i chyba niewiele granatów, bo nagle przestali strzelać a przynajmniej tak nam się wydawało. Ojciec pozostawił część plutonu na nasypie i z pozostałymi ruszyli po lodzie, osłonięci wysokim brzegiem, w stronę lasu. Podobnie postąpił dowódca drugiego plutonu. Piechota w tym czasie, wspomagana przez nasze rkm-y, otworzyła celny ogień. 12 Upowców zginęło na skraju lasu. Nasze pomniejszone plutony dokonały reszty dalszych 5 zabitych i 3 rannych. Zdobyliśmy dużo broni i amunicji. Jak się później okazało, oddział w zasadzce liczył 45 ludzi. 25 udało się uciec. Ilu wśród nich było rannych nie wiadomo.

        Zdobyliśmy również granatnik z 10 granatami. Ich niewykorzystanie było spowodowane uszkodzeniem granatnika i śmiercią dwóch z czterech członków obsługi. Po wyremontowaniu granatnik i granaty spełniły swoją rolę w późniejszych bitwach. To była moja pierwsza bitwa w szwadronie.

        Dalsze rozpoznanie przebiegało bez zakłóceń. Ukraińcy mieszkańcy wsi spodziewali się pogromu. Ojciec nie pozwolił na żadne ekscesy. Zezwolił im na opuszczenie swoich domostw wraz z inwentarzem oraz na zabranie tego, co chcieli. Wieś zajęły patrole, należące do oddziału kapitana „Bomby” ze zgrupowania „Gromada”. Wkrótce jednak wieś ta została spalona podczas ataków Niemców i Upowców w celu zdobycia mostu. Później most ten odbudowała Kompania Warszawska. Po wykonaniu zadania, z pokaźnym zdobycznym dobytkiem w postaci broni, pojazdów z końmi oraz prowiantem, wróciliśmy do bazy. Była już późna noc, ale zarówno dowództwo, jak i wszyscy we wsi Bielin, czekali na nasz powrót. Dostaliśmy dzień wolny od wszelkich zajęć. My odpoczywaliśmy, ale inne oddziały walczyły.

        Bój toczyła pozostała część kompanii „Piotrusia Małego”, oddziały „Łuny” porucznika Kulczyckiego. Dowiedzieliśmy się o ciężkich bojach tych oddziałów z dużymi formacjami UPA pod Stężarzycami niedaleko Uściługa). Ataki Upowców zostały odparte, ponieśli duże straty, ale i nasze straty były niemałe: 4 zabitych i 3 rannych - wszyscy z oddziału „Łuny”.

        Nasze oddziały miały za zadanie sprawdzić, czy w rejonie wiosek Kraki i Stężaczyce, możliwe byłoby utworzenia zrzutowiska uzbrojenia i innych materiałów wojskowych przez lotnictwo alianckie. Zwiad ten przekreślił takie zamierzenia ze względu na silne zgrupowania upowskie.

        13 lutego szwadron otrzymał nowe zadanie zwiadowcze: sprawdzić drogę, którą miały przejść oddziały partyzantki sowieckiej przez Bug, ustalić możliwość korzystania z niej naszych łączników i oddziałów. Zwiad potwierdził takie możliwości. Na tej trasie znajdowały się polskie wioski, w których były zorganizowane placówki samoobrony. Przyjęto nas tam bardzo spontanicznie. Uprzedzono nas o dużej koncentracji sił niemieckich w Uściługu, z prawdopodobieństwem ataku na nasze zgrupowanie. Informację tę nasz dowódca przekazał do sztabu. Na potwierdzenie tego nie trzeba było długo czekać.

        15 lutego rano nastąpił jednoczesny atak formacji niemieckich z Włodzimierza i Uściługa na naszą bazę. Było to klasyczne rozpoznanie bojowe. Dla Niemców nieudane. Od Uściługa zaatakowała kompania żandarmerii, którą odparła druga kompania „Lecha” z 1-go batalionu. Od strony Włodzimierza zaatakowały dwie kompanie piechoty, które zostały rozbite przez dwie kompanie „Piotrusia”, wspomagane przez nasz szwadron, zachodzący Niemców z boku. Nasz boczny ogień spowodował szybkie wycofanie się atakujących formacji. Po naszej stronie strat nie było. Niemcy mieli kilku zabitych i kilku rannych, potwierdziły to meldunki z Włodzimierza. Zdobyliśmy kilka karabinów i dwa karabiny maszynowe.

             Niemcy zaatakowali 22 lutego. Bój ten został przez historyków nazwany Bojem pod Włodzimierzem. Wygrana była nasza, jednak kosztem 3 zabitych i 2 rannych. Nasi chłopcy ze szwadronu wzięli 2 rannych jeńców. Bój ten był dla mnie dużym bolesnym przeżyciem. Choć cieszyłem się ze zwycięstwa, to również po cichu płakałem tak, żeby nikt nie widział. Zaczęło się od ataku batalionu niemieckiego, wspieranego przez kompanię węgierską oraz od silnego ostrzału artyleryjskiego. Nasze oddziały nie zostały zaskoczone. Spodziewano się tego, ale oczekiwanie było męczące. Niemcy i Węgrzy, ubrani w białe ochronne mundury i białe hełmy, byli trudni do wypatrzenia na puszystym śniegu. My byliśmy ubrani w ciemne mundury. Nasza linia obrony była wyraźnie widoczna na białym śniegu. Silny ogień niemieckiej broni maszynowej zmusił nasze kompanie „Piotrusia” i „Lecha” do obrony pozycyjnej. Przewaga była po stronie wroga.

             Wtedy nasz szwadron otrzymał rozkaz ataku. Prowadził go nowy dowódca, porucznik „Jarosław”. Wykonaliśmy kawaleryjską szarżę na tyły niemieckiego batalionu. Strzelaliśmy w galopie. Nie myślałem wtedy o niczym. Wszystkie czynności wykonywałem mechanicznie. Pędziliśmy, co koń wyskoczy. Padły pierwsze niemieckie strzały. Dowódca porucznik „ Jarosław” pędził po lewej stronie rozwiniętych plutonów, a Ojciec po prawej stronie. Obaj z szablami w dłoniach.. Nasza szarża spowodowała załamanie się tyraliery niemieckiej, a w rezultacie gremialną ucieczkę. Kompanie naszej piechoty, widząc skutki udanej szarży, poderwały się do ataku. Wspólnie goniliśmy ostrzeliwujących się Niemców. Pogoń trwała aż do Włodzimierza. Jasne, że po szarży ułani spieszyli plutony i w szyku pieszym, tyralierą, posuwali się do przodu. Ja w tym już nie brałem udziału.

             Galopując na lewym skrzydle szarży wpadliśmy do małego lasku. Mój koń zwolnił. Prowadziłem go nogami, bo ręce miałem zajęte karabinem, z którego strzelałem. Nagle koń padł na przednie kolana, ja zaś zostałem wyrzucony z siodła głową do przodu, prosto w kupę śniegu. Prawdopodobnie ten śnieg mnie uratował. Myślałem, że głowa wbiła mi się w ramiona. Ból był tak silny, że zawyłem. Zobaczył to mój kolega Władek Sroka, też z Włodzimierza. Zatrzymał swojego konia, podjechał do mnie i zeskoczył. Pomógł mi wstać. Spróbowałem poruszyć głową udało się, choć bardzo bolało. Przezwyciężając ból, zacząłem powoli kręcić głową to też się udało. Podniosłem karabin i podszedłem do swojego konia, który tymczasem wstał o własnych siłach. Okazało się, że kula ugodziła go w prawą przednią nogę, szczęśliwie jej nie łamiąc. Wziąłem do ręki wodze i próbowałem go prowadzić, jednak koń bardzo kulał. Władek zaproponował mi, żebym wsiadł razem z nim na jego konia. Pomógł mi się wdrapać. Ruszyliśmy powoli w powrotną drogę.

              Po drodze spotkaliśmy sanie, wiozące dwóch naszych rannych piechurów. Okazało się, że mimo tak dużego ognia z różnej broni i tej pierońskiej szarży, mieliśmy zaledwie 5 rannych. „Nie taki diabeł straszny, jak go malują” powiedział nasz dowódca plutonu, wachmistrz „Łęk”.

             Powoli dojechaliśmy do naszych kwater. Zdjęto mnie z konia i odprowadzono do szpitala. Moja siostra natychmiast się mną zajęła i powiadomiła Mamę, która przybiegła do szpitala. Masaże i kompresy poprawiły mój stan na tyle, że mogłem coraz lepiej poruszać głową i odczuwałem coraz mniejszy ból. Nie wiedziałem wtedy, że miałem uszkodzony kręgosłup. Jeśli mogłem kręcić głową, to znaczy, że wszystko w porządku. Rentgena nie mieliśmy. O uszkodzonym kręgosłupie dowiedziałem się wiele lat później.

              Dowiedziawszy się o moim wypadku, Ojciec po powrocie z pola walki natychmiast się u mnie zjawił. Przyszli też koledzy i opowiadali o naszym zwycięstwie nad doborowymi jednostkami niemieckimi.

             Jak wcześniej wspomniałem, poprzednio żołnierze szwadronu wzięli do niewoli dwóch rannych Niemców. Decyzją dowódcy Zgrupowania odesłano ich do Włodzimierza. Wiozła ich nasza sanitariuszka, którą we Włodzimierzu przyjęto bardzo dobrze. Wręczono jej list do naszego dowódcy z podziękowaniem i propozycją wspólnej walki przeciw Sowietom. List znalazł się w koszu.

              Mój pobyt w szpitalu trwał zaledwie cztery dni. Wyszedłem na tyle sprawny, że mogłem pełnić podstawowe obowiązki. Po powrocie otrzymałem nowego konia. Poprzedni został zlikwidowany i skonsumowany. Mój nowy koń był czarny jak poprzedni, miał gwiazdkę na czole i skarpetkę na przedniej prawej nodze. Podobał mi się bardzo. Ja jemu również musiałem się spodobać, bo przyjął mnie bez żadnych fanaberii, choć podczas mycia ugryzł myjącego go ułana, a drugiego chciał kopnąć. Nazwałem go Gieryngiem, bo był trochę gruby. Przed wzajemnym poznaniem dałem mu kostkę cukru i głaskałem po szyi. Wyszczotkowałem mu grzywę i ogon. Przyniosłem mu karmę, owies z sieczką, do której wrzuciłem mój podrobiony fasowany chleb. Pierwsze lody zostały przełamane.

             To był dobry koń. Jego dużą zasługą było to, że wyszedłem z życiem, choć okropnie poturbowany podczas ucieczki rosyjskich koni 54 Pułku Gwardii w nocy pod Zamłyniem. Z moim koniem zaprzyjaźnił się również Icek, który także przynosił mu różne smakołyki. To on wpadł na pomysł karmienia go marchewką. Ten smakołyk koń bardzo polubił. Zawsze obwąchiwał i penetrował nasze kieszenie w poszukiwaniu marchewki, sam ją sobie wyjmował po znalezieniu i z zadowoleniem chrupał. Miał bardzo delikatny chód. Jak mówił mój kolega Jasiu usypiający. Faktycznie, parę razy zasnąłem w siodle. Gdy tylko zaczynałem się pochylać a groziło to upadkiem, budził mnie, podnosząc szybko głowę i parskając. Za to go pokochałem. Został zabity w Zamłyniu, kiedy wierzganiem, kwiczeniem i kopaniem bronił mnie przed stratowaniem. Gdyby mnie nie zasłaniał, kule, które go ugodziły, ugodziłyby mnie. Działania wojenne Niemców przeciw naszej Dywizji zaczęły się coraz bardziej nasilać. Nie było dnia, aby jakaś nasza jednostka nie toczyła boju. Ponieważ na teren działalności naszej Dywizji weszły jednostki partyzantki sowieckiej, powstała konieczność nawiązania z nimi kontaktów w celu wspólnej walki z Niemcami.

              17 lutego dowódca naszej Dywizji nawiązał kontakt z zastępcą zgrupowania sowieckiego majorem Fiodorowem, a następnie z pułkownikiem Bojanowem. Ustalili oni sposób kontaktów, pomocy oraz wyznaczyli odcinki terenu bronionego przez poszczególne zgrupowania. Nasza Dywizja uzyskała pomoc w zaopatrzeniu w amunicję, szczególnie do broni niemieckiej oraz lekkiej broni maszynowej produkcji sowieckiej. Ustalono znaki rozpoznawcze. Od tej chwili żołnierze naszych oddziałów nosili na lewym ramieniu opaski biało czerwone z literami W.P. Rosjanie nosili opaski czerwone. Wspólne walki z tym zgrupowaniem trwały do kwietnia, kiedy to Rosjanie opuścili teren Wołynia i przeprawili się przez Bug. Przeprawę zorganizowały i zabezpieczały nasze oddziały. Jednostki te walczyły na terenach Lubelszczyzny w Lasach Janowskich wspólnie z jednostkami polskimi, a później samodzielnie aż do wyzwolenia tych ziem. Nie doczekał tej chwili major Fiodorow, zginął w boju 19 marca. Działania zbrojne coraz bardziej nasilały się w rejonie Kowla, do którego zbliżały się oddziały sowieckie Frontu Ukraińskiego pod dowództwem marszałka Rokossowskiego. Nasz rejon Włodzimierski miał chwilę oddechu. Szwadron pełnił funkcję ochrony sztabu Zgrupowania, rozpoznania i kurierską. Jednym z oddziałów, którego przemarsz z naszej bazy do bazy zgrupowania Gromada we wsi Osa pod Kowlem ochranialiśmy, była Kompania Warszawska, późniejsza kompania saperów naszej Dywizji. Jej trzon osobowy stanowiła młodzież studencka. Dowodzili nią oficerowie zawodowi. Doświadczona w walce, dobrze uzbrojona, natychmiast po wejściu na nasz teren wzięła udział w zwycięskim boju w rejonie Uściługa z żandarmerią niemiecką i własowcami (były to oddziały, stworzone przez Niemców z wziętych do niewoli żołnierzy sowieckich). Po latach, podczas uroczystości weselnych mojego syna, spotkałem członka tej Kompanii. Był to nieżyjący wujek żony mojego syna Kazimierz Julien, zamieszkały w Warszawie, były członek pocztu sztandarowego. W trakcie wspólnej kolacji rozpoznał mojego Ojca.

             Przy przeprowadzeniu tej Kompanii nie mieliśmy żadnych trudności. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, którzy zasłynęli dwukrotną budową mostu na rzece Turii. Druga budowa odbywała się pod silnym ostrzałem artylerii niemieckiej oraz broni maszynowej. Przez ten most przeszły oddziały regularnej armii Frontu Ukraińskiego - 54 i 56 Pułk Gwardii. Zasługą Kompanii była także budowa kładki przez rzekę Prypeć pod huraganowym ogniem Niemców i Sowietów.

             Po powrocie do Bielina czekało na nas następne zadanie - przejście przez linię frontu i dotarcie do Sztabu Armii Frontu Ukraińskiego. Odbyło się to w dniach 20 - 21 marca. Celem tej akcji było ubezpieczenie osoby Szefa Sztabu naszej Dywizji, majora „Żegoty”, który przekazał stronie sowieckiej informacje o działaniach jednostek niemieckich, ich liczebnym wzroście, a także o nasileniu działań lotniczych. Najważniejszym celem tej wizyty było ustalenie wspólnych działań naszej Dywizji, partyzanckich jednostek sowieckich oraz regularnych jednostek Armii Sowieckiej 54 i 56 Pułków Kawalerii Gwardii.

             Przejście przez linię frontu zabezpieczali Sowieci. Sowieci podziwiali prezencję Szwadronu, jego wyszkolenie, i uzbrojenie. Podobno wstępne ustalenia przebiegły pomyślnie, a Sowieci przekazali nam sporą ilość amunicji. Powrót również był udany. Najgorsza była pogoda. Zaczął padać deszcz ze śniegiem, co przy dużym wietrze i mrozie powodowało zamarzanie naszych ubrań i szybkie zmęczenie a do przejechania mieliśmy ponad 60 km. Jednak przejechaliśmy szczęśliwie, bez żadnych utarczek, ale bardzo zmęczeni i zmarznięci. Do Bielina dotarliśmy późno w nocy. Radość sprawiła nam czekająca na nas drużyna gospodarcza pod dowództwem mojej mamy, podająca nam gorący rosół jeszcze, kiedy siedzieliśmy w siodłach. Mój Icek latał jak w ukropie nosząc manierki z gorącym rosołem. Wszyscy też chcieli wiedzieć, co, jak, kto nas przyjął, co nam dali do jedzenia. Nastąpiło oficjalne powitanie Szwadronu przez nowego dowódcę, kapitana „Gardę” Kazimierza Rzaniaka i sztab (poprzedni dowódca został zdjęty za niefortunne decyzje). Ojciec popisał się paradą szwadronu oraz swoim finezyjnym władaniem szablą przy wydawaniu komend i salutowaniu.

             Po nakarmieniu i oporządzeniu koni poszliśmy spać. Obudziłem się z wysoką gorączką. Jakoś wypadki i choroby dopadały mnie trochę za często. Znalazłem się znowu w szpitalu. Obłożono mnie bańkami. Siostra, brat i Matka byli częstymi gośćmi przy moim łóżku. Powoli dochodziłem do zdrowia.

              Szwadron nie chorował, ale odpoczywał. Na przedpolach Włodzimierza rozegrała się bitwa. Ze strony niemieckiej atakowały moździerzami i bronią maszynową dwie kompanie. Niemcom towarzyszyły dwie kompanie węgierskie, które miały za zadanie ubezpieczanie Niemców. Scenariusz obrony przyjęty przez nasze oddziały był podobny do scenariusza z poprzedniej bitwy pod Włodzimierzem kontratak. Jednak siły niemieckie były większe i miały doświadczenie z poprzedniej porażki. Użyto również samochodów pancernych. I znowu dzięki szarży szwadronu, później spieszeniu i zaatakowaniu formacji niemieckich od tyłu rozbito ten atak. Niemcy zaczęli chaotycznie ostrzeliwać z granatników domniemane stanowiska naszych ułanów, nie wiedząc o tym, że na to ostrzeliwane miejsce wjechały ich samochody pancerne. To zdarzenie było bardzo korzystne dla naszych oddziałów.

              Broń pancerna pod gradem własnych pocisków musiała być wycofana, a piechota niemiecka musiała uciekać, pozostawiając na polu 32 zabitych. Węgrzy zaczęli atakować, lecz po pewnym czasie również się wycofali, nie mieli, kogo osłaniać, a sami nie chcieli prowadzić ataku. Zwolnili wziętych do niewoli naszych żołnierzy i oddali im broń.

             Bój pod Kapitułką, oprócz zwycięstwa przyniósł naszym oddziałom duże ofiary 7 zabitych i 5 rannych. Jedną z ofiar był nasz dowódca szwadronu, porucznik „Jarosław”, ciężko ranny w szarży. Rana była poważna, wykluczyła go z dowodzenia i walki. Dowództwo przejął chorąży „Ryś” - mój Ojciec. Tak oto tragicznie zakończyła się kariera porucznika Longina Dąbek - Dębickiego w naszym szwadronie, została po nim tylko nazwa szwadronu „ Jarosława”. Jego pseudonim przypisano do naszego szwadronu, mimo, że dowodził niecałe dwa miesiące. Było mi przykro, że szwadron, którego twórcą był i którym dowodził do chwili rozwiązania mój Ojciec, nie nosił nazwy „Rysia”. Ale wtedy nazwy nadawano w 27 Dywizji od pseudonimów oficerów, a nie podoficerów i chorążych. Moje późniejsze próby zmiany nazwy szwadronu nie przyniosły rezultatu. Kuracja przebiegała pomyślnie. W ciągu tygodnia wypisano mnie ze szpitala. Pełniłem czynności pomocnicze w kancelarii Dowódcy Zgrupowania, następnie zostałem szwadronu. przeniesiony do służby wartowniczej. Ze względu na stan zdrowia nie brałem udziału w działaniach

              Nowym sukcesem naszych oddziałów było wzięcie do niewoli plutonu niemieckiego wraz z dowódcą. Pluton liczył 72 żołnierzy. Miałem przyjemność pełnić wartę przy stodole, w której przebywali. Było wielką satysfakcją widzieć tych butnych Szwabów pokornych jak baranki. Pluton został we Włodzimierzu wymieniony na 450 polskich więźniów, złapanych na ulicach przez patrole SS.

             Więźniowie byli torturowani w celu uzyskania informacji, kto pomaga bandytom (tak Niemcy nazywali naszą Dywizję). Człowiekiem, który doprowadził do tej wymiany, był proboszcz Kościoła Farnego, ksiądz Infułat Stanisław Kobyłecki. Mój proboszcz u niego służyłem do mszy, był naszym spowiednikiem, należeliśmy do jego parafii. Jego credo pomoc dla potrzebujących. Wszystko, co miał, oddawał głodującym i ubogim. Ta maksyma najwyraźniej nie podobała się niektórym hierarchom kościelnym. Mimo wykształcenia, mimo ofiarnej pracy w Kurii Biskupiej w Olsztynie jako Kanclerz nie awansował wyżej. Zmarł w 1987 roku w Rychnowie.

              Jego inicjatywa wymiany jeńców na niewolników była bardzo niebezpieczna - biorąc pod uwagę porażki, jakie Niemcy ponosili mimo przewagi w ludziach, technice i uzbrojeniu. Jednak ksiądz Kobyłecki przekonał naszych dowódców, a także Komendę Niemiecką Garnizonu Włodzimierza, nawet tych z SS. Doszło do ugody. Nasz szwadron konwojował ten pluton do samego Włodzimierza, gdzie został przekazany żandarmerii niemieckiej, z honorami wojskowymi z obu stron. Dowódca szwadronu (Ojciec) przekazał raport stanu osobowego plutonu, a major niemiecki pismo dziękczynne Dowódcy Garnizonu Włodzimierza. Więźniów we Włodzimierzu zwolniono.

              Pod koniec marca, zgodnie z porozumieniem ze stroną sowiecką, nastąpiło przemieszczenie oddziałów „Gromady” bliżej Włodzimierza. Opuszczone tereny zajęły formacje partyzantki sowieckiej i formacje 16 Dywizji Gwardii.

             Jednym z dowódców sowieckich, który bardzo dużo pomagał naszej Dywizji, był zastępca dowódcy 16 Dywizji Gwardii, pułkownik Kobylański. Przystojny mężczyzna, doński Kozak w pięknym burnusie (czarnej filcowej pelerynie).Maskotką jego i całej dywizji była jego córka. Miała 12 lat i była ciągle z nim. Matka, która była lekarzem w tej dywizji, zginęła podczas nalotu. Pułkownik polubił mojego Ojca, z którym spotkał się kilkakrotnie. Podziwiał całą naszą rodzinę, która jak mówił poświęciła się dla wyzwolenia Ojczyzny. Nie bacząc na niebezpieczeństwo, brud, wszy, głód i śmierć. Był lubiany przez swoich żołnierzy i darzony szacunkiem przez naszych. To on dla lepszej współpracy wysłał telegrafistów do dowództw naszych zgrupowań. Polecił przekazać naszym oddziałom broń niemiecką, zdobytą przez jego pułki. Dobry człowiek i dobry dowódca. A zginął od jednej serii niemieckiej razem ze swoją córką, którą wiózł przed sobą na koniu.

             Skoncentrowanie naszych oddziałów na mniejszym terenie było skutkiem coraz cięższych i częstszych ataków niemieckich, mających na celu oczyszczenie tyłów swojej linii frontu. Niemcy używali przeciw nam, partyzantce sowieckiej i jednostkom wojskowym Armii Sowieckiej coraz potężniejszych formacji zbrojnych, wyposażonych w ciężką artylerię, broń pancerną i lotnictwo. Samoloty niemieckie bez przerwy zaczęły obrzucać nasze stanowiska bombami i ostrzeliwać je. Artyleria dalekosiężna systematycznie, z niemiecką precyzją, ostrzeliwała wioski, zajmowane przez nasze oddziały. Oddziały niemieckie coraz szczelniej zamykały pierścień okrążenia.

             Należy w tym miejscu podkreślić, że oddziały węgierskie sprzyjały naszym działaniom. Jak tylko mogły, unikały walki, a także często pomagały lub osłaniały w dalszej walce nasze szpitale. Kontakt z Węgrami naszych łączników owocował dostawami broni, a szczególnie amunicji zwłaszcza w ostatniej fazie walk, gdy nasze oddziały przebijały się przez front i rzekę Bug. Pomoc ta była nieoceniona, szczególnie dla pojedynczych rozproszonych oddziałów.

             Z chwilą rozpoczęcia akcji oczyszczającej i działań jednostek partyzantki sowieckiej, jednostki UPA mające swoje bazy na terenie Wołynia zdemobilizowały się lub uciekły na południe, w rejony Małopolski.

              Szwadron nasz został w tym czasie odkomenderowany do dyspozycji dowódcy Zgrupowania, kapitana „Gardy”. Otrzymał zadanie pomocy i ubezpieczenia przenoszonego do miejscowości Torówki szpitala dywizyjnego. Nasz pluton wykonywał zadanie pomocnicze, łącznościowe. Byłem w drużynie kurierskiej. Bez względu na porę dnia i pogodę oraz stan zagrożenia przewoziliśmy meldunki do poszczególnych kompanii i batalionów od dowódcy zgrupowania naszego i innych. Takie samo zadanie miał w tym czasie drugi szwadron 21 Pułku Ułanów, podlegający dowódcy „Gromady”.

              Pogoda tymczasem stawała się coraz bardziej przykra. Zaczęła się wiosna: na zmianę śnieg i deszcz, słońce i zamiecie. Coraz trudniej było się poruszać po terenie, szczególnie grzęznącymi w błocie wozami. My na koniach jakoś dawaliśmy sobie radę. Ja nadal odczuwałem objawy chorobowe, ale nie meldowałem o tym dowódcy. Jednak kaszel nasilał się. Gorączka również. Obecnie powiedziano by nawrót grypy. Ale wtedy, kto tak myślał. Leczyliśmy się sami. Niedospani, zmęczeni, niedojedzeni, niedomyci, zawszeni. Wszy były wszędzie, w każdej kwaterze i w każdej stodole. To wszystko odbijało się na naszym zdrowiu. Nie było czasu, by odpocząć, wykąpać się, dokonać odwszenia. Nie było lekarstw. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, nacierając się samogonem, którego nie brakowało, nad jego produkcją czuwała nasza drużyna gospodarcza.

             W kwietniu rozpoczęła się ofensywa niemiecka na nasze oddziały. Naloty przynosiły duże straty głównie w sprzęcie, tabor, konie, budynki. Dowództwo wydało rozkaz stworzenia obrony przeciwlotniczej. Nasza trójka zbudowała kołowrót. Był to słup, na którym poziomo zamocowaliśmy obracające się koło. Na kole zamontowaliśmy nasz ręczny karabin maszynowy. Można było z niego strzelać w każdym kierunku. Nasz pomysł podchwycili inni. Otrzymaliśmy pochwałę w rozkazie dziennym dowódcy. Efekt całej naszej obrony był taki, że samoloty latające nad samymi naszymi głowami ostrzeliwując i zrzucając bomby, z obawy, a może z powodu skuteczności ognia naszej obrony, zaczęły latać o wiele wyżej. Celność ich ognia i bombardowania znacznie spadła. Naloty były jednak coraz częstsze i dokuczliwsze. 5 kwietnia nalot spowodował duży pożar w naszych kwaterach. Zagrożony był także oddział szpitala. Cały nasz szwadron pomagał w gaszeniu, ratowaniu rannych i sprzętu medycznego oraz w przenoszeniu szpitala do innych zabudowań.

              Następnego dnia otrzymaliśmy rozkaz ubezpieczenia przemarszu sowieckich oddziałów partyzanckich generałów Karasiowa i Kuroczenki w drodze do przeprawy na Bugu. Tam nasi saperzy zbudowali most, przez który przeszły sowieckie oddziały.

              Ubezpieczenie trwało dwa dni. W tym czasie nasz teren obrony opuściły oddziały partyzanckie generała Fiodorowa. Nastąpiła nowa reorganizacja naszej obrony. Nasze siły znacznie się uszczupliły. Poinformowano nas, że ruchy oddziałów sowieckich były konieczne ze względu na mającą się zacząć ofensywę Frontu Ukraińskiego. Jednak ofensywa ta nie nastąpiła.

              Z 8 na 9 kwietnia nasz szwadron otrzymał zadanie ubezpieczenia zrzutowiska lotniczego pod Władynopolem. Zrzutu dokonał tylko jeden samolot. Spadło kilka zasobników z bronią, amunicją, jedną radiostacją, trochę mundurów i medykamentów. Nie było tego zbyt dużo. Jak się później dowiedzieliśmy, samoloty angielskie nie dostały zezwolenia na lądowanie na terenach wyzwolonych przez Sowietów, a lot z Włoch był bardzo trudny i kosztowny ze względu na dużą odległość. Wylatujące eskadry ponosiły duże straty. Powróciliśmy z wykonanego zadania. Był dzień Święta Wielkanocnego. Nie zdążyliśmy się rozlokować i skonsumować wielkanocnego posiłku, gdy nastąpił nalot. Dwa Sztukasy z broni maszynowej poświęciły nam potrawy i bombami okrasiły święto.

             Natychmiast przystąpiliśmy do obrony z doskonałym skutkiem. Jeden z samolotów został zestrzelony, drugi wzbił się wyżej, pokręcił się trochę i odleciał nie strzelając. Kto zestrzelił wrogi samolot nie wiadomo. Każdy celowniczy sobie przypisywał ten zaszczyt. Na polecenie Ojca wskoczyliśmy na konie z zadaniem dotarcia do zestrzelonego samolotu. Chodziło o wymontowanie karabinu maszynowego. Jednak już na miejscu stwierdziliśmy, że karabin nie nadaje się do użytku. Został zniszczony podczas wybuchu po upadku samolotu. Jednak już sam fakt zestrzelenia poprawił nam humory. Mogliśmy trochę odpocząć, dobrze się najeść i pójść spać - nie wiedząc, że ten niewielki atak lotniczy przyniósł jednak straty w ludziach. Bomby zabiły kilku cywilów, ukrytych w schronie ziemnym, zburzyły kilka zabudowań - w tym budynek zajmowany przez dowództwo Zgrupowania. Podczas gdy my odpoczywaliśmy, nasze oddziały odpierały ataki niemieckie od strony Uściługa i Lubomla.

              10 kwietnia nastąpiło wspólne kontrnatarcie naszych oddziałów i partyzantów sowieckich generała Fiodorowa i pułkownika Romanienki. Bitwy toczyły się ze zmiennym szczęściem. W niektórych miejscach Niemców wyparto, w innych musiano pod naporem niemieckiego ognia artyleryjskiego i broni pancernej wycofać się na nowe pozycje obronne. Przyczyną tego był brak obiecanej przez Sowietów pomocy artyleryjskiej. My oprócz częstych nalotów nie mieliśmy starć z wrogiem. Przygotowywaliśmy się do wspólnego z regularną armią Frontu Ukraińskiego ataku na Włodzimierz.

             Rozkaz przyszedł nagle. 12 kwietnia otrzymaliśmy zadanie bojowe. Wspólnie z 56 Pułkiem Kawalerii Gwardii, piechotą i artylerią zajęliśmy stanowiska do ataku. Sowiecki major dowodzący grupą 24 artylerii i piechoty zlekceważył uwagi kapitana „Gardy”, by zabezpieczyć drogę do Uściługa. Zlekceważenie tej sugestii zemściło się boleśnie. Gdy razem z Sowietami zaczęliśmy z powodzeniem wdzierać się na przedmieścia Włodzimierza, nastąpił atak niemieckiej formacji pancerno-motorowej od strony Uściługa, prosto na odkryty bok stanowisk piechoty i artylerii sowieckiej. Artyleria została rozbita, wybito piechurów. Widząc, co się stało, nasz dowódca dał rozkaz do odwrotu. Razem z kawalerzystami sowieckimi wycofaliśmy się z Włodzimierza, zajmując stanowiska obronne na skraju miasta. Armijna artyleria dalekosiężna wsparła nas w obronie. Kontrnatarcie niemieckie zostało powstrzymane. Niemcy wycofali się do Włodzimierza. Pozwoliło to na spokojne wycofanie się z przedpola miasta. Jednak straty w sowieckiej piechocie i artylerii były bardzo duże. Pułkownik Kobylański, zastępca dowódcy 16 Dywizji Kawalerii Gwardii, podziękował naszemu dowódcy, kapitanowi „Gardzie”, za postawę naszych oddziałów i udzielenie pomocy wycofującym się oddziałom sowieckim. Sprawca tej porażki, dowodzący major zginął.

              14 kwietnia nastąpiło wycofanie się naszych oddziałów w kierunku rzeki Bug, w rejon bagienny, w okolice wsi Stężarzyce – Pisarzowa Wola. Nasz szwadron, wraz ze sztabem naszego Zgrupowania, zajął rejon Kolonii Strzeleckiej. Powoli wszystkie oddziały wycofały się w tym kierunku, walcząc z nacierającymi oddziałami 130 Dywizji Piechoty Niemieckiej.

              Walki obronne naszych oddziałów były tak skuteczne, że rozbito całkowicie dwie kompanie niemieckie, a trzecia widząc owoce tej klęski sama uciekła z pola walki. Odetchnęliśmy trochę. Nawet lotnictwo niemieckie przeniosło swoje naloty w inny rejon walk. Całe formacje samolotów atakowały oddziały Zgrupowania „Gromady” i stanowiska wojsk sowieckich.

              Obrona naszego rejonu stawała się coraz trudniejsza. Braki amunicji mocno dawały się we znaki. Oddziały niemieckie całkowicie okrążyły naszą dywizję oraz 8 sowieckich batalionów partyzanckich, a także dwa pułki kawaleryjskie 54 i 56 Gwardii.   W nocy 17 kwietnia dowództwa oddziałów polskich i sowieckich uzgodniły wspólną akcję przerwania okrążenia i przebicia się na stronę sowiecką. Zaczęto przygotowywać operację.

              Wycofując się z poprzednich stanowisk obronnych, nasze oddziały po przejściu rzeki zniszczyły mosty. Wstrzymało to natarcie niemieckiej broni pancernej. Grząski grunt w okolicach rzek nie pozwolił na żadne manewry ciężkiego sprzętu. A siła naszego ognia nie pozwoliła piechocie niemieckiej na złamanie naszego oporu.

              Stanowiska obronne naszego plutonu i kompanii „Piotrusia” zostały ulokowane nieopodal 300 - metrowej grobli, biegnącej przez bagienny teren, oraz zniszczonego drewnianego mostu. Wymościliśmy stanowiska gałęziami i na nich leżeliśmy. Takie usytuowanie linii obronnej okazało się bardzo skuteczne. Pociski artyleryjskie, granaty oraz bomby zrzucane przez samoloty wybuchały najczęściej pod skorupą pokrycia bagiennego. Groblę utrzymaliśmy przez dwa dni, mimo ciągłych nalotów (średnio, co trzy godziny), mimo ciągłego ostrzału artyleryjskiego i z broni pancernej. Ostrzał trwał również w nocy. Nie ruszyliśmy się z miejsca. Nie pozwoliliśmy na odbudowę mostu przez własowców. Wszystkie ataki odparto.

              Nasze trójka miała dobrą osłonę zwalonych drzew. Niedaleko przebiegał rów wypełniony wodą, którym dostarczano nam żywność i amunicję. Ze wspomnianych przeze mnie wcześniej powodów zdrowotnych takie leżenie na krzakach obok bulgocącej wody, w gejzerach błota wyrzucanego podczas wybuchów, przy braku ciepłej żywności, nie było dla mnie przyjemne. Tym bardziej, że i nocą pozostawaliśmy na naszym stanowisku, bo nie miał nas, kto zmienić. Dopiero następnego dnia rano dokonano zmiany. Otrzymaliśmy zadanie ponownego przeniesienia szpitala dywizyjnego w inny rejon. Grobli broniono jeszcze przez dobę. Nie mogąc pokonać naszej obrony, Niemcy uderzyli na oddziały sowieckie. Zepchnęli Sowietów z linii obrony i tym samym dostali się na nasze tyły. Wtedy też zakończyła się obrona grobli. Musieliśmy się wycofać, rozbijając otaczające nas oddziały niemieckie. Dotarliśmy do Lasów Mosurskich w rejonie Ziemlicy i Stężarzyc.

                  Nasze oddziały były w ciągłym boju. Szwadron ubezpieczał wycofujący się szpital. Udane kontrataki naszych oddziałów spowodowały wycofanie się wojsk niemieckich, poniosły one duże straty w ludziach i sprzęcie. Próba przebicia się 16 Dywizji Kawalerii Gwardii w kierunku Kowla nie powiodła się. Dywizja poniosła bardzo duże straty. Po jej wycofaniu się w pobliże naszego postoju dowództwa nasze i Sowietów ponownie uzgodniły wspólne działanie, w tym przebicie się w kierunku rzeki Prypeć.

                  20 kwietnia wszystkie oddziały polskie i sowieckie skierowały się na północny wschód w kierunku Polesia. Przemarsz odbywał się nocą. Było tak ciemno, że musieliśmy kłaść próchno na tył siodła, aby widzieć poruszającego się przed nami konia. Nasz szwadron otrzymał zadanie zabezpieczenia tyłów. Przed nami jechały pozostałości 54 i 56 Pułków Kawalerii Gwardii. Prowadził to zgrupowanie pułkownik Kobylański.

                  Nasz dywizyjny szpital pozostał na miejscu postoju. Przydzielono mu wsparcie w postaci dwóch kompanii, z poleceniem przerzucenia go o ile się da za Bug. Uprzedzono Węgrów o miejscu postoju szpitala. Pomoc Węgrów okazała się nieoceniona. Wielu rannych i sanitariuszki ocalało przed pogromem, jaki spotkał szpital sowieckiej partyzantki, wymordowany w całości przez pijanych własowców.

                  Staraliśmy się jechać jak najciszej. Nie wolno było rozmawiać, a szczególnie palić. Jednak te ciemności spowodowały rozerwanie się kolumny. Oddziały zgrupowania „Gromada” i część sowieckich oddziałów partyzanckich poszły w lewo, omijając wieś Zamłynie. Nasze zgrupowanie prowadzone przez Sowietów poszło bezpośrednio na wieś Zamłynie. Sowieci uważali, że łatwiej będzie przejść rzekę Naretwę po moście, tym bardziej, że sowieccy zwiadowcy poprzedniego dnia nie stwierdzili tam obecności Niemców. Oddziały sowieckie podeszły pod sam most i zatrzymały się na pobliskiej łące. Kawalerzyści zsiedli z koni. Nasze oddziały również weszły na łąkę, jednak część z nich cofnęła się do lasu. Sowieci byli pewni, że przed nimi nikogo nie ma. Było jednak inaczej. Pod wieczór Niemcy zajęli Zamłynie i ufortyfikowali stanowiska obronne przy moście, wykorzystując stare bunkry. A po drugiej stronie mostu, naprzeciwko tych bunkrów i umocnionej obrony niemieckiej zatrzymały się oddziały sowieckie. Nie wiem, kto sprowokował działania niemieckie. Oni sami też byli zaskoczeni, że w odległości rzutu granatem stanęła prawie dywizja wroga. Padły pierwsze strzały. Pułkownik Kobylański podjechał do mostu sprawdzić, co się dzieje. I wtedy seria z karabinu maszynowego zakończyła życie jego i jego córki. Wybuchł chaotyczny ogień z obu stron. Ten chaos uratował jednak wiele istnień ludzkich, ponieważ przerażeni Niemcy strzelali nie celnie. Pociski świetlne szły górą. Ich świst i huk wystrzałów spłoszyły konie, które wyrwały się kawalerzystom i cały ten tabun ruszył na nasze oddziały.

                  Uratował nas las, który wyhamował koński impet. Można się było schować za drzewa. Nasz szwadron zatrzymał się 100 metrów przed lasem. Pęd sowieckich koni nie spowodował większych szkód, ponieważ duża część szwadronu wycofała się do lasu. Szpica szwadronu, w której się znalazłem, nie zdążyła tego zrobić. Sowieckie konie zaczęły nas tratować. Mój koń zaczął wierzgać. Jego kwik i kopniaki osłaniały mnie przed pędzącym tabunem. Nagle mój koń padł na ziemię, skoszony serią z karabinu maszynowego. Ja zostałem przewrócony. Uderzenie było tak silne, że straciłem przytomność. Co się dalej ze mną działo, dowiedziałem się dużo później.

                  Konie po ciemku tratowały ludzi. Mnie znaleziono w lesie za drzewem. Prawdopodobnie to ono uratowało mnie przed zadeptaniem. Jak mi później opowiedziano, cały byłem we krwi, nie wiem czyjej. Kiedy się ocknąłem w dzień, poczułem, że byłem mocno pobity, ale krwawiłem nie wiele. Mundur miałem cały porozrywany. Nie miałem pasa. Nie miałem żadnej całej odzieży. Kopyta końskie prawie mnie rozebrały.                   Po odnalezieniu mnie koledzy stwierdzili, że nie żyję. Była to prawdopodobnie sugestia na sam mój widok. W całym tym bałaganie i w ciemnościach nikt mnie nie zbadał. Ojciec zebrał spieszonych kawalerzystów i żołnierzy „Piotrusia” osłaniających tabory przepłynęli rzekę, uderzyli od tyłu na obronę niemiecką, wybijając ją całkowicie.

Za tę akcję ojciec został podany do odznaczenia Orderem Krzyża Virtuti Militari 4 klasy.

                  Po rozbiciu Niemców ojciec wrócił do miejsca postoju szwadronu i tam dowiedział się o mojej śmierci. Sam przeniósł mnie do wspólnej mogiły w rowie. Mój wygląd i bezwład upewniły go o mojej śmierci. Trzeba pamiętać, że wszystko działo się bardzo ciemną nocą, w ferworze walki, w dodatku w dużym bałaganie. Właśnie miano przystąpić do zasypywania naszej wspólnej Sowietów i Polaków mogiły, gdy rozległ się warkot czołgów niemieckich. Spowodowało to wycofanie się naszych i sowieckich oddziałów do lasu. Saperzy zaminowali most. Utworzono linię obronną na skraju lasu. Silne zgrupowanie pancerne wsparło atak piechoty niemieckiej, a nalot samolotów zdecydował o wycofaniu się naszych oddziałów w głąb lasu, skąd później próbowały się one wydostać przez rzekę i tory kolejowe.

Sowieci postanowili spróbować przebić się, obchodząc Zamłynie. Drogi naszego i sowieckiego zgrupowania rozeszły się. Sowieci zostali później zdziesiątkowani przez Niemców, jak również przez swoje własne wojska, broniące linii frontu. Nasi przy dojściu do torów również ponieśli duże straty. Postanowiono wycofać się i przebijać w kierunku Bugu. To zamierzenie się powiodło. Zgrupowanie „Gromada”, które wcześniej podeszło do torów, przełamało obronę niemiecką i dotarło do rzeki Prypeć. Saperzy rozpoczęli budowę kładki przeprawowej i wtedy nastąpił huraganowy ogień sowiecki, z tyłu otworzyły ogień nadjeżdżające czołgi niemieckie. Zanim Sowieci zorientowali się w pomyłce, zginęło bardzo wielu naszych ludzi. Przyczyną otwarcia ognia przez Sowietów były niemieckie mundury, w jakie byli ubrani nasi żołnierze.

                  Ciała w dole pogrzebowym nie zwróciły uwagi Niemców, którzy ruszyli w pościg za oddziałami sowieckimi. Rano ocknąłem się wśród stężałych ciał. Zacząłem wygrzebywać się spod zwłok dwóch żołnierzy sowieckich. Było to niezwykle trudne, ponieważ ciała były ciężkie, a ja byłem cały obolały. Nagle poczułem, że ktoś mi pomaga. Okazało się, że „ożył” drugi nieboszczyk ranny kapral z kompanii „Piotrusia”,” Franek” (nazwiska nie pamiętam). Kula przeszyła mu lewą pierś, nie naruszając kości ani płuc, a krwawienie samoczynnie ustało, bo otwory wlotowy i wylotowy po kuli zostały zatkane. Widocznie chciano go dostarczyć sanitariuszom, ale nie zdążono, a może zapomniano w tym zamieszaniu. Inni uznali go za martwego i złożyli jego ciało do rowu.” Franek” odzyskał przytomność wcześniej ode mnie i próbował sobie bezskutecznie nałożyć opatrunek. Gdy pomógł mi wydostać się z rowu, założyłem mu ten opatrunek, jak umiałem. Założyłem również temblak na jego rękę. On zaś pomógł mi skompletować, jakie takie ubranie i bieliznę, które zdjęliśmy z zabitych. Postanowiliśmy ruszyć w kierunku torów kolejowych, sądziliśmy, że tam skierowały się nasze oddziały. Po drodze spotkaliśmy kilku wojaków z tylnego ubezpieczenia batalionu „Trzaski”, którzy zawrócili spod torów. Opowiedzieli, jak to się stało, że nie przeszli. Gdy formacja „Gromady” znalazła się na otwartym polu przed torami, zza nasypu kolejowego otworzyli do nich silny ogień ukryci tam Niemcy. Oddziały „Gromady” rozbiły niemiecką linię i zaczęły przechodzić przez tory. Nagle nadjechał niemiecki pociąg pancerny, który obłożył ciężkim ogniem kolumnę, forsującą tory. Większości oddziałów udało się przejść. Tylko nieliczni nie zdążyli i musieli się cofać przed nawałą ognia. Cofając się, dostali się pod ogień czołgów, działających pod Zamłyniem. Wycofujące się grupy nie wytrzymały takiego ognia, tym bardziej, że teren był odkryty. Wtedy każdy zaczął się ratować, jak mógł.

                  Postanowiliśmy utworzyć wspólny oddział i wycofać się w kierunku Bugu. Ruszyliśmy w drogę. Dotarliśmy do opuszczonej wioski, gdzie znaleźliśmy trochę pożywienia. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Nasz oddziałek po drodze stale się powiększał, ponieważ spotykaliśmy podobnych do nas rozbitków. Komendę nad grupą objął wachmistrz ze szwadronu 21 Pułku Ułanów. Postanowiliśmy maszerować nocami, a w dzień odpoczywać, szukać jedzenia i unikać spotkania z Niemcami.

                  Rana „Franka” zaczęła ropieć. Zaczął gorączkować. Należało mu udzielić pomocy medycznej, lecz nie mieliśmy żadnych lekarstw. Wachmistrz zastosował starą metodę prochową wypalanie rany. Trochę to pomogło, jednak gorączka nie ustępowała. Ja zaś coraz bardziej dochodziłem do siebie. Rany, siniaki, zadrapania i potłuczenia zaczęły się goić i znikać.

                  Wygląd mój powoli zaczął powracać do normalności. Przyjąłem obowiązek opieki nad ”Frankiem”. Jeszcze dwa dni męczyliśmy się, nie wiedząc dokładnie, gdzie się znajdujemy. Gdy kolejnej nocy ruszyliśmy dalej, usłyszeliśmy hałasy. Okazało się, że byli to chłopi z samoobrony ze wsi, leżącej 8 km od Bugu, ukrywający się nocami w lesie, a w ciągu dnia wracający do swoich domostw. Po przedstawieniu się, kim jesteśmy, otrzymaliśmy od nich pomoc jedzenie i ubranie. Tam też zostawiliśmy „Franka”, którym zaopiekowała się starsza kobieta. Nie wiem, co się z nim dalej stało. Chłopi odradzali nam dalszy marsz do Bugu, ponieważ Niemcy po przejściu przez Bug naszych oddziałów wzmocnili swoje posterunki.

Postanowiłem dotrzeć do Włodzimierza. Było nas trzech chętnych. Zaopatrzeni w żywność, wyruszyliśmy nocą. Nic nie wiedziałem o mojej rodzinie. Każdego żołnierza, którego przyjmowaliśmy do naszego oddzialiku, rozpytywałem o mojego ojca. Opowieści były różne. Prawdziwa okazała się relacja rannego żołnierza z kompanii „Piotrusia”, według której Ojciec rozwiązał szwadron. Dużo koni zginęło, dużo było rannych, wiele uciekło z tabunem koni sowieckich. Pozostałe konie ojciec kazał rozdać polskim chłopom, którzy zaopatrzyli żołnierzy i rozbitków z innych oddziałów w żywność. Ojciec zebrał wszystkich, którzy postanowili dalej walczyć, uformował kolumnę marszową, którą skierował w kierunku Bugu.

                  Co było dalej nikt nie wiedział. Ja przyjąłem założenie, że jeśli uda mi się dostać do Włodzimierza, to przez swoich z rodziny Wujka Lucjana Wiśniewskiego, uzyskam pomoc w dostaniu się do swojego oddziału. Nie myślałem o pozostaniu we Włodzimierzu, bo uważałem to za bardzo niebezpieczne. Jak się później dowiedziałem miałem rację. Niemcy z ukraińską policją wyłapywali i natychmiast likwidowali partyzantów, którzy wrócili do domów.

                  W ciągu trzech dni dotarliśmy do celu. Znałem drogę, którą przebywałem jako łącznik, więc udało nam się dostać do miasta. Dotarcie do Wujka nie było problemem. Podchodząc pod dom, zobaczyłem Ciotkę. Ona również mnie poznała. Rozpłakała się. Powiedziałem jej o kolegach. Kazała ich przyprowadzić do domu. W porozumieniu z Wujkiem ulokowano nas w piwnicy. Poddano nas kwarantannie i odwszeniu. Każdy po gorącej kąpieli otrzymał świeżą bieliznę, ubranie i obuwie. Przebywaliśmy tam dwie doby. Później nasze drogi się rozeszły. Koledzy, pochodzący z okolic wsi Werby, postanowili dotrzeć do swoich domów, ja zaś zostałem przeniesiony do punktu przerzutowego.

                  Matka o mojej drugiej śmierci i ocaleniu dowiedziała się dwa tygodnie po moim wyjeździe z Włodzimierza. Do domu dotarła z opóźnieniem, ponieważ szukała córki i syna. Szczęśliwie się odnaleźli. Klucząc po bezdrożach dotarli do Włodzimierza skrajnie wyczerpani. Zatrzymali się krótko u Babci. Potem wynieśli się na wieś do naszego dzierżawcy. U niego przebywali do czasu zajęcia Włodzimierza przez wojska sowieckie. Na przerzut czekałem wraz z trzema kolegami i łącznikiem dwa dni.                   Przerzutu dokonano koleją w wagonie ubezpieczenia pociągu. Opiekował się nami oficer żandarmerii. Niemiec ze Śląska, Polak z urodzenia. Jego rodzice przyjęli obywatelstwo niemieckie, ponieważ matka była Niemką. Dowiózł nas do Uściługa i wysadził przed semaforem wjazdowym. Łącznik doprowadził nas do klasztoru Urszulanek. Tam znaleźliśmy odpoczynek i pożywienie. Był już maj, pogoda była piękna. Wkrótce do klasztoru przybył inny łącznik i zabrał nas w dalszą drogę. Po dwóch dniach dołączyliśmy do oddziału podporucznika „Głaza” Tadeusza Porsz ze zgrupowania „Gromada”, który miał za zadanie zbieranie takich jak my rozbitków, z których sformował kompanię. Ponieważ nie wszyscy mieli broń, dowódca postanowił ją zdobyć. W realizacji tego zamiaru pomogły miejscowe konspiracyjne oddziały. Wzięliśmy udział w rozbrojeniach i likwidacji niemieckich posterunków. Akcje przebiegły bardzo sprawnie była to zasługa dobrego rozeznania terenu przez miejscowe oddziały. Nasz dozbrojony oddział otrzymał rozkaz opuszczenia dotychczasowych opiekunów. Decyzja ta miała odwrócić uwagę Niemców od miejscowej społeczności, aby nie narazić jej na represje okupanta. Według obiegowych informacji, dokonywane przez nas akcje zbrojne miały być dokonywane przez bandy zabużan. Te rozpowszechniane informacje musiały mieć cechy prawdopodobieństwa, bo żadne represje w stosunku do miejscowej ludności nie nastąpiły.

                  Wyruszyliśmy do Lasów Bonieckich. Tam, w końcu czerwca, po dołączeniu do innych oddziałów z 27 Dywizji, został sformowany Batalion Zbiorczy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.

                  Dowódcą Batalionu został porucznik” Biały” były dowódca zgrupowania „Osnowy”, a zastępcą podporucznik „Głaz”. W dniu sformowania Batalionu nadeszła informacja, że zmierza w jego kierunku 60 żołnierzy, prowadzonych przez mojego Ojca. Po ich dołączeniu liczba żołnierzy Batalionu przekroczyła 200 ludzi. Mnie przydzielono do pierwszej kompanii, dowodzonej przez podporucznika „Rybitwę” Józefa Jażdżewskiego ze zgrupowania „Gromady”. Drugą kompanią dowodził mój Ojciec chorąży „Ryś”, Dominik Demczuk. Moje spotkanie z Ojcem miało miejsce we wsi Rozdoły. Obaj bardzo je przeżyliśmy, szczególnie Ojciec, który nie dowierzał w moje ocalenie.

                  Gdy mnie zobaczył, wyrzucał sobie, że chciał mnie żywcem pogrzebać. Była to niezwykle trudna dla niego chwila - choć zarazem tak radosna dla nas obu. Nigdy wcześniej nie widziałem Go w takim stanie. Ojciec powiedział mi, że Mama z siostrą i bratem dotarli do Włodzimierza i że obecnie mieszkają u naszego dzierżawcy, Pana Wirskiego, we wsi Marianówka, 10 km od Włodzimierza (ziemia, którą dzierżawił od nas Pan Wirski - 44 hektary ziemi ornej i 8 hektarów lasu po wojnie przepadła).

                  Po sformowaniu cały Batalion nie chcąc narażać gościnnej wioski Stanisławówki na naloty niemieckie opuścił ją i przeniósł się do lasu. Wioska jednak nadal zaopatrywała nas w żywność.

                  W tym czasie, w ramach operacji „Cyklon”, lotnictwo niemieckie nasiliło loty obserwacyjne, obejmujące rejon Zamojszczyzny. Celem tej operacji była likwidacja działających na tym terenie oddziałów partyzanckich AK, BCh, AL, NSZ i sowieckich. Pacyfikację podjęły dwie dywizje pancerno-motorowe, żandarmeria oraz własowcy. Wykrycie naszego zgrupowania groziło represjami wobec okolicznych mieszkańców. To właśnie w tej wsi po raz pierwszy wielu z nas dowiedziało się, że Polacy są podzieleni w swoim patriotyzmie stąd ta duża liczba różnych formacji wojskowych, podległych różnym ośrodkom władzy. Było to dla nas niezrozumiałe, ponieważ na Wołyniu o takiej sytuacji się nie mówiło.

A my Wojsko Polskie służyliśmy wiernie i broniliśmy naszej Ojczyzny. Nasze prostolinijne myślenie srogo się na nas zemściło później, już w PRL, o czym miałem okazję przekonać się osobiście. Aż do śmierci wodza partii, towarzysza Bieruta, byliśmy traktowani jak wrogowie Ojczyzny.

                  Gdy nastąpiła odwilż, represji pomału zaniechano, a my odzyskiwaliśmy godność obrońców Ojczyzny. Po dotarciu Batalionu do lasu odpoczywaliśmy, leczyliśmy rany i nabieraliśmy sił. Życzliwość miejscowej ludności podniosła nas na duchu. Ja z powodu niełatwych przeżyć minionego okresu odpoczynku potrzebowałem szczególnie.

                  Martwił się o mnie mój Ojciec, lecz nie było czasu na sentymenty. Rankiem 12 lipca ruszyliśmy w kolumnach marszowych w kierunku Parczewa, gdzie w tym czasie przebywała najliczniejsza grupa naszej 27 Dywizji Wołyńskiej. Było tam ponad 3 200 ludzi uzbrojonych, doświadczonych w boju, zdyscyplinowanych, ale też i wymęczonych, rannych i chorych, w podartych mundurach, w butach w opłakanym stanie. Czekali jednak na nowe zadania. Chcieliśmy być razem, by wspólnie razem walczyć już nie tylko o Wołyń, ale i o inne ziemie polskie, a zwłaszcza o Warszawę.

                  Szliśmy przez lasy. Pogoda się popsuła, zaczęło padać. Mokra ziemia przeobraziła się w błoto, przez które coraz trudniej było iść. Jednak my ciągle parliśmy do przodu dziennie pokonywaliśmy około 40 - 50 kilometrów bezdroży.

                  W nocy 14 lipca przekroczyliśmy tory kolejowe koło Rejowca, a nad ranem przeprawiliśmy się przez rzekę Wieprz, częściowo łodziami, częściowo brodem. Przemarsz przez bród nieco nas opłukał i ochłodził. Mnie widocznie za bardzo. Znowu zacząłem kasłać. Po dojściu do wsi Wierkowice zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Spaliśmy cały dzień. Ja miałem gorączkę i dostałem jakieś pigułki. Trochę pomogło. Wieczorem otrzymaliśmy nowe zadanie, zmiana kierunku marszu z północnego na południowy i odebranie zrzutu dla naszej Dywizji.

                  I znowu całonocny marsz bezdrożami w błocie. Maszerowaliśmy nocą ze względu na bezpieczeństwo oraz utrzymanie zadania w ścisłej tajemnicy. Otrzymaliśmy rozkaz unikania jakichkolwiek zbrojnych potyczek, dlatego kolumna była dobrze ubezpieczona. 17 lipca, nieludzko zmęczeni, dotarliśmy do wsi Kawęczynek. Jednak dowódcy poganiali nas, by jak najprędzej odebrać zrzut. We wsi mieliśmy otrzymać podwody i już w przyzwoity sposób dotrzeć z powrotem do Dywizji, która w tym czasie toczyła ciężkie boje w okrążeniu, rozbijając oddziały Niemców i własowców. Zalegliśmy pokotem. Nawet jedzeniem się nie interesowaliśmy. Jednak odpoczynek nie trwał długo.

                  Na nogi poderwał nas alarm do wsi zbliżali się Niemcy! Konsternacja była chwilowa podporucznik „Głaz” nie stracił głowy. Rozkazał ukradkiem przebiec za wysokim żytem do pobliskiego lasu. Niemcy nie zauważyli naszego manewru. Zobaczyli jedynie kilku śpiochów, do których otworzyli rzadki ogień. Utworzyliśmy linię obronną na skraju lasu, jednak Niemcy nie zaatakowali.

                  Cały dzień leżeliśmy w ukryciu, czekając na ruch Niemców. Wieczorem powróciliśmy do wsi na posiłek i odpoczynek. Represji w stosunku do mieszkańców nie było. Niemiecki oddział rekwirujący żywność zabrał jedynie kilkanaście kur, kilka prosiaków i dwie krowy. Następnego dnia wyznaczono 15 osobowy patrol, który miał za zadanie odebranie zrzutu. Reszta Batalionu wycofała się do lasu. 19 lipca patrol powrócił. Na kilku wozach wieziono uzbrojenie, amunicję i umundurowanie. Nasz pluton otrzymał działko przeciwpancerne, a mnie powierzono funkcję amunicyjnego. Byłem nim tylko jeden dzień. Cieszyłem się z nowego munduru. Jednak ponownie się rozchorowałem, a mój Ojciec wykorzystał okazję i razem z łącznikiem dowódcy Okręgu AK wysłał mnie do Lublina na leczenie. Do Lublina dotarłem samochodem 22 lipca rano. Ulokowano mnie na plebanii kościoła, niedaleko dworca kolejowego. Zajęli się mną dwaj studenci medycyny. Zaczęli od baniek. Potem jakieś zioła i napary. Kuracja była jak wówczas sądziłem bardzo skuteczna. Po południu nie miałem już gorączki. Noc przespałem bardzo dobrze, nie kasłałem. Czułem się coraz lepiej.

                  24 lipca Lublin został wyzwolony. Nazajutrz rano dowiedziałem się, że odbędzie się defilada przed nowymi władzami Państwa Polskiego, PRL - PKWN.

                  W defiladzie miała wziąć udział miejscowa organizacja zbrojna AK. Ubłagałem moich medyków i księdza, żeby pozwolili mi wziąć w niej udział.

                  Po długich prośbach uzyskałem zgodę. Ruszyliśmy o godzinie 12-tej. Ja szedłem na samym końcu miejscowej kompanii AK. Byłem dumny z możliwości defilowania w wolnej Polsce. Gdy zbliżaliśmy się do trybuny, polska orkiestra wojskowa zagrała Warszawiankę.

                  I stała się rzecz dziwna wiwaty zaczęły cichnąć. Ludzie płakali. Nie pozostali obojętni i sami defilujący, a nawet orkiestra. Ja ryczałem jak bóbr. Od tego czasu, gdy słyszę Warszawiankę widzę płaczący tłum w Lublinie i znów płaczę.

                  Powróciłem szczęśliwy do swojej kwatery. Jako jeden z pierwszych defilowałem w wolnej Polsce!

                                    Tak wtedy myślałem...

Wstawił: B. Szarwiło.

P.S

Autor już nie żyje od kilku lat. W rozmowach zdradził mi, że do spisania wspomnień namówił go wykładowca na studiach. Dzięki temu mamy taki cenny materiał. Myśleliśmy nawet o wydaniu książkowym, razem z innymi wspomnieniami żołnierzy 27 WDP AK, ale pan jerzy odszedł na wieczną wartę.

 

................................


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud5.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 327 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6864832