Urodziłem się w Zasmykach, wiec zacznę od Zasmyk. Zasmyki – wieś na Kresach Wschodnich w powiecie kowalskim, woj. Wołyńskim położona  wśród lasów, rozciągnięta na długości kilku kilometrów, całkowicie zamieszkała przez ludność polską. Wieś, która w okresie drugiej wojny światowej (szczególnie w latach 1942-1944) zapisała się jako twierdza , dzięki której zawdzięcza życie kilka tysięcy istnień ludzkich narodowości polskiej narażonych na okrutne mordy ze strony nacjonalistów ukraińskich, którzy w ten sposób rozpoczęli walkę o powstanie Samostijnej Ukrainy.   Przodkowie moich rodziców przybyli tam prawdopodobnie gdzieś z okolic Częstochowy lub Radomia. Jeszcze dziś istnieją na mapie takie miejscowości jak Raków, Rakowice, Rakówka, Raków, gdzie prawdopodobnie co drugi mieszkaniec nosi nazwisko Rakowski. Przeludnienie i bieda prawdopodobnie była powodem wędrówki co odważniejszych na wschód „za chlebem”, gdzie ziemia była tania do nabycia i tereny słabo zaludnione. Karczowali lasy, zagospodarowywali odłogi, budowali się, zakładali rodziny. Ojciec mój, o ile pamiętam, miał dwóch braci i cztery siostry, mama dwóch braci i dwie siostry. Do roku 1930 mieszkaliśmy w Zasmykach, rodzice i nas troje rodzeństwa. Najstarsza siostra Adela (1922), Henryka (1937) i ja Edmund (1928). 

W roku n1930 przeprowadziliśmy się do Radowicz, gmina Turzysk w tym samym powiecie. Ojciec kupił tu gospodarstwo rolne o powierzchni 7 ha od swego szwagra Łuki. Wieś Radowicze była typowo ukraińska. Poza wioską były dwie kolonie polskie, oraz kilkanaście gospodarstw polskich rozrzuconych pojedynczo w różnych miejscach, powstałych w większości po  parcelacji majątków ziemskich. Wieś była o zabudowie zwartej, bogata ziemia dobrej klasy-urodzajna. Szczególnie Ukraińcom powodziło się dobrze. Żyli tu z dziada pradziada, dobrze zagospodarowani. Były również dwa bardzo zamożne gospodarstwa polskie – Bartoszewskich i Romankiewiczów oraz Kostrubiec - właściciel młyna wodnego. We wsi były tylko dwa rowery. Jeden miał syn Kostrubca a drugi bogaty Ukrainiec, którego dwaj synowie przyjeżdżali do szkoły. Tu rower to był luksus. Oczywiście i radio, których we wsi było aż dwa. Jedno było w szkole a drugie miał Leśniewski – słuchawkowe. Nas na takie luksusy nie było stać. Chociażby z tego powodu, Ojciec kupił gospodarstwo od swego szwagra Łuki, nie wiedząc, że było zadłużone. Mówią, że z najlepiej z rodziną wychodzi się na zdjęciu. I to się potwierdziło. „Kochany” szwagier prowadził bowiem hulaszczy tryb życia biorąc kredyty w bankach na hipotekę, których nigdy nie spłacał, a gdy grunt zaczął mu się palić pod nogami  to sprzedał zadłużone gospodarstwo i natychmiast wyjechał za granicę  i słuch po nim zaginął. Prawdopodobnie do Argentyny lub Brazylii. A Ojciec spłacał długi do samej wojny. I dlatego, aby utrzymać tak liczną rodzinę trzeba było coś dorabiać. Mama w wolnych chwilach szyła na maszynie, inaczej mówiąc bawiła się w krawcowa. Ja z Ojcem „klepaliśmy” buty w czasie wolnym od prac w gospodarstwie. Kuchnia w mieszkaniu była obszerna. Mama szyła przy jednym oknie a warsztat szewski był przy drugim. Było na tyle miejsca, że jeszcze mieścił się zimą warsztat tkacki na którym tkało się płótno i kilimy ze starych szmat, które się darło na wąskie paski. W Radowiczach rodzina powiększyła się nam o jeszcze dwie osoby : Antoni (1933) i Janina (1934). Adela, Henryka i ja uczęszczaliśmy do szkoły. Wolnego czasu na naukę  i zabawy wiele nie było. Każde dziecko na wsi ma swoje obowiązki. Opieka nad młodszymi, pasienie krów, gęsi, prace polowe. Do szkoły oczywiście uczęszczaliśmy z dziećmi ukraińskimi- do wojny, bo potem to było różnie. Początkowo razem, a potem to nas Polaków rozdzielono i byliśmy pod szczególną „opieką” nauczycielki komunistki z Rosji. Do wojny między Polakami a Ukraińcami nie odczuwało się jakiejś wrogości. Panowała zgoda, zawiązywały się bliskie przyjaźnie wśród młodzieży. Były nawet małżeństwa tzw. mieszane. Niestety wojna to wszystko odmieniła. Odczuliśmy to nawet po tym jak sąsiad Antoni Malinowski sprzedał gospodarstwo Ukraińcowi. Kupił Ukrainiec   z Polesia Abram Jaszczuk. Z drugiej strony może to i dobrze, bo jego żonie możemy wiele zawdzięczać, gdyż w czasie mordów nas ostrzegła. Antoniemu Malinowskiemu jakoś się nie wiodło na tym gospodarstwie a jeszcze na nieszczęście jego syn dziewięcioletni utopił się w sadzawce, którą Antoni wykopał. Nieszczęścia chodzą po ludziach. Nas też nie ominęły. Mamy młodszy brat Józef zamieszkały w Zasmykach grywał w orkiestrze na weselach, zabawach. I właśnie na jednej z takich zabaw na wolnym powietrzu tak zwanej majówce czasie rozróby został pobity ze skutkiem śmiertelnym. Mama gdy otrzymała wiadomość  o jego śmierci , strasznie to przeżyła, dostała ataku serca i od tamtej pory zapadła na zdrowiu.

Mówi się nieraz, że jednego nieszczęścia za mało i faktycznie. Szwagier Mamy (mąż młodszej siostry Zofii) Leopold Mazurek pojechał zimą saniami do lasu po drzewo.  W pewnym momencie konie się spłoszyły i jak to się u nas mówi „poniosły”. Szwagier spadł z sań a potem biegł za nimi. Po jakimś czasie konie zaczepiły saniami o drzewo i stanęły. Szwagier spocony wsiadł na sanie i jadąc do domu przeziębił się, dostał zapalenia płuc.  A potem gruźlica, przed wojna raczej nieuleczalna. Ciocia cały ciężar prac w gospodarstwie przejęła na swoje barki. Skutek tego był taki, że również zachorowała i w ciągu roku pomarli oboje osierocając dwoje dzieci w wieku pięciu i trzech lat. Mama również przeżyła tę tragedię. Po śmierci rodziców dzieci rozdzielono. Mama wzięła na wychowanie trzyletnią Leokadię a Zdzisławę wzięła siostra ich ojca Antonina Rakowska – bratowa naszego Ojca. Ziemię po zmarłych podzielono na pół i doszło nam dodatkowe zajęcie- uprawa tej ziemi była dla nas dość kłopotliwa ze względu na odległość, jaka dzieliła Zasmyki od Radowicz – to było około 10 kilometrów. I w taki sposób rodzina nasza powiększyła się do ośmiu osób. Babć naszych nie pamiętam. Jedynie jednego dziadka jak przez mgłę. Przyjechał z Zasmyk do Radowicz i  dał mi garść orzechów włoskich – to był chyba ojciec Mamy.

Mimo, że na imię dano mi Edmund (tak Ojciec wołał mnie od dziecka), to jednak dla innych byłem „mały Edek” – bo u stryjków Ignaców też był Edmund, ale o cztery lata starszy i on był „duży Edek”. Jako „mały Edek” mając sześć lat rozpocząłem naukę w szkole i w roku 1939 ukończyłem czwartą klasę – tuż przed wojną. Nauczycielem, który pozostał mi              w pamięci był młody, wysoki, energiczny człowiek o nazwisku Kranz. On właśnie założył     w szkole młodzieżową organizację Orląt. Do wieku szesnastu lat to były Orlęta a potem strzelcy. Kranz prawdopodobnie pochodził z Poznania.    Wiosna 1939 roku mówiło się już coraz głośniej o wojnie. Mama w obawie, że Ojca mogą powołać do wojska, zaczęła nakłaniać go aby mnie uczył na swojego „zastępcę”. Mówiła, jak ja sobie z tym wszystkim poradzę? Jednak, jak się potem szczęśliwie okazało, Ojciec na wojnę nie poszedł. Ale ja „parobkiem” już zostałem. Ruscy Ojca do wojska też nie wzięli. Zapuścił długie białe włosy (wcześniej posiwiał) i zarost, datę urodzenia podał fałszywą do tyłu i uchodził za „Diadię”. Maskowanie się udało.  Tylko mnie się nie udało. Chociaż tego nie żałuję, bo lubiłem pracę końmi w polu.. Mając dziesięć lat byłem dumny, że pracuję jak dorosły.  Mieliśmy parę koni – kasztana i karego, nazywaliśmy go Icek – był trochę wredny, nie wiadomo było co mu kiedy do łba strzeli. Kasztan był spokojny, bardzo wysoki i to sprawiało mi wiele kłopotów przy zaprzęganiu. Aby założyć mu uprząż musiałem podprowadzić go do wozu, wychodzić na wóz i dopiero założyć kantar lub półszorek. A jak pojechałem w pole orać, to ludzie się zastanawiali jak te konie chodzą same w pługu, bo mnie prawie nie z bruzdy nie było widać. To z tym się wiąże takie śmieszne zdarzenie : stryjek Ignacy miał gospodarstwo w tej samej kolonii co my, ale pola miał u nas dużo więcej., to też poprosił Ojca o pomoc w orce jesiennej. Oczywiście pojechałem ja i z kuzynem Wackiem oraliśmy kartoflisko na dwa pługi. Za pługiem trzeba było zbierać ziemniaki, które nie były dokładnie wybrane przy wykopkach. Za mną wysłał stryjek swego syna Cześka. Po kilku skibach Czesiek rzucił kosz i uciekł z pola. Powiedział, że nie będzie zbierał, bo ludzie się z niego śmieją, że taki łepek orze a on , prawie dorosły chłop zbiera za pługiem ziemniaki.           

 

 Rok 1939 – wojna

   „Dnia pierwszego września, roku pamiętnego, wróg napadł na Polskę z kraju sąsiedniego”. To słowa piosenki śpiewanej podczas wojny. Wiadomo, że chodzi o pierwszego wroga –sąsiada z zachodu – Niemca. Niemcy jednak w 1939 roku do nas nie doszli. Ciągnęły się tylko przez nasze tereny na wschód rzesze uciekinierów. Jedni szli piechotą, inni rowerami, samochodami a nawet furmankami, kierując się na Rumunię. Zatrzymał się u nas uciekinier – student z Kielc. Jechał furmanką. Mówił, że jak wybuchła wojna, to ojciec podzielił ich pieniędzmi i w czasie bombardowania miasta rozbiegli się. Każdy ratował się na własną rękę. On za część tych pieniędzy kupił konia z wozem i dotarł do nas. Po dwóch dniach odpoczynku pojechał dalej. Opowiadał, że początkowo w naszych stronach było mu trudno, bo nie znal ukraińskiego języka. Ale jak tego języka się nauczył, to już dawał radę. Mama go spytała, co ty umiesz po ukraińsku? A on mówi „daj chliba”. Można sobie teraz z tego żartować, ale jak głód dokuczy, to nie jest do śmiechu. Daleko on chyba nie ujechał bo nagle od wschodu 17 września „zaświeciła” nam czerwona gwiazda ze wschodu. A gwiazda była uboga, nędzna, uzbrojenie i transport – jeśli to można w ogóle nazwać transportem?

Wiosną tegoż roku były u nas ćwiczenia naszego wojska. To było wojsko! Dopasowane mundurki, buty oficerki, piękne konie, siodła, karabinki. Wszystko aż lśniło w słońcu. A tu patrzymy i oczom nie wierzymy. Małe wozy, drewniane koła na stalowych obręczach, zaprzężone w jednego konia między dwoma dyszlami, nad koniem taki pałąk (tak zwana hołobla) i z boku doprzęgnięty drugi koń. Takie zaprzęgi spotykało się u nas na biednym Polesiu. Uprząż na konie parciana. Żołnierze w długich prawie po kostki szynelach – dołem postrzępione, czapki z takim czubem, karabin długi (tak zwana luśnia) na parcianym pasku. Konie to jakiejś rasy mongolskiej, niewiele większe od osiołka – o długiej sierści. Taką oto armie „witaliśmy” a właściwie oglądaliśmy z zapłota. Z żołnierzami nie rozmawialiśmy, byli jacyś nieufni, bojaźliwi, być może mieli zakaz kontaktowania się z cywilami a być może był to dla nich szok, gdy zobaczyli inny świat. I tak dotarli czerwonoarmiści do rzeki Bug, gdzie dwaj zaborcy Hitler i Stalin ustalili sobie granice – jak się potem okazało tymczasowa.

Dla nas Polaków to była wielka klęska, natomiast Ukraińcy witali czerwonoarmistów jak wyzwolicieli, łudząc się, że Rosjanie dotrzymają obietnicy i utworzą im Samostijną Ukrainę.

Większość Ukraińców poszła od razu z Rosjanami na współpracę. Wstępowali do partii komunistycznej, zajmowali stanowiska w urzędach, wstępowali do milicji, do NKWD, angażowali się do szkół na nauczycieli wypierając naszych pedagogów. W szkolnej świetlicy zwołano zebranie – tzw. Miting powitalny. Jeden z Ukraińców grał na harmonii a drugi owinąwszy się łańcuchem tańczył. Łańcuch w tańcu się rozwijał a on krzyczał, że zrzuca kajdany sanacyjne. Nie przewidzieli, że w niedługim czasie Stalin założy im swoje kajdany  komunistyczne, znacznie cięższe od sanacyjnych.  I tak po niedługim czasie czar prysnął. Zamiast obiecanej Samostijnej Ukrainy, Stalin zaczął wprowadzać swoje prawa i zakładać kołchozy. To był dla nich szok. Oczywiście nas to samo spotkało. Ojciec nie chciał wstąpić do kołchozu to przyjechały ciągniki takie ogromne na gąsienicach z wielkimi pługami.  I oborali nasze zabudowania łącznie z sadem, nie pozostawiając nawet żadnej drogi wyjazdowej. Znaleźliśmy się jak w areszcie domowym. A mieliśmy wówczas pięć krów i parę koni, które trzeba było gdzieś paść. Całe szczęście, że Ojciec wykupił wcześniej u leśniczego wypas bydła w lesie i to nas uratowało, bo nasze łąki też już należały do kołchozu. Problem teraz był taki, jak to bydło przegnać do traktu, skoro nie mamy drogi. Dobrze, że nas była cała czereda to każdy brał bydlaka za łeb i taką głęboką bruzda prowadził do traktu. A tam to już ja wsiadałem na konia i pędziłem to do lasu. Powrót odbywał się o ustalonej godzinie tą sama metodą. Dobrze, że to długo nie trwało – tylko od  kwietnia do czerwca 1941r. dopóki nas Hitler nie wyzwolił. A wyzwolił nas również od wywózki na Sybir, bo już byliśmy na liście do wysyłki. Zsyłki na Sybir zaczęły się już w roku 1940. Właśnie w roku 1940 wywieziono rodzinę policjanta Lasaka. Przyjaźniliśmy się z nimi. Mieszkali na wsi, prawie do ich gospodarstwa dochodziło nasze pole. Lasak wcześniej uciekł do Krakowa, bo spodziewał się co go może spotkać ze strony Rosjan i wolał wroga Niemca. Okazało się, że miał rację, bo wojnę przeżył a tak zginąłby w Katyniu, jak tysiące polskich oficerów i policjantów. Rodzina Lasaka wywieziona na sybir : ojciec Stanisław – zmarł na Sybirze, syn Bolek – wstąpił do wojska polskiego i już po wojnie zginął, prawdopodobnie w Kołobrzegu. Jakiś snajper Niemiec go zastrzelił. Córka Zosia (16 lat) wróciła z macochą po wojnie do kraju. Córkę Stasię (14 lat) Czerwony Krzyż wywiózł z Rosji wraz z wieloma sierotami do Nowej Zelandii czy Australii. Potem Zosia wyjechała do Stasi do Australii i wyszła za mąż- ma córkę. Ale małżeństwo miała nieudane – rozwiodła się. Stasi też się w życiu nie wiodło – popełniła samobójstwo. Zosia po śmierci Stasi chciała wrócić do kraju ale oszczędności jakie miała odkładane w banku przepadły bo bank zbankrutował. Jak się ma pecha w życiu to od dziecka do starości. Na Sybir wywieźli również drugą żonę Lasaka. Jak Lasak owdowiał, to ożenił się ponownie i to z Ukrainką. Mieli córkę, miała ona wówczas dziewięć lat ale na Sybir nie pojechała, bo rodzina matki wykupiła ja już z transportu na dworcu PKP w Turzysku.

Okazało się, że Ukrainiec z Ruskim potrafią się dogadać tym bardziej jak w rachubę wchodzi złoto. Po wojnie żona Lasaka również wróciła z Sybiru, ale została w Rosji , na Wołyniu  u swojej rodziny. Transportu ich na Sybir i pobytu tam nie będę opisywał, bo ten temat katorżniczy jest nazbyt znany. Mnóstwo ludzi a szczególnie dzieci pomarło z głodu i zimna  w czasie transportu (w bydlęcych wagonach) jak również tam na miejscu. Lasakom co pewien czas wysyłaliśmy paczki żywnościowe. Były to suchary, wędzona słonina, kasza, fasola itp.. Chodziło o prowiant, który by się nie psuł w czasie długiego transportu. Paczka musiała być solidna, z desek i obszyta grubym płótnem. Adres wypisany kopiowym ołówkiem aby nie wypłowiał. Okazało się, że paczki jednak dochodziły.

Akcja wywózki nasiliła się szczególnie zima 1940/41, jakby specjalnie chyba po to, aby jak najmniej ludzi tę „podróż” przetrwało w nieogrzewanych, bydlęcych wagonach. Właśnie wtedy w pierwszej kolejności wywożono rodziny policjantów, wojskowych, bogatych gospodarzy (tak zwanych obszarników). A my biedota czekaliśmy na swoją kolejkę tylko dlatego, że byliśmy narodowości polskiej. Jak w maju 1941 oborali nasze zabudowania, to już wiadomo było jaki los nas czeka. Chociaż tak po cichu mieliśmy nadzieje, że coś pomyślnego może się dla nas zdarzyć. Zastanawiało nas, dlaczego Niemcy z Wołynia zabierają w pośpiechu swoich kolonistów. Ciekawe, że pozostawiają swoje majątki, dobytek i jadą do Niemiec tylko z tym, co można włożyć na furmankę. No i w czerwcu 1941 wszystko się wydało.  Był piękny słoneczny, czerwcowy dzień. Słyszymy gdzieś w oddali warkot motocykli. Nagle podjeżdża do nas kilku niemieckich żołnierzy. Zatrzymują się i jeden z nich woła do Mamy „milk”, „milk”. Mama wynosi garnek mleka i częstuje ich. Jest wesoło. Witamy okupanta jak wyzwoliciela. Kto teraz uwierzy, że tak można witać wroga. A jednak okazało się, że lepszy wróg z zachodu niż „przyjaciel” ze wschodu. I tak oto czerwona gwiazda odeszła na wschód a nam ukazało się słońce z zachodu. Zaoraliśmy głębokie bruzdy i w miejscu ich powstała nowa droga, łącząca nas ze światem. Skończył się areszt ruski. W zasadzie my tam na wsi od Niemców jakiejś wielkiej krzywdy nie doznaliśmy. Oczywiście był nałożony tzw. Kontyngent zbożowy i mięsny ale jakoś sobie z tym radziliśmy. Wieprzka  w jakimś schowku w stodole pod słomą po cichu od czasu do czasu się wyhodowało. Gdyby znowu nie Ukraińcy, to tak bez większej krzywdy ze strony okupanta wojnę byśmy przeżyli. Nie spełnił obietnicy ukraińskim komunistom Stalin, to teraz obiecał Hitler. Toteż na początku tej obietnicy powołał ukraińska policję. Umundurował, uzbroił ale nie przewidział tego, że potem odbije mu to się czkawką a nam Polakom zgotuje wielka tragedię. Niemcy, po wejściu na nasze tereny zaczęli wychwytywać Ukraińców, którzy współpracowali   z Sowietami. Wspomnę o jednym takim incydencie. Na trasie między Radowiczami a Turzyskiem znajdowała się typowo ukraińska wieś, która szczególnie sympatyzowała z Sowietami – uchodziła za wieś o poglądach komunistycznych. Widocznie ta opinia o niej dotarła do okupanta. W tej wsi jesienią 1941 rozegrał się niesamowity dramat. Pewnego dnia rankiem przyjechało do wsi kilka samochodów niemieckich z żandarmami. Przyjechali wczesnym rankiem chyba dlatego, aby gospodarzy zastać w domach przed wyruszeniem do prac polowych. Zwołali wszystkich mężczyzn. Oddzielili Polaków od Ukraińców. Ukraińców pozostawili na placu a Polaków wsadzili na samochody i pod strażą gdzieś odjechali. Ponieważ wieś była z przewagą Ukraińców to Polaków zabrano zaledwie kilkunastu. Ukraińcy pozostawali nadal na placu, nie wiedząc co jest grane. Niektórzy byli nawet przekonani, że Niemcy powieźli ich na stracenie. Nawet sobie żartowali. Trwało to wszystko bardzo długo. Po pewnym czasie Niemcy załadowali Ukraińców na pozostałe samochody   i odjechali. Okazało się, że zawieźli ich na skraj lasu, ustawiali nad wykopanym przez Polaków dołem i rozstrzeliwali z karabinów maszynowych. We wsi powstał płacz i lament, bo strzały było słychać gdyż odległość do lasu nie była wielka. Polacy musieli jeszcze te ciała zasypać i dopiero Niemcy odjechali. Można sobie wyobrazić  w jakim położeniu znaleźli się Polacy. Obawiając się najgorszego, widząc wrogie nastawienie rodzin ukraińskich, tej samej nocy wszystkie rodziny polskie po kryjomu opuściły wieś i schroniły się w miastach Turzysk  i Kowel. A tutaj po całych dniach wdowy po pomordowanych wraz z dziećmi modliły się i lamentowały przy tej mogile a echo rozchodziło się daleko po lesie. Niemcy zabronili ekshumacji zwłok i indywidualnego pochowku a ponieważ te ciała nie były dobrze ziemią przysypane, to swąd tych rozkładających się ciał rozchodził się po lesie. Szczególnie mocno odczuwało się to z rana po rosie i pod wieczór. Bydło na ten „przykry” zapach jest bardzo uczulone. Pędzi do tego miejsca i trudno je utrzymać. Przeraźliwie ryczy i grzebie ziemię kopytami. Następnie Niemcy zaczęli rozprawiać się z narodowością żydowską. W Turzysku

zaczęli zakłada getto. To jest coś w rodzaju takiego obozu – takiej zamkniętej, strzeżonej dzielnicy w mieście. Żydzi się jednak zbuntowali, chwycili za broń i podpalili miasto. Działy się dantejskie sceny. Ponieważ przewaga Niemców była znaczna to bunt  został zdławiony.

Moja siostra Adela mieszkała wówczas z mężem w Turzysku na kwaterze u Żydówki i była świadkiem niesamowitej sceny. Niemcy schwytali jednego Żyda, przywiązali mu rozżarzoną głownię do pleców i uwiązali go na linach a następnie ganiali po rozpalonym murze, jaki pozostał po spalonym dachu. Adela jak się na to napatrzyła to uciekła do nas do Radowicz.  W wieku szesnastu lat Adela zakochała się na zabój w Janku B.. Janek był przystojny, pod wąsikiem. Szczególnie dobrze się prezentował w mundurze. Służył wtedy w wojsku w służbie czynnej w Kopie (Korpus Obrony Pogranicza) w stopniu podoficerskim (plutonowy). Ochraniał granicę rusko-polską na Polesiu. Jak przyjeżdżał na urlop to spotykali się z Adelą po kryjomu, bo Mama Janka nie akceptowała. W czasie pobytu na urlopie nosił przy pasku (jako podoficer legalnie) mały bagnecik. I to właśnie przez ten bagnecik stracił u Mamy zaufanie. W czasie rodzinnej w jego domu awantury drasnął tym bagnecikiem ojca, który jak to się dzisiaj mówi stosował przemoc w rodzinie. Pomimo to, że stanął w obronie osoby pokrzywdzonej, to w oczach Mamy stracił zaufanie. Szczegółów tej awantury nie będę ujawniał. Adela znała powody tego zajścia i ten czyn mu wybaczyła. Spotykali się nadal a ja pełniłem rolę kuriera. Nosiłem liściki dotyczące miejsca i czasu potajemnych spotkań.  Janek mieszkał na kolonii z drugiej strony wioski. Pewnego razu Adela wysłała mnie   z liścikiem  abym go zaniósł pod wiadomy adres. Miałem paskudnego pecha. Zaszedłem na miejsce, drzwi były otwarte więc wszedłem. Chwyciłem za klamkę od drzwi mieszkania i w tym momencie rzucił się do mnie z zębami pies, który był uwiązany na łańcuchu i się obudził. Zdążyłem jednak wpaść do mieszkania i zatrzasnąć za sobą drzwi – całe szczęście, że nie były zamknięte na klucz. Co się strachu najadłem, to można sobie wyobrazić. Okazało się, że w mieszkaniu niema nikogo. Problem jak teraz wyjść? – pies drzwi pilnuje. Liścik jednak zostawiłem i wyskoczyłem jak złodziej przez okno. Mimo sprzeciwu Mamy, młodzi dopięli swego i do małżeństwa doszło. Na święta Bożego Narodzenia odbył się ślub a już w marcu 1940 przyszła na świat ich córka. Weseliska żadnego nie było, tylko skromne przyjęcie w ścisłym rodzinnym gronie. Z czasem Mama musiała się z tym faktem pogodzić i cieszyć się wnuczką, akceptując zięcia, który sprawował się nienagannie a w przyszłości wiele Mu zawdzięczaliśmy. Po ślubie młodzi zamieszkali w Turzysku a Jan podjął tam pracę w telekomunikacji. Jak się potem okazało, ta praca (za Sowietów) dużo mu się w życiu przydała  o czym będzie w dalszej części. Za okupacji niemieckiej Jan nadal tam pracował.

Hitler jednak nie miał zamiaru spełnić obietnicy Ukraińcom dotyczącej „samostijnej Ukrainy”. Był uwikłany w przeciągającą się wojnę z Rosją a armia potrzebowała zaopatrzenia w żywność, musiał więc sięgać po coraz to większe kontyngenty w postaci płodów rolnych, bydła i trzody chlewnej, nie przebierając w środkach. Ukraina zawsze uchodziła za spichlerz Europy, toteż ciężar zaopatrzenia wojska niemieckiego spadł w przeważającej mierze na gospodarzy ukraińskich, których zabudowania były w gęstym sąsiedztwie, co ułatwiało Niemcom przeprowadzanie akcji omłotów. Gdy nie pomogły nakazy, wojsko wyruszało w teren, obstawiało kilka wsi posterunkami, młóciło zboże, konfiskowało dobytek i wywoziło do miasta, do magazynów. Rozproszone gospodarstwa polskie ta akcja ominęła.    Niespełniona obietnica i te fakty zaogniły stosunki ukraińsko-niemieckie. Ukraińska policja odeszła ze służby z bronią i zasiliła w lasach bandy UPA i Bandery stając w obronie swoich pobratymców. Bandy UPA (Ukraińska Powstańcza Armia) i Bandery stoczyły pierwsza potyczkę z Niemcami koło Radowicz. Przejęli wówczas dwa niemieckie samochody i wzięli do niewoli 20 żołnierzy, których pomordowali w bestialski sposób. Niemcy w odwecie za kilka dni wysłali traktem z Kowla opancerzone pojazdy a z Turzyska puścili pociąg pancerny.  I wzięli wieś Radowicze w dwa ognie. bandę  rozbili, wieś spalili i zajęli kilka sąsiednich wsi oraz miasteczko Kupiczów.. Utworzyli wzmocnione posterunki i zajęli się właśnie wywózką żywności. Stan taki trwał kilka letnich miesięcy, aż do późnej jesieni 1943 roku.

 

                                                              Rok 1943

   Udało nam się szczęśliwie przeżyć dwa lata niewoli sowieckiej. Ze strony Niemców też wielkiej krzywdy nie zaznaliśmy, natomiast najgorszy los zgotowały nam bandy nacjonalistów ukraińskich. Skoro z obietnic Stalina i Hitlera nic im nie wyszło, to przystąpili sami do budowy „samostijnej Ukrainy”. Tylko dlaczego naszym kosztem?

Zaczęli usypywać takie kopce, ustawiając na ich szczycie tryzuby (to ich godło). Pop poświęcał taki kopiec i zgromadzone przy nim hordy banderowców ruszających na mordy ludności polskiej. Właśnie popi wpajali im tę nienawiść, przekonując ich, że od wieków byli zawsze traktowani przez Polaków po macoszemu, że traktowano ich jak niewolników, jak ludzi gorszej kategorii. Właśnie jedno takie poświęcenie widziałem na własne oczy. Mama wysłała mnie i trójkę innych dzieci z rodzin polskich na bierzmowanie do Kupiczowa, bo tam odbywały się misje. Po drodze we wsi ukraińskiej Tuliczów trafiliśmy  właśnie na taką „uroczystość”. Pop poświęcał usypany kopiec z zatkniętym na szczycie tryzubem a wkoło tłum ludzi i hordy bandziorów. Strach nas sparaliżował, ale na odwrót było już za późno. Rozproszyliśmy się i pojedynczo, aby nie zdradzić swego pochodzenia przeciskaliśmy się ledwie żywi ze strachu przez zgromadzony tłum. W drodze powrotnej ominęliśmy te wieś z daleka i jakoś dotarliśmy do domów. Zaczęło się już wychwytywanie i mordowanie na początek pojedynczych osób. Zatrzymano Kazika Daszkiewicza, który szedł z meldunkiem do Turzyska i zamordowano – miał siedemnaście lat. Malinowski Stanisław z żoną i dwie rodziny Molendów jechali w niedziele furmankami do kościoła do Zasmyk i niestety nie dojechali. Banderowcy przejęli ich na leśnej drodze i w bestialski sposób pomordowali. Malinowscy osierocili pięcioro dzieci – najstarszy syn (jedynak) miał zaledwie 16 lat.  W czasie ucieczki z Radowicz, dziećmi zaopiekowała się ich ciocia – stryjenka Ignacowa Rakowska – Malinowska była jej siostrą. Następny dramat rozegrał się na naszej kolonii. Pewnej kwietniowej nocy zajechali pod dom Leśniewskich Niemcy. Obstawili dom, weszli do środka, wprowadzili do osobnego pomieszczenia ojca i dwóch dorosłych synów i kazali im się ubierać. Z tym, że nie wolno było im się poruszać, tylko ubrania podawały im córki  i matka. Starszej siostrze Antosi coś wydawało się podpadające, żeby Niemcy nachodzili ludność po nocach? Zaczęła rozważać, że to może być podstęp i podając starszemu bratu Gienkowi buty i skarpety, włożyła do skarpety pistolet. I podejrzenia jej się sprawdziły, to byli policjanci ukraińscy, którzy poszli do lasu zachowując niemieckie mundury. Rano wszystko się wyjaśniło. Do Wacka Rakowskiego przyjechał Ukrainiec mleć zboże na śrutowniku i w sekrecie powiedział, że Leśniewscy są pomordowani koło ich kolonijki i zakopani przy drodze. Gienek wyszedł z wojska w stopniu oficera. Banderowcy w pierwszym rzędzie przystąpili do likwidacji takich ludzi, którzy mogli organizować opór. Do zlikwidowania Leśniewskich przyczynił się przyjaciel Gienka – syn popa. Poznali się wcześniej na robotach przy kopaniu okopów dla Niemców. Była to praca przymusowa na rzecz okupanta. Ten fałszywy przyjaciel odwiedzał Gienka. Gienek już wówczas był w organizacji i często wybywał z domu nawet na kilka dni. Aby to nie budziło jakichś podejrzeń  załatwił nawet sobie prace w leśnictwie do obchodów lasów a „przyjaciel” go śledził. Antosia potem przypomniała sobie, że poprzedniego dnia pytał Gienka przed odjazdem, czy będzie nocował w domu a upewniwszy się w przyjacielskim uścisku pożegnał się i odjechał.  Banderowcy zabrali wszystkich trzech mężczyzn i odjechali kierując się w stronę Turzyska. Potem jednak zmienili kierunek i wjechali na drogę prowadzącą do lasu. Przejeżdżając koło takiej ukraińskiej kolonijki, Leśniewscy wiedząc co ich czeka uznali, że przy tych zabudowaniach może być najlepszy moment stawić opór. Być może Gienek użył nawet  tego pistoletu, bo szamotanina trwała dość długo zanim ich zamordowano. Świadczy chociażby    o tym fakt, że ojciec zeskoczył z furmanki  i biegł w ciężkim długim płaszczu i został zastrzelony w polu w odległości około 150 metrów i tam go zostawili. Musieli się spieszyć, bo zaczęło się rozwidniać. Przedtem kazali tych dwóch Ukraińcom zakopać przy drodze. To były początki ich haniebnych czynów, jeszcze na razie tak się oficjalnie tym nie afiszowali, być może obawiali się represji w odwecie ze strony niemieckiej, tym bardziej, że teraz Niemcy powołali policję polską. I nawet znaleźli się ochotnicy, którym bandy pomordowały rodziny. Rodzina przy pomocy znajomych zabrała pomordowanych. Ubrano ich w polskie mundury wojskowe i pochowano na parafialnym cmentarzu w Turzysku. Banderowcy wiedzieli, że Leśniewscy mają broń i mogą stawiać opór. A Leśniewski miał stale jakieś konszachty z Niemcami, być może nie tylko handlowe (nawet znał trochę język niemiecki)  i podstęp na mundury niemieckie może się udać. A my żyliśmy w ciągłym strachu obawiając się najgorszego, tym bardziej, że coraz częściej dochodziły nas wieści o tragicznych wydarzeniach z niedalekich okolic. ( ...)

Słysząc co się wokół dzieje, przestaliśmy nocować w domu, ponieważ bandy napadały najczęściej nad ranem zaskakując swoje ofiary we śnie. Z reguły uzbrojone bandy otaczały wieś, podpalały, mordowały ludność a baby i małolaty z sierpami, kosami i widłami szli, dobijali rannych i rabowali co się jeszcze nie zdążyło spalić. Noce spędzaliśmy w różnych schowkach, stertach słomy, na polu w zbożu. Ale co to było za ukrycie w zbożu jak w głębokim śnie chrapanie rozchodziło się po rosie daleko. Wykopaliśmy nawet z Ojcem schron z dala od domu, dobrze zamaskowany pod krzakami olszyny. Jednak z niego ani razu nie skorzystaliśmy bo Mama powiedziała, że żywcem pod ziemie nie pójdzie. Szwagier Janek porzucił pracę w Turzysku i ukrywał się u nas, bo tam nawet banderowcy zaczęli się nim interesować – wiadomo wojskowy w stopniu plutonowego.  (....) Grupa z Radowicz w niedługim czasie wyszła jednak do Zasmyk zasilając tamtą jednostkę. Podobne grupy mężczyzn i pojedyncze jednostki w większości z bronią docierały również  do Zasmyk. ( Tu działała już nie tylko samoobrona ale i pierwszy oddział partyzancki pod dowództwem por. Władysława Czermińskiego ps. "Jastrząb" - red.) Zwiad nasz doniósł dowódcy, że banda UPA szykuje się do ataku na Zasmyki, gromadząc duże siły ( w okolicy wsi Piórkowicze - red). Sytuacja zapowiadała się nieciekawie tym bardziej, ze wieś Zasmyki była bardzo rozciągnięta  i utrzymanie obrony byłoby niesamowicie trudne. Tylko dzięki mądrej taktyce zastosowanej przez naszego dowódcę  Zasmyki zostały uratowane od zagłady. Potwierdziło się powiedzenie, że najlepszą obroną jest atak. Działając z zaskoczenia nasi partyzanci zastając nad ranem bandę we śnie zdobyli sztab, zadając przeciwnikowi ogromne straty w ludziach i sprzęcie, zmuszając bandę do wycofania się w dalsze rejony.  Na jakiś czas niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Niestety i z naszej strony poległ jeden partyzant i to mieszkaniec Radowicz – Stanisław Romankiewicz. Odniesione zwycięstwo naszej partyzantki nad banderowcami pod Suszybabą rozwścieczyło ich dowództwo, które natychmiast ogłosiło mobilizację mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Sytuacja nasza stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Czując zagrożenie wiele rodzin polskich wymykała się nocami szukając schronienia w miastach. Na naszej kolonii oprócz nas pozostała już tylko rodzina Golików i Ludwika Malinowskiego. Pewnego dnia przyszła do nas sąsiadka i i ostrzegła nas, że jej Abram poszedł do lasu i już trzy dni go niema to znaczy, ze niedobrego się szykuje, więc musimy się ratować. Następnego dnia spakowaliśmy trochę najpotrzebniejszych rzeczy, załadowaliśmy na furmankę, zabraliśmy krowy, zamknęliśmy dom a Mama na drzwiach powiesiła obraz matki Boskiej i ruszyliśmy w drogę do Zasmyk. Do nas dołączyli Goliki i Malinowscy oraz Edek Rakowskich, który zabrał ze sobą takiego rasowego buhaja. Rakowscy już wcześniej wyjechali do miasta zabierając dobytek, ale pozostawili tego buhaja i pozostał na razie Edek do pilnowania gospodarstwa. W tej sytuacji pozostanie tutaj nie miało sensu. Jak Edek szedł do nas to dołączył do niego buhaj Leśniewskich, który pozostawiony chodził sobie samopas. No i Edek miał już pod opieką dwa ogromne bydlaki, które doprowadzone do Zasmyk wzbogaciłyby kuchnie partyzantów. Pieczeni byłoby co niemiara, ale tak się jednak nie stało. Jednak jak wyjechaliśmy z naszej kolonii i znaleźliśmy się na drodze na otwartej przestrzeni między ścierniskami, to zaczął się horror – istna korrida!!!

Szczepiły się dwa ogromne cielska i zaczęło się. Raz jeden bierze górę i pcha tego drugiego na nasze wozy wyładowane pakunkami i siedzącymi na nich dzieci. Potem sytuacja się zmienia. Dzieci piszczą ze strachu, konie stają dęba, tumany kurzu na piaszczystym polu unoszą się w górę. A tak mieliśmy po cichu, niepostrzeżenie się wymknąć i dotrzeć do Zasmyk. Wreszcie po kilkunastu minutach tego horroru buhaj Leśniewskich uznał się za pokonanego i z opuszczonym łbem poszedł do swego gospodarstwa a my ze strachem wyruszyliśmy w dalsza drogę. Pozostała nam do przebycia jeszcze jedna przeprawa przez ukraińską wieś sąsiadującą z Zasmykami. Wieś jednak wydawała się jakby wyludniona, ani jednego człowieka. I tak mimo wszystko przed zachodem słońca bezpiecznie dotarliśmy do  Zasmyk. Buhaj Edka też, tylko pieczeni z niego nie spróbowaliśmy. Okazało się, że wybraliśmy właściwą drogę, bo gdybyśmy pojechali krótszą drogę, która w części prowadziła  przez las omijając ukraińskie wsie,  to niewiadomo czy by się nam udało. Bo na tej drodze  właśnie banderowcy wcześniej zatrzymali rodziny Malinowskich i Molendów i pomordowali – jechali do kościoła. W Zasmykach znaleźliśmy zakwaterowanie i Stryjka Mietka w nowo wybudowanym domu. Rzesze rodzin polskich ściągały do Zasmyk z pobliskich i dalszych wsi. Również w szybkim tempie rosła liczba naszej partyzantki. Jedni przychodzili w małych grupach z bronią, inni bez. Zaczęto kupować broń od Niemców, trochę pomagała w tym policja polska. Zdobywano również broń po atakach na banderowców.( ...)

 Organizowano również wyprawy do odległych miejscowości po rodziny polskie będące w zagrożeniu, które nie miały już szans same się stamtąd wydostać. Właśnie na jednej z takich wypraw został ranny Tadek Golików, który razem z Wackiem Rakowskim ubezpieczali tyły kolumny w drodze powrotnej.  Banderowcy przypuścili silny atak z broni automatycznej i na zabranie rannego nie było szans. Banderowcy zabrali go i w bestialski sposób potem zamordowali. Z cywilów na szczęście nikt nie zginął i wszyscy dotarli do Zasmyk. Ojciec nasz brał również udział w tej wyprawie jako furman. A w Zasmykach coraz bardziej zaczęło brakować żywności.  Gdy Niemcy zajęli kilka wsi, obstawiali silnymi posterunkami i wywozili żywność do swoich magazynów w Kowlu, to i my pod strachem jeździliśmy do Radowicz . Kopaliśmy ziemniaki, młóciliśmy cepem zboże i po południu wracaliśmy do Zasmyk. Niestety te wyjazdy dla trzech rodzin skończyły się tragicznie. Mieszkali na kolonii pod lasem i za długo zwlekali z wyjazdem. Pod wieczór przyszło do nich kilku Niemców i zaczęli ponaglać z wyjazdem, bo już zbliża się wieczór. Okazało się, że byli to banderowcy w niemieckich mundurach. Zabrali ich do lasu i mordowali pojedynczo bagnetami, po cichu, żeby nie zaalarmować posterunków niemieckich. Z tych trzech rodzin uratowało się tylko dwie osoby. Zosia Żołników (lat chyba 16), której banderowiec kazał się rozbierać a sam odłożył karabin i odpinał bagnet od pasa.

Zosia wykorzystała ten moment i będąc już tylko w koszuli skoczyła w krzaki. Zanim on chwycił karabin i zaczął strzelać, to ona już oddaliła się na tyle, że w gęstwinie kula jej nie dosięgła. Idąc całą noc nad ranem dotarła do miasta. Druga osobą co przeżyła to był mój kolega szkolny Janek Budzisz. Pokłuty był bagnetem, ale odzyskał przytomność i na drugi dzień szedł do Zasmyk taki zakrwawiony, że rodzina, która jechała do Radowicz widząc go z daleka myślała, że on ma jakąś czerwoną chustę na szyi. Zabrali go na furmankę i zawieźli do Kowla do szpitala. Lekarze uratowali mu życie, mimo odniesionych ran. A Zosia niestety i tak wojny nie przeżyła. Po tym wypadku zaopiekowała się nią nasza stryjenka Ignacowa. Jak front ruszył na zachód to stryjkowie nie czekając na ewakuację jechali do Polski za Bug. Niedaleko od granicy Zosia pobiegła za krową, która poszła w zboże. Krowa weszła na minę    i stało się. Jak Niemcy późną jesienią opuszczali dotychczas zajmowane wioski po  zakończeniu omłotów i ściągali swoje posterunki, to nasi partyzanci natychmiast wchodzili na ich miejsce uprzedzając banderowców, którzy się również na to szykowali. Szczególnie ważną strategicznie miejscowością było małe miasteczko Kupiczów. Banderowcy zgromadzili bardzo duże siły i za wszelką cenę chcieli wyprzeć naszych z miasta.  ( Oddziały partyzantów polskich nie pozwoliły jednak wyprzeć się z Kupiczowa -red).  Po pewnym czasie we wczesny styczniowy ranek obudziły nas w Zasmykach strzały z broni maszynowej. Pociski zapalające dużego kalibru (tak zwane dum dum) zaczęły spadać na pierwsze gospodarstwa od strony Kowla. Zabudowania w większości kryte strzecha stawały w płomieniach. Wybuchła panika, ludzie uciekali, każdy jak stał, nie było czasu ani się dobrze ubrać, ani coś zabrać ze sobą bo kule świstały nad głowami. Szczególnie najgorzej ucierpieli ci, co mieszkali na początku wioski. Najgorzej było z małymi dziećmi. Tylko Ojciec zachował zimną krew i mówi do mnie – chodź, zaprzęgamy konie do wozu, bo z dziećmi ucieczka na piechotę nie ma szans. Szybko pozakładaliśmy uprząż na konie i tu stop – przy wozie nie ma orczyków. Szukamy wszędzie po podwórku i niestety. A tu strzały już coraz bliżej. Ojciec mówi uciekajmy i tu się rozstaliśmy, bo ja byłem w starych, dziurawych spodniach, więc wpadłem jeszcze do mieszkania i chwyciłem nowe spodnie uszyte z samodziału, tak zwane bryczesy, ale przebrać się już nie było czasu, więc tak z tymi spodniami pod pacha dogoniłem po drodze ostatnią grupę uciekinierów i tak dotarliśmy do Kupiczowa. A Ojciec w tym czasie się wrócił, bo przypomniał sobie, że orczyki są za stodołą przy kieracie, gdyż poprzedniego dnia rżnęliśmy sieczkę i tam zostały. Szybko zaprzągł konie do wozu i jadąc zbierał obce osoby, bo swoich już nie dogonił. Właśnie ten Kupiczów zajęty przez partyzantkę bardzo się przydał, pomimo to, że w większości był zamieszkały przez ludność czeską, przyjęto nas tu przychylnie. Może niepotrzebnie wspomniałem tu o tych głupich spodniach, ale to dlatego, że moje „kochane” siostry ciągle potem czyniły mi wyrzuty, że  nie pomagałem im w ucieczce, tylko ważniejsze dla mnie były te portki. A ja nie mogłem ich przekonać, że to przez te konie, wybiegłem znacznie później i już ich nie dogoniłem. Ale niech już tak zostanie, wiem że racja jest po mojej stronie. (  Kompania  Niemców niespodziewanie zaatakowała Zasmyki , paląc domostwa dotarła do połowy wsi. Samoobrona Zasmyk, Janówki i Radomla jednak odparły atak i zmusiły atakujących do wycofania - red). Po kilku dniach wróciliśmy z Kupiczowa do Zasmyk. Nie było gdzie mieszkać, bo większość budynków spłonęła w tym Stryjka Mietka również. Znaleźliśmy taką wolną ziemiankę. Jak latem napływała ludność do Zasmyk to był problem z zakwaterowaniem. Dlatego niektórzy kopali ziemianki i w nich mieszkali. Taka ziemianka miała tylko jedno pomieszczenie o powierzchni około 10 metrów kwadratowych i taki mały przedsionek. Na noc rozścielaliśmy na ziemi słomę i rodzina (jak śledzie jedno przy drugim) układała się do snu. A i tak wszyscy się nie mieściliśmy, więc trójka nas najmłodszych spała w tym przedsionku. Ziemianka była wykopana w ziemi gdzieś na głębokości około dwóch metrów i taki daszek na nad powierzchnią ziemi z małym okienkiem. Henryka zachorowała na tyfus i leżała w gorączce. Mama jak wiadomo od dawna chorowała. W nocy było duszno, mamie brakowało powietrza. Jak się uchyliło okienko albo drzwi, to było zimno i wiatr nawiewał śniegu do środka. Nie mieliśmy ani dobrej odzieży, ani pościeli. Dokuczał nam również głód. Całe szczęście, że mieliśmy „Kowińskiego” ( Bednarek Jan - red) w partyzantce, który dbał o nas i zaopatrywał nas w żywność i nie tylko. Podesłał nam dwie krowy, parę pięknych koni z wozem a na wozie oprócz różnych rzeczy pierwszej potrzeby  duży wór fasoli.   W takich warunkach dotrwaliśmy do wiosny. Wczesną wiosną front wschodni dotarł do nas i zatrzymał się na linii Kowel – Turzysk – Włodzimierz Wołyński. Rosjanie nas po raz drugi „wyzwolili”.

Tu rosyjska ofensywa się zatrzymała i wszystko wskazywało na to, że na dłuższy czas, bo rozpoczęto ewakuacje ludności cywilnej z okolic przyfrontowych. I znowu zaczęła się tułaczka. Trzeba było zwijać manatki i w drogę – kierunek na wschód. A ruszać w drogę nie bardzo mieliśmy czym. Wojsko ruskie zamieniło nam te piękne konie na coraz gorsze i w końcu pozostał nam tylko jeden i to jakiś półdziki, który chyba w zaprzęgu nigdy nie chodził. Ponadto, jak się go uwolniło z uprzęży, to cała rodzina go kilka godzin łapał przy pomocy długiej liny, którą się go owijało jak już trochę był zmęczony i przystanął. Jak Ładunek na wozie był trochę za ciężki, to wolał go pchać do tylu niż ciągnąć go do przodu – taki był cwany. Całe szczęście, że na ten wóz nie bardzo mieliśmy co ładować, to przynajmniej małe dzieci i Mama  mogły korzystać z transportu a reszta rodziny szła piechotą. I tak dzień za dniem oddalaliśmy się od linii frontu. Wreszcie po przebyciu gdzieś ponad  stu kilometrów  Mogliśmy się zatrzymać. Stacjonowało tu w lesie mnóstwo ruskiego wojska, więc uważaliśmy, że będzie bezpiecznie, bo bandy banderowców nadal grasowały.  Nas już nie było komu ochraniać, bo Dywizja Armii Krajowej opuściła  te tereny...   ( Powstała w styczniu 1944 r. 27 WDP AK. we współpracy z armią sowiecką rozpoczęła walkę z Niemcami. W związku z nadejściem frontu mieszkańcy musieli opuścić swoje tereny- red)   W tej wiosce, do której dotarliśmy, przyjęła nas na kwaterę taka Rosjanka, która w latach 1039-1941 była nauczycielką w tej miejscowości. Wyszła za mąż za Ukraińca i tu została. Mieszkała z dwójką małych dzieci. Co się stało z jej mężem, nie wiedzieliśmy. Rosjanie w 1939 przysyłali na Ukrainę swoich nauczycieli, którzy mieli za zadanie wpajać młodemu pokoleniu wyższość ustroju komunistycznego nad ustrojem kapitalistycznym (podobnie było w Radowiczach).

Okazało się, że wśród ludności rosyjskiej są też dobrzy ludzie. Ta kobieta przyjęła do mieszkania Adelę z dwójką malutkich dzieci, to był miesiąc marzec, jeszcze były przymrozki. Pozostała rodzina urządziła sobie kwaterę w takiej malej stodółce, co prawda byle jak oszalowanej ale jednak był to dach nad głową. Wóz stał na klepisku, w jednym zasieku nasze krowy i koń a w drugim my. Na wozie w workach cały nasz majątek. W zasieku było trochę starej słomy więc można było urządzić legowisko do spania. Kuchnia była na podwórku na wzór cygański. Nie wszyscy wygnańcy mieli takie luksusy jak my. Tacy co nie znaleźli miejsca u gospodarzy „kwaterowali” w lesie w jakichś namiotach lub szałasach budowanych z gałęzi, ale byli bezpieczni mając w sąsiedztwie ruskie wojsko. Czas upływał, a widoków na powrót nie było. Coraz bardziej odczuwaliśmy brak żywności, tylko fasola i mleko. Za ziemniakami zjeździliśmy najbliższe okolice i na próżno. Odważyłem się raz pójść bliżej frontu i niewiele brakowało abym to życiem przepłacił. W opuszczonych gospodarstwach nic nie znalazłem. Gdy wracałem zmęczony wyprzedził mnie wojskowy samochód ciężarowy marki Zis 5. TO był taki mały samochód skrzyniowy z silnikiem o małej mocy. Dlatego żartowano sobie z niego – „Zis pjać” – z góry jechać, pod górę pchać. Faktycznie po tej drodze piaszczystej tak się poruszał, że ja niewiele myśląc wskoczyłem na pakę i zadowolony jadę. Za kierownicą siedział żołnierz  o mongolskich rysach twarzy (jakiś skośnooki) a obok niego jakieś dwie dziewczyny. Po kilku kilometrach samochód się zatrzymał i dziewczyny wysiadły. Zauważyły mnie na pace i chyba cos mu powiedziały, bo nagle wyskoczył do mnie z pepeszą i krzyczy ubiju!!! Zeskoczyłem z wozu, padłem na kolana z rekami uniesionymi do góry i w płacz. Nie wiem czym by się to skończyło gdyby nie te dziewczyny, które stanęły w mojej obronie. Coś mu po ukraińsku przemówiły, uspokoił się i kazał mi uciekać.   W warunkach frontowych niema żartów. Tym bardzie, jak zdążyłem zauważyć to chyba wiózł skrzynie z amunicją. Odechciało mi się jazdy i drżąc cały ze strachu poczłapałem dalej piechotą, odechciało mi się ziemniaków i jazdy, lepiej w spokoju zadowolić się fasolą.  Za dobrze by było, gdyby nic się nie działo. Zachorowała najmłodsza córka Adeli. Nie było możliwości znaleźć lekarza albo dotrzeć do szpitala a stan już był krytyczny. Gospodyni poradziła Adeli, żeby udała się do  ruskiego wojska, oni mają tam dobrego lekarza gdyż ona już u niego leczyła swoje dzieci. Posłuchała Adela jej rady i faktycznie dzieciak został uratowany. Okazało się, że mieliśmy szczęście trafić na dobrych Rosjan. Chociaż trafiali nam się i dranie. Jak mieszkaliśmy w tej stodółce to zaczęli nas odwiedzać dwaj ruscy oficerowie. Widocznie nudziło im się w tym lesie, więc przychodzili pożartować sobie z moimi siostrami i z Mamą popolitykować. Właśnie od nich dowiedzieliśmy się, jaka to będzie po wojnie ta nasza Polska. W czasie takiego politykowania Mama powiedziała, że mamy już dość tego bezczynnego siedzenia, aby tylko front ruszył za Bug, to pojedziemy do Polski. A jeden z nich na to do Mamy : „Ty dumajesz szto eto budiet wasza Polsza ? dumajesz szto my za waszu Polszczu krew prolewali” Oni już wiedzieli jaka Polskę Stalin nam szykuje. Tak nas odwiedzali, żartowali, politykowali aż pewnej nocy nas okradli i więcej się nie pokazali. Mieliśmy na wozie w workach cały nasz „majątek” i to nam ukradli. Druga połowa czerwca, front ruszył na zachód, fasola się skończyła, to i my pakujemy manatki i w drogę do Zasmyk.       

W Zasmykach  niestety nasza ziemianka była już zajęta. Przejechaliśmy tę część spalonej przez Niemców wsi i zatrzymaliśmy się koło kościoła. Przy kościele stała taka kapliczka,   w której kiedyś podczas budowy kościoła odprawiały się nabożeństwa. Ponieważ była pusta, to w niej zamieszkaliśmy. Pomieszczenie było niewielkie, gdzieś około 20 metrów kwadratowych. Na noc kładło się na podłodze słomę i spaliśmy jak śledzie. W sąsiedztwie było gospodarstwo Lodzi stryja Mazurka. Z pożaru ocalała stodoła, więc mieliśmy gdzie ulokować bydło i konia. Niestety pech nas nadal prześladował. Wyjeżdżając z Zasmyk zabraliśmy ze sobą takiego małego prosiaka. Woziliśmy go w klatce, karmiliśmy mlekiem, zielskiem i prosiaczek rósł. W zasadzie nadawał się już na ubój, ale tam nie było na to warunków.  Lato, upały no i prosiaczek osiągnąwszy już odpowiednią wagę uszedł z życiem, nawet Ruscy go nam nie ukradli. A tu w czasie rozładunku, w tym zamieszaniu , ktoś nam go podprowadził. Kolumny furmanek ciągnęły na zachód jak tabory cygańskie, więc ktoś sprytnie wykorzystał okazję. Jak się zorientowaliśmy, że klatka jest pusta to rozpoczęliśmy poszukiwania. Myśleliśmy, że może sam się wydostał i gdzieś sobie chodzi. Obszukaliśmy pobliski teren ale bez skutku. Ale Ojciec zamiast prosiaka znalazł w pokrzywach 20-kilogramową puszkę konserwowej słoniny, która nam się bardzo przydała, pochodziła z tzw. UNR-y. Ameryka , obawiając się, że Hitler może zawojować Rosję, zaczęła udzielać jej pomocy. Dostarczano sprzęt dla wojska, głównie samochody i żywność – o tym świadczyła między innymi ta konserwa. Jej smak czuje do dzisiaj. Zabiedzeni i wygłodzeni dorwaliśmy się do niedojrzałych owoców i pochorowaliśmy się na czerwonkę. Na domiar złego z braku odpowiednich warunków higienicznych przywieźliśmy ze sobą z wygnania dokuczliwe robactwo i świerzb. Ruska armia miała na wyposażeniu „woszobojki” a my niestety musieliśmy sobie radzić w inny sposób. Na przykład Golik ze swoim synem Bolkiem tłuki łachy cepami na klepisku. (Był śmieszny i trochę dziwak – ale to był fakt). Świerzb leczyliśmy szarą maścią. Była strasznie śmierdząca, ale skuteczna. I tak w biedzie i chorobie czekaliśmy na ewakuacje do Polski. Banderowcy jakoś nas nie niepokoili, bo Rosjanie przez te kilka miesięcy kiedy front stal w miejscu, nie próżnowali. Specjalne oddziały (En-Ka-Wu-De) z całą surowością przystąpiły do likwidacji band UPA. Szły transporty z bandziorami na Sybir, napełniały się więzienia. We wsiach ukraińskich w zasadzie pozostawały tylko kobiety z dziećmi. Czar o Samostijnej Ukrainie prysnął. Nowa władza radziecka zaprowadziła swoje surowe porządki, to już był wręcz reżim. Wszystkie urzędy obsadzano swoimi ludźmi sprowadzanymi z Rosji. Milicja miała wręcz nieograniczone prawa. Zakładano ponownie kołchozy – opornych aresztowano i skazywano na wieloletnie więzienia. Właśnie taki los spotkał naszego sąsiada Abrama. W Zasmykach mieliśmy opiekuna enkawudzistę, który jeździł na koniu i patrolował wieś. Bardzo często był pijany i wówczas był nieobliczalny. Zapisał się niechlubnym  czynem jeszcze wówczas, gdy przed ewakuacją od strefy frontowej mieszkaliśmy w tej ziemiance. W naszym sąsiedztwie mieszkały dwie samotne panienki – prawdopodobnie siostry. Ten enkawudzista (imieniem Kola) często je odwiedzał. Pewnego wieczoru będąc u nich musiał tam cos narozrabiać, bo jedna z dziewczyn wybiegła z ziemianki z płaczem i wołała pomocy. Kola wybiegł za nią i ją zastrzelił. Po powrocie z wygnania zastaliśmy znowu Kolę na służbie. Widocznie za tamten czyn nie poniósł żadnych konsekwencji. Idąc pewnego późnego wieczoru z kolegą zauważyliśmy Koli kasztanka. Chodził sobie luzem osiodłany bez jeźdźca. Widocznie jeździec znowu jak zwykle gdzieś się upił i śpi. Zaświtała nam wówczas taka myśl, aby drania za tamten haniebny czyn ukarać. Schwytaliśmy konia, zdjęliśmy siodło i zanieśliśmy daleko od zabudowy i wrzuciliśmy do takiej sadzawki. Zaczekaliśmy Az się ocknie. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie mogło nam grozić. To był przecież stan wojenny a noc była widna i księżycowa i ktoś mógł nas widzieć jak szliśmy z tym siodłem. Na drugi dzień rano szum w całej wsi. Kola jeździ konno ale już bez siodła – „na oklep”, straszy pepeszą i szuka sprawców. Siodła jednak nie odnalazł a my siedząc cicho jak mysz pod miotłą drżeliśmy ze strachu. Ojcu przyznałem się dopiero po latach. Kola po kilku dniach gdzieś zniknął. Prawdopodobnie poszedł do bandy z którą, jak wieść niosła  utrzymywał stałe kontakty – służąc dwóm panom. Szykując się do ewakuacji rodzice doszli do wniosku, że dobrze byłoby mieć takie zaświadczenie o stanie majątkowym. Więc kogo to wysłać do Radowicz ? no oczywiście Edka. Za towarzyszkę miałem taką naszą znajomą Babińską, której mąż był – jak to mówią „ z uma zszedłszy” i do tych spraw się nie nadawał. Przewodniczący Gromadzkiej Rady – zwany u nich predsidatiel – oczywiście Rosjanin. Nawet uprzejmie nas obsłużył. Otrzymaliśmy odpowiednie zaświadczenie i bez przeszkód szczęśliwie wróciliśmy do Zasmyk, ale coś my się po drodze strachu najedli to nasze. Duża, piękna niegdyś wieś Radowicze została prawie doszczętnie spalona. Stoi tam kilka budynków przeniesionych z polskich kolonii. We wsi jakaś pustka, ani żywego człowieka. Widok przerażający. Pola kołchoz zaorał w jeden łan, ani żadnej miedzy gdzie zając mógłby sobie przycupnąć. Legenda głosi, że przez te wieś przejeżdżała kiedyś pewna księżna i z zachwytu wyrzekła te słowa. „Tu jakoś tak pięknie, że aż się serce raduje”. Stąd też się wzięła nazwa wsi Radowicze. Teraz należałoby zmienić nazwę, bo patrząc na to co pozostało, serce z żalu się kraje a nie raduje. W styczniu 1945. roku przyszedł termin ewakuacji. Wyjechaliśmy z Zasmyk do Kowla. Załadowano nas razem z rodzina Dąbrowskich do bydlęcego wagonu i odjazd do Polski, bez bydła i bez koni. A Ojciec z wujkiem Dąbrowskim musieli te trasę pokonać (mimo mrozów)  Transportem drogowym wlokąc za sobą bydło. Pociąg z repatriantami sunął gdzieś na zachód, na tak zwane Ziemie Odzyskane. Adela nie chciała tam jechać, bo ciągle żyła nadzieją, że szwagier wróci z Sybiru a potem będzie problem nas odnaleźć. Po przekroczeniu granicy na Bugu pociąg zatrzymał się w Chełmie a my jak na tym filmie „Sami swoi”, gdy jechali też na zachód Pawlaki, a jak zobaczyli na łące mućkę Kargula, to zaczęli krzyczeć – „odczepiamy”!!!” odczepiamy”!!!. Tak i my, na nasze „odczepiamy” kolejarze zostawili nasz wagon w Chełmie na bocznicy. Do Chełma przyjechał po nas Wacek Rakowski, który zmobilizował kilku swoich kolegów z furmankami i zawieźli nas do takiego majątku ziemskiego w Wierzchowinach. Rakowscy Ignace jak wyjechali z Zasmyk zaraz za frontem 1945 roku, to też zamieszkali w majątku i to niedaleko od Wierzchowin. Oni zdążyli już się tu zadomowić. W majątku zakwaterowano nas w ogromnym, pałacowym pokoju. To już nie to co ziemianka, stodoła czy kapliczka. Otrzymywaliśmy tu przydziały żywności i paszę dla bydła tak jak robotnicy zatrudnieni w tym majątku. Ojciec dojechał do nas za kilka dni.   Na wiosnę przydzielono repatriantom gospodarstwa po wysiedlonych Ukraińcach. Dobrze, że nasze dwie rodziny Rakowskich i rodzina Dąbrowskich trafiły do jednej wioski, zawsze to jest raźniej wśród swoich. Wieś Czułczyce położona była osiem kilometrów od Chełma na trasie Chełm – Włodawa. Tu niestety wszelka pomoc z zewnątrz się skończyła. Dalej musieliśmy sobie radzić sami. No i jakoś sobie radziliśmy. Trochę zgodnie z prawem, trochę wbrew prawu. O niektórych wykroczeniach nie wspomnę, mimo że uległy już przedawnieniu a o drobnych tak, bo warunki nas do tego zmuszały. A więc jeździliśmy w nocy do lasu, ścinaliśmy drzewa. Zwoziliśmy do domu, cięliśmy na klocki, przygotowując na opal. Na polankach leśnych kosiliśmy trawę (ale to już w dzień) na siano. A dalej to już była moja rola. Ładowałem drewno na furmankę, przykrywałem wiązkami siana i jechałem na targ do Chełma. Na peryferiach miasta ludzie trzymali jakąś krówkę czy kózkę to na siano był zbyt. A drewno na opał też w mig schodziło. Trochę grosza zarabiałem za kamienie, które zbierałem na polach. Układałem w metry sześcienne i firmy brały do budowy dróg. W podwórku naszego gospodarstwa stała taka stara chata, w której stało bydło. W jednym pomieszczeniu urządziliśmy z kolega bimbrownię. W nocy chodziliśmy na pola Państwowych Gospodarstw Rolnych po buraki cukrowe i z nich pędziliśmy bimber. Odbiorcami byli ruscy żołnierze  stacjonujący w Chełmie. Chwalili sobie, że krepkij a że śmierdzący, to niczewo.    I tak grosz do grosza, co się uzbierało to się wydawało , bo potrzebna była żywność i odzież – przyjechaliśmy w łachmanach. Jak młodzież trochę odżyła to i potańcówki się zachciało. Dorośli bawili się przy orkiestrze małolaty przy harmonijce ustnej. Wojna się skończyła ale w kraju spokoju nadal nie było. Wszelkiego rodzaju grupy partyzanckie, które nie złożyły broni nadal grasowały, stwarzając niebezpieczeństwo dla ludności cywilnej jak również dla wojska. Szczególnie silne były zgrupowania bandy UPA. Tylko w jednej takiej zasadzce na Lubelszczyźnie kolumna wojskowa poniosła ogromne straty. Zginęło 22 naszych żołnierzy   a wśród nich Tadek Rakowskich. Był kierowcą samochodu. W Bieszczadach na Rzeszowszczyźnie zginął w potyczce gen. Karol Świerczewski. Właśnie w Bieszczadach było najsilniejsze zgrupowanie bandy UPA, trudne do likwidacji ze względu na korzystne ukształtowanie terenu ukrywającej się bandy. Góry, lasy, ponadto duże wsie zamieszkałe przez ludność ukraińską stanowiły bazę żywnościową.  Zapadła wówczas decyzja (tak zwana akcja Wisła) o wysiedleniu Ukraińców z tych terenów ( gwoli ścisłości, to była operacja a nie akcja-S. B). Rozproszono ich po różnych województwach oraz na Pomorze i Mazury. Okazało się, że była to trafna decyzja. Bez zaplecza ze strony ludności cywilnej bandy nie miały racji bytu.   Rok 1946, miesiąc bodajże lipiec, ciemna, głucha noc i nagle ciche pukanie w szybę okienną. Ktoś otwiera drzwi i wpuszcza do mieszkania „wędrowca” z Sybiru. Radość i płacz ze szczęścia, serdeczne uściski. Cały dom postawiony na nogi, ale wszystko musi odbywać się w ciszy bo bezpieczeństwo nadal jest zagrożone. O tułaczce szwagra, począwszy od aresztowania, pobytu w więzieniu na zamku w Lublinie, zesłanie na Sybir (styczeń 1945 rok) oraz powrót do domu można nakręcić film albo napisać książkę. Mieliśmy już „swoją Polskę” ale Sybir tez. W Czułczycach szwagier ukrywał się przez kilka dni. W tym czasie przez Wacka R. nawiązał kontakt ze swoim kolegą z partyzantki (ps.”Kruk”) – Kazikiem Pawlikiem, który mieszkał w Hajdukach Nyskich, woj. Opolskie. Pawlik pełnił funkcję prezesa Gminnej Spółdzielni w Hajdukach Nyskich, był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Poręczył za szwagra i wpisał do partii, oczywiście z nowym, nienagannym życiorysem. A partia powierzyła szwagrowi stanowisko wójta Gromadzkiej rady w Niwnicy koło Nysy. Dostał bryczkę, konia bułanka i spokojnie pracował na rzecz nowopowstałej Polski Ludowej. Funkcje te pełnił przez jedna kadencję. Potem podjął pracę w Fabryce Samochodów Dostawczych w Nysie w charakterze zaopatrzeniowca.  W sierpniu 1946 roku pozostawiliśmy gospodarstwo w Czułczycach i przyjechaliśmy do Hajduk Nyskich. Szwagier odkupił to gospodarstwo poniemieckie, które opuszczał osadnik wojskowy. Repatrianci ze wschodu jak również  osadnicy wojskowi w 1945 roku otrzymywali  gospodarstwa z przydziału nieodpłatnie. Jeszcze przez kilka miesięcy mieszkali razem z rodzinami niemieckimi i byli na ich utrzymaniu. Gdy wysiedlano rodziny niemieckie za granice na Odrze, to tylko z bagażem podręcznym. Cały ich majątek przejęli nowi właściciele. Z biedaków stali się bogaczami. Nas niestety to szczęście ominęło, bo wolnych gospodarstw już w tym czasie nie było. Wprowadziliśmy się do pustego gospodarstwa, z którego poprzedni właściciel wywiózł wszystko, co się dało . Trzeba było klepać biedę zaczynając od zera. Potwierdziło się przysłowie, „jak komu z rana tak i do wieczora”. Trzeba było obsiać pole i czekać prawie cały rok na zbiory a żyć trzeba. Na domiar złego szwagier wyprowadził się ze  swoją rodzina a my zostaliśmy w ogołoconym gospodarstwie z ratami do spłacenia. Najwięcej pracy spadło na barki Ojca, bo młodzież poszła do szkół. Dojeżdżaliśmy do Nysy codziennie pociągiem. Henryka do handlówki, Antoni do zawodówki a Janina do ogólniaka. Ja natomiast złożyłem podanie do gimnazjum w nowo organizowanej szkole technicznej. Warunkiem przyjęcia było ukończenie co najmniej sześć klas szkoły podstawowej i zdanie egzaminu wstępnego. Egzaminu oczywiście nie zdałem (bo nie znałem ułamków dziesiętnych) a świadectwo z piątej klasy, które uzyskałem w Czułczycach to była fikcja. W czasie wakacji brałem po dwie lekcje – co drugi dzień w tygodniu. Wiadomości uzyskanych niewiele ale papier się liczył. Miałem jednak szczęście, bo trafiłem na dobrego dyrektora (założyciela tej szkoły) i zostałem przyjęty warunkowo. Wziąłem się solidnie do nauki a że jak wiadomo mam „głowę” do przedmiotów ścisłych, to do półrocza nadrobiłem wszystkie zaległości i zostałem przyjęty na stałe. Ukończyłem trzyletnie gimnazjum plasując się w lokacie na trzecim miejscu i dostałem się bez problemu do liceum, bo tylko dziesięciu najlepszych uczniów z klasy przechodziło do liceum a pozostali dostawali nakazy pracy.    Początkowo dojeżdżałem do szkoły pociągiem a powrót do domu późnym wieczorem piechotą. Szkoła powstała z dwumiesięcznym opóźnieniem, więc musieliśmy nadrabiać zaległości aby zrealizować program. Lekcje trwały do późnego wieczora z przerwą obiadową. Ponieważ pociągu powrotnego nie miałem, zamieszkałem w Nysie. Internat był za darmo z wiktem i opierunkiem. Należało tylko mieć pozytywne oceny ze wszystkich przedmiotów, bo inaczej co pewien czas wpadał dyrektor do klasy, przejrzał dziennik, wyczytał dwa, trzy nazwiska i kazał natychmiast pakować manatki i do domu. Ponadto wszyscy musieliśmy wstąpić do ZMP (Związek Młodzieży Polskiej). Otrzymaliśmy zielone koszule i czerwone krawaty. Na pochodach, choćby pierwszomajowych i jakichś ważnych rocznicowych wyróżnialiśmy się szczególnie. Maszerując w kolumnie czwórkami mieliśmy mnóstwo szturmówek, transparentów, portretów zasłużonych komunistów, ludzi partii i skandowaliśmy – Bierut, Stalin, Rokossowski. Publiczność nazywała nas czerwoną szkołą. A nam było wszystko jedno. Chcieliśmy osiągnąć swój cel – zdobyć wykształcenie i zawód, bo na płatną szkołę i internat z wyżywieniem nie było nas stać. Były w szkole klasy elektryczne i mechaniczno-energetyczne.. Ja wybrałem klasę o profilu mechaniczno-energetycznym. Oprócz zajęć teoretycznych mieliśmy praktykę dwa razy w tygodniu na warsztatach, wyposażonych w kuźnię, obrabiarki do metali i stanowiska ślusarskie. Po ukończeniu trzyletniego gimnazjum zdawaliśmy egzamin praktyczny uzyskując dyplom czeladnika.    Po ukończeniu liceum chciałem pójść na studia. Pięciu z nas złożyło podania do Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, ale nie mieliśmy niestety szans. Taka uczelnia to tylko dla dzieci elit a nie dla wieśniaków. Zaproponowano nam w zamian studia w Chinach. Jak powiedziałem o tym w domu to Mama zaczęła lamentować, że wojna tuż, tuż i wybiła mi Chiny z głowy. Nasłuchała się radia Wolna Europa i Londynu a Tm „bębnili”, że trzecia wojna światowa jest nieunikniona. Jak zrezygnowałem ze studiów to dostałem nakaz pracy do Elektrowni Viktoria w Wałbrzychu. Zakwaterowano nas w trójkę w jednym pokoju, bez kuchni i innych wygód. Pensja wystarczała ledwie na wyżywienie. Mięso było na kartki. Wykupywało się raz w tygodniu, przeważnie była to wołowina, którą od razu gotowaliśmy bo surowej nie było gdzie przechowywać. Słoninę przetapiało się z cebulką i mieliśmy smalec do chleba do następnego poniedziałku. Nic dobrego tam nie użyłem. Pracowałem w tej elektrowni tylko trzy miesiące. W listopadzie zostałem powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej. I znowu, jak to mówią, spadłem z deszczu pod rynnę. Przez dwa lata trzeba było zjeść wagon pęczaku, bo to pęczak był w wojsku podstawą wyżywienia. Śniadania i kolacja – kawa zbożowa i suchy chleb, takie to były czasy. Jeśli chodzi o służbę, to krzywdy nie miałem, wręcz byłem faworyzowany. Dostałem funkcję pisarza w kancelarii szefa służby samochodowej i magazyniera paliw płynnych. W batalionie na dwustu żołnierzy było nas tylko dwóch ze średnim wykształceniem a byli nawet i tacy, którzy nie mieli podstawówki. Z jednej strony to było dobrze, bo się z nami liczono, ale obawiałem się awansów i musiałem kombinować, od czasu do czasu „podpaść” celowo, posiedzieć w areszcie. W tamtym czasie w wojsku brakowało kadry oficerskiej, dlatego kaprali i plutonowych po odbyciu służby zasadniczej awansowano do stopnia podchorążego i wcielano do służby zawodowej. A mnie takie wojsko pod ruskim dowództwem nie odpowiadało. Udało mi się zakończyć służbę w stopniu starszego szeregowego. Odsłużyłem dwa lata, odszedłem do cywila ale od nakazu pracy się nie uwolniłem. Pojechałem więc do Wałbrzycha i jakoś wyskamlałem zwolnienie. Podjąłem prace w Nysie w Fabryce Samochodów Dostawczych. Po pracy, mieszkając w Hajdukach pomagałem Ojcu w gospodarstwie. W wolnych chwilach grałem z kolegami w siatkówkę na boisku szkolnym. Tu poznałem Stefanię, która przyjechała z Lubelszczyzny i uczyła w szkole w Hajdukach. Ponieważ mieszkała w budynku szkolnym to często włączała się do gry i tak się poznaliśmy. W 1955 przyjechał na wakacje do Stefanii jej kuzyn. Zapoznaliśmy go z kuzynką męża mojej siostry Janiny i tak to się zaczęło. Chodziliśmy we czwórkę na spacery, na zabawy. A p[o jednej takiej zabawie zapadła decyzja, że się żenimy. I tak we czwórkę poszliśmy do ślubu cywilnego będąc nawzajem sobie świadkami. Ślub kościelny też razem (a właściwie śluby). Wesele też miało być wspólne, bo część gości też wspólnych i miało być taniej, ale ja się później z tego wycofałem. Po ślubie zamieszkaliśmy u Ojca w Hajdukach. Wzięliśmy sypialnie na raty a jako kredens kuchenny mieliśmy taką mównicę. Otwierało się takie wieko i tam mieściły się dwa talerze, dwie łyżki, nóż, bochenek chleba, to był cały nasz majątek. Na więcej nas nie było stać, bo musiałem spłacać pożyczkę, którą wziąłem z zakładu pracy na przyjęcie weselne, no i oczywiście raty za sypialnie. Żona po ślubie porzuciła nauczycielstwo i podjęła pracę w Gminnej Spółdzielni w Hajdukach w charakterze księgowej. Pensja trochę wyższa niż nauczycielska i tak zaczęliśmy się dorabiać.  W 1953 zmarła mama i Ojciec został sam na gospodarstwie. Zakładano u nas „na siłę” kołchozy (spółdzielnie produkcyjne). Ojciec musiał wstąpić do spółdzielni, bo spółdzielnia zajęła mu ziemię  i budynki na magazyny. Pracował w spółdzielni wypracowując tzw. Dniówki za marne grosze. Całe szczęście, że  nie trwało to długo.      W kraju nastąpiła „odwilż” i spółdzielnie rozwiązano a gospodarstwa wróciły do poprzednich właścicieli. W 1957 roku przyszła na świat nasza pierwsza córka Urszula. Ojciec sprzedał gospodarstwo więc musieliśmy opuścić mieszkanie w Hajdukach. Wynająłem wówczas w Nysie tymczasowo pokój u takiego Ślązaka z możliwością korzystania z kuchni w której on spał. Poddasze, czwarte piętro, pokój obskurny, jak się okazało to jeszcze zapluskwiony. Warunki nie do pozazdroszczenia. Jakimś cudem udało mi się znaleźć mieszkanie zakładowe (za odstępne), które lokator miał opuścić „lada dzień”. Wprowadziliśmy się do tego mieszkania. Lokatorka z dwójka dzieci zajęła mniejszy pokój a my ten duży. Kuchnia i łazienka oczywiście wspólna. Mieszkanie jak na owe czasy – luksus. Podłoga – parkiet. Drugie piętro w centrum miasta. Jednak radość trwała krótko. Mąż lokatorki miał jakieś kłopoty z prawem(został aresztowany) i wyprowadzka przeciągnęła się w czasie kilku miesięcy. Jak wreszcie lokatorka się wyprowadziła to weszły nowe przepisy lokalowe. Zanim otrzymaliśmy przydział na to mieszkanie, to musieliśmy wpłacić dziewięć tysięcy kaucji. Na owe czasy to było pól roku mojej pensji. I znów znaleźliśmy się na dnie. Trzeba było szukać jakichś dodatkowych dochodów. Pracowałem w zakładzie po godzinach, ale to niewiele zasiliło nasz budżet. Wreszcie nadarzyła się okazja dorobić trochę większego grosza. Kierownik Ośrodka Szkolenia Kierowców Polskiego Związku Motorowego w Opolu z siedzibą w Nysie poszukiwał wykładowców. Posiadałem prawo jazdy, które uzyskałem jeszcze, jak uczęszczałem do szkoły więc „załapałem” się na wykładowcę. I to był strzał   „w dziesiątkę”. Kursy z reguły organizowane były w terenie, dlatego trzeba było mieć własny środek lokomocji. Pożyczyłem od Ojca pieniędzy, kupiłem nowy motocykl i zacząłem po godzinach pracy prowadzić kursy. Byłem co prawda gościem w domu, ale powoli „odbijaliśmy się od dna”. W niedługim czasie kierownik ośrodka złożył rezygnację a ja zająłem jego miejsce – na pół etatu. Zatrudniłem kilku wykładowców do pomocy oraz żonę, która  zajmowała się organizacja kursów Bi dorzucała grosze do domowego budżetu.

To wszystko odbywało się oczywiście w godzinach pozasłużbowych. Ojciec sprzedał gospodarstwo i zamieszkał u nas więc trochę opiekował się dziećmi jak oboje wyjeżdżaliśmy w teren, albo znajdowaliśmy opiekunkę, bo stan naszej rodziny w 1959 się powiększył. Przybyła nam druga córka Elżbieta.   W roku 1962 ukazał się nowy kodeks drogowy w którym pojawił się zapis, że korzystający z dróg woźnice, pędzący bydło i rowerzyści od dziesiątego roku życia muszą posiadać kartę rowerową. W związku z tym na ośrodki szkolenia spadł obowiązek prowadzenia kursów w tym zakresie. Rozpocząłem więc szkolenia, przede wszystkim na wsiach. Ale niestety chętnych do szkolenia nie było, tym bardziej, że uczestnictwo na kursie było płatne. Jak wiadomo, chłop jest zawsze oporny. Ponieważ kursy nie szły, to dostałem z PZM-otu w Opolu reprymendę, że jestem nieudolny i że „nie umiem robić pieniędzy”. Dotarły do mnie te słowa, że tu nie chodzi o szkolenie aby poprawić bezpieczeństwo ruchu drogowym, ale chodzi o pieniądze. No i tak wziąłem się za „robienie pieniędzy” dla PZM-otu a przede wszystkim dla siebie. Przy pomocy milicji, która postraszyła kilka osób mandatami, oraz ksiądz ogłosił na  kazaniu, że bez karty rowerowej nikt nie będzie mógł poruszać się po drogach. Efekt był piorunujący – frekwencja przekroczyła moje oczekiwania. Cała wieś, kto był żyw , wzięła udział w szkoleniu. Świetlica była wypełniona po brzegi, ponad setka ludzi na sali. Ja prowadziłem wykłady a żona przyjmowała opłaty, oczywiście za pokwitowaniem. Uczestnik kursu po egzaminie otrzymywał zaświadczenie, na podstawie którego Wydział Komunikacji Urzędu Gminy wydawał kartę rowerową. I tak właśnie zaczęliśmy „robić pieniądze” i to spore. Mówią, że człowiek uczy się rozumu aż do śmierci i że pieniądz leży na ulicy, tylko trzeba go umieć podnieść, to prawda. Jeździliśmy w teren we dwoje codziennie  a nawet i w niedzielę. Ja otrzymywałem wypłatę za wykłady, plus zwrot kosztów za dojazdy, żona za organizacje kursów. Ta „akcja” trwała kilka miesięcy, gdzieś od wczesnej wiosny do miesiąca lipca. Za ten okres „do zbieraliśmy” pieniążków prawie na samochód. Trochę dopożyczyłem od Ojca i kupiliśmy nowego moskwicza. Posiadaczy samochodów prywatnych w Nysie było wówczas zaledwie kilkunastu a wśród nich i my. Musiałem się jeszcze wytłumaczyć w Urzędzie Skarbowym czy legalnie zapracowałem pieniądze na samochód.             

Tak oto wygrzebaliśmy się z biedy. Pojeździliśmy sobie tym samochodem a w wakacje pod namiot nad morze, na jeziora mazurskie i Wielkopolskie. Wyjazdy do teściów w Lubelskie. Odwiedziłem przy okazji Czułczyce koło Chełma. Zawsze obieraliśmy taką trasę aby odwiedzić po drodze dawnych znajomych i kuzynów rozrzuconych po wojnie po całym kraju. Byliśmy nawet na Węgrzech nad Balatonem. Ponadto samochód był potrzebny do przewozu pomocy naukowych na kursy. W programie szkolenia było więcej godzin wykładowych z budowy i obsługi samochodu i motocykla niż przepisów o ruchu drogowym. Przy tym było konieczne posługiwanie się na wykładach przekrojami i podzespołami samochodu i motocykla. Warsztaty obsługi i naprawcze praktycznie prawie nie istniały, stąd kładło się nacisk na mechanizacje i samoobsługę pojazdów. Moskwicz zarejestrowany na przewóz pięciu osób, więc żeby nie wozić powietrza , bo nas było czworo, ani obcej osoby to dokooptowaliśmy sobie w 1966 trzecią córkę Monikę.

   Jesienią 1979 wybrałem się z siostrami Adelą i Janiną do Rosji na Wołyń w nasze strony. Pojechałem właśnie Moskwiczem, bo to ruskie auto, nie będzie się tak rzucać w oczy.  Ale gdzie tam, u nich nawet szara myszka się nigdzie nie przeciśnie. Wyznaczone były trasy

i duże miasta, gdzie można było dojechać. Tam też dowiedziałem się jaki los Rosjanie zgotowali Ukraińcom a tym samym i rodzinie naszych sąsiadów. Abram po wyjściu z bandy zajął duże gospodarstwo opuszczone przez rodzinę polską. Naściągał różnych maszyn rolniczych i sprzętu z innych opuszczonych gospodarstw i poczuł się bogaczem. Ruscy zawsze tępili kułaków. Abram nie chciał wstąpić do kołchozu. Jak mu narzucili taki wysoki kontyngent w zbożu i mięsie z którego nie mógł się wywiązać, to poszedł na 6 lat w tiurmu, no a tam go wykończyli. Najstarsza córka Hania zmarła z wyziębienia, bo wybiegła z domu po kąpieli z mokrą głową jak nasi partyzanci zimową pora zaatakowali Radowicze.  Syna Iwana (mój rówieśnik) Rosjanie zabrali do kopalni węgla na Donbas. Tam go wykończyli i odesłali do domu, po roku zmarł. Młodszy od niego Misza zginął w wypadku. Jak Rosjanie wozili na  budowę drogi piach a on ładował piach na samochód, to został samochodem przygnieciony do skarpy. Potraktowano to jako nieszczęśliwy wypadek, choć rodzina była zdania, że to było celowo. I tak z tej rodziny została tylko matka z córką Żenią. Chociaż i im śmierć zajrzała w oczy. Bandy UPA nadal jeszcze jakiś czas grasowały i już napadały na swoich i rabowały. Podpalili budynki Abrama, gdy matka z Żenią chciały bronić majątku, to bandzior chciał ich zastrzelić. Ona zasłaniała się Biblią i nie strzelił. Od tego czasu z Biblią się nie rozstawała, nawet w czasie snu miała ją pod głową, twierdząc, że uratowała im życie.  Żenia mieszkała w Nowowołyńsku (dawniej Włodzimierz Wołyński) i to na jej zaproszenie tam pojechaliśmy. Samochód niestety musieliśmy zostawić w Kowlu a do nich pojechaliśmy autobusem, bo taksówkarz może się tylko  poruszać w promieniu50 kilometrów. Jak się mąż Żeni (Alosza) dowiedział, że samochód został w Kowlu przy dworcu kolejowym, to mówi, że musimy go szybko zabrać, bo go rozkradną. Wykupiliśmy w sklepie talony na benzynę i pojechaliśmy wieczorem po samochód. Wcześniej nie mogliśmy z Kowla jak poi godzinie 22.00, bo nas milicja zatrzyma. Mówił tak : „u nas milicja nie śpi od 6.00 do 22.00 a my wtedy śpimy a od 22.00 do 6.00 oni śpią a my nie śpimy”.  I faktycznie wyjechaliśmy po godzinie 22.00. Kazał mi jeszcze obejrzeć z daleka czy wszystkie koła są. Za miastem w szczerym polu stacja benzynowa. Podjechałem pod dystrybutor, zgodnie z instrukcją włożyłem pistolet do wlewu i idę do budki (opancerzonej). Kasjer wysunął taka szufladkę w moją stronę, do której włożyłem talony i dał mi znak, że mam iść do samochodu. Nim doszedłem do samochodu, to benzyna już się lała ze zbiornika. Wyrwałem pistolet, rzuciłem na ziemię a benzyna leje się nadal. Wylało się tyle, ile było na talonach. Alosza powiedział, że oni się z benzyny nie rozliczają, nawet kierowca samochodu służbowego jak ma oszczędności to spuszcza do rowu, bo u nich wojna się skończyła, ale stan wojenny trwa nadal. Samochód ukryliśmy w Nowowołyńsku w takiej szopie u Aloszy kuzyna.   Tak wyglądał ten wolny, komunistyczny kraj. A słowa ich piosenki „ ja drugoj takoj strany nie znaju, gde tak wolno diszit czieławiek” Tak wolno się dysze, że jak na drugi dzień rano Adela z Janiną poszły na targ, to w mig wylądowały na posterunku milicji. Posądzono je, że przyszły handlować jakimś towarem a miały tylko chustki na głowach. Po mnie przysłano gońca, żebym się natychmiast zgłosił na posterunek. Zachodzę tam a taka ruda milicjantka z gębą do mnie dlaczego nie przyszedłem się zameldować zaraz po przyjeździe, odpowiedziałem jej grzecznie, że musiałem się wyspać. A teraz proszę mnie zameldować   i wymeldować, a to dlaczego? – bo ja jutro wyjeżdżam. Faktycznie wyjechaliśmy za trzy dni, ale jakoś nikt nas nie kontrolował. Szykując się do wyjazdu nosiliśmy zakupione rzeczy po kryjomu, żeby przed odjazdem idąc do samochodu nie budzić żadnych podejrzeń. Alosza mówił, żebyśmy wyjechali raniutko o godzinie 5.00 aby o 6.00 być w Turzysku, bo tam już sobie poradzimy. Jego kum jest wielka szycha w Turzysku, ma z milicja dobre układy, to popilotuje nas do Radowicz. On jest sekretarzem partii a ponadto prezesem Spółdzielni Spożywców. Ja go pytam – a co ma wspólnego prezes z milicją? A on na to : a komendant przed świętami po szyneczkę do kogo przychodzi? No właśnie – skąd my to znamy?

Faktycznie przed godziną 6.00 byliśmy w Turzysku. Alosza poszedł do tego kuma i za kilka minut wychodzi zmartwiony i oświadcza, że nic z naszego planu. Znajomość kuma z milicją się skończyła. Okazuje się, że jego żona pojechała gdzieś tam daleko do swojej matki i ochrzciła kilkuletnią córkę. Ale niestety tajemnica się wydała. Jego wyrzucili partii, automatycznie pozbył się funkcji prezesa i układy się skończyły. Żonę za karę przenieśli z Turzyska do Radowicz  - teraz uczy w Radowiczach a on ją codziennie samochodem dowozi.

Powiedziałem – trudno. Jedziemy na ryzyko, bez obstawy do Radowicz. Jak nas złapią i odstawia na granicę to trudno – i tak już wyjeżdżamy. Pojechaliśmy bez obstawy i jakoś się udało. Chcieliśmy zobaczyć jak tam ludzie żyją. Bo gdybyśmy nie wyjechali to taki sam los i nas by tam czekał. Bylibyśmy kołchoźnikami. Wstąpiliśmy w Radowiczach do szkolnej koleżanki Adeli – (Ukrainki) Marysi Daszkiewicz. Ona i jej domownicy jakoś dziwnie się zachowali, jakby nas się bali. Rozmowa się nie kleiła a Marysia udawała, że Adeli nie zna. Wobec tego wyszliśmy od nich i pojechaliśmy na cmentarz na groby Jaszczuków : Abrama, Hani, Iwana i Miszki. Po drodze zatrzymaliśmy się koło takiego baraku, gdzie kołchoźnice międliły konopie. Jak powychodziły z tego baraku, to nie można było rozpoznać ich twarzy, tak były zakurzone, tylko oczy błyszczały. A z baraku przez otwarte drzwi wychodziły tumany kurzu.. Alosza mówi – popatrzcie, to jest nasz nowoczesny zakład  przemysłowy obróbki surowca i cykał zdjęcia dla potomnych na pamiątkę. Po naszej kolonii ani śladu. Jak okiem sięgnąć tylko łan pola obsianego zbożem. Z Radowicz do Turzyska wróciliśmy bez problemu a w Turzysku to już byliśmy na swojej wytyczonej „marszrucie”. Tylko, że znowu pech. Strzeliła mi w Moskwiczu opona. Zabrałem się do wymiany koła. W tym czasie nadjechał jakiś Ukrainiec, zatrzymał się i pyta czy my nie potrzebujemy pomocy. Pytam go, czy nie można tu kupić opon, bo jazda bez koła zapasowego to wielkie ryzyko. A on mówi, czemu nie. Komendant milicji ma opony po 30 rubli za sztukę. Dałem mu 120 rubli na cztery opony. Za jakieś pół godziny wraca i mówi, że komendanta nie zastał, ale w sklepie są opony, tylko, że po 60 rubli za sztukę. Wysłałem go do sklepu i kupił mi dwie , za 120 rubli. Ot taki to jest kraj. Jak pojechaliśmy wówczas do Kowla po samochód, który postawiłem przy dworcu kolejowym to myślałem, że Alosza sobie żartował, jak pytał czy za przekręceniem kluczyka silnik zaskoczy za pierwszym razem? Kazał mi również obejść samochód w koło i sprawdzić, czy są wszystkie koła. Ja mówię – przecież tu milicja patroluje. A on na to – a kto ci ukradnie jak nie milicja? No coś jednak w tym jest.

      Zgodnie z planem zajechaliśmy do naszej byłej sąsiadki Jaszczurowej na pożegnalny poczęstunek, który miała przygotować jej córka (powojenna) Ola. Jaszczurowa po wojnie miała jeszcze dwie córki – Olę i młodszą , której imienia nie pamiętam. Ta młodsza mieszkała gdzieś koło Odessy. Wychowywała samotnie sześcioro drobnych dzieci. Jak mówili – żyli w skrajnej nędzy. Dlatego tych „szmat” co nabraliśmy na sprzedaż to większość zostawiliśmy dla jej dzieci. Oli natomiast trafiło się lepiej, wyszła za mąż za ruskiego oficera. Mieszkała w Kowlu  na terenie koszar, gdzie wejść można było tylko za przepustką a Ola mogła przebywać poza koszarami tylko od 6.00 do 22.00. Jaszczurowa mieszkała sama we wsi Zielona w pobliżu Kowla w małej takiej chatce z jedną izbą. Kiedyś mieszkała tu rodzina polska. Jak weszliśmy do chatki to było już posprzątane i poczęstunek przygotowany – zasługa Oli. Bo wtedy, jak jadąc z Alosza z Kowla wstąpiliśmy po drodze do Jaszczurowej to zastaliśmy ją w opłakanych warunkach. W chatce bród i bałagan a ona spała w jakichś łachmanach na ławie pod piecem z Biblią pod głową. Po poczęstunku namawiali nas, żebyśmy tu przenocowali i rano pojechali. Ale siostra Janina nie chciała, bo bała się nocować na tym odludziu pod lasem. Chociaż Alosza ja uspakajał, mówił Jana nie boiś, my z Edmundem będziemy  nocować na strychu. Wystawimy dwa pulemioty i możecie spać bezpiecznie (a że broń mieli to fakt). Zapewnienie to jednak nie pomogło i siostra ponaglała mnie, żebym się pospieszył z wymiana opon i wyjeżdżamy. Słońce już było nad zachodem jak się pożegnaliśmy i ruszyliśmy w drogę do Polski. A Polska, choć nie była jeszcze wtedy naprawdę wolnym krajem, to jednak mieliśmy co nieco lepiej. Tym bardziej, że wróbelki na dachu ćwierkały, zapowiadając duże zmiany. Dojechaliśmy do granicy. Myśleliśmy, że wszystko co najgorsze mamy już poza sobą, ale niestety tu znowu spotkała nas przykra niespodzianka. Okazało się, że most na Bugu jest zerwany i można się przeprawić tylko w bród. Ponieważ nakupiliśmy piekarników i innych narzędzi technicznych, bo tam te rzeczy były tanie, więc samochód był załadowany do maximum. Bałem się przejeżdżać przez wodę, żeby samochód nie ugrzązł. Jedyne wyjście co nam pozostało, to jechać na inne przejście graniczne oddalone o 80 kilometrów. Ciemna, głucha noc, droga beznadziejna, dookoła lasy, ani żadnego samochodu, ani żadnego zabudowania, jakieś dzikie pustkowie. Najedliśmy się strachu co niemiara. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie i bez problemów przekroczyliśmy granicę. Tak zakończyła się nasz wycieczka do ZSRR. Może za dużo na ten temat się rozpisywałem, ale to tak, jak bym pisał swój życiorys w przypadku, gdybym tam pozostał. Pracowałbym w kołchozie albo w kopalni węgla na Donbasie.  W roku 1988 wybrałem się ponownie do Nowowołyńska z żoną i wnuczką Aleksandrą, ale to już były tam inne czasy. Nastąpiła u nich tak zwana „pierestrojka” jak Gorbaczow objął funkcję pierwszego sekretarza KPZR. Samochodem można było zajechać na miejsce pod sam blok. Zniesiono tak zwane „marszruty”. Reżim znacznie zelżał i faktycznie „mógł już wolniej dyszeć czeławiek”.

       Przypomniało mi się jeszcze jedno takie zdarzenie z poprzedniej wycieczki – choć było ich więcej.  Szliśmy wieczorem do samochodu z bagażami i Alosza pozdrowił mężczyznę siedzącego na ławce. Tamten w ogóle na pozdrowienie nie zareagował. Pytam: co on gniewa się na ciebie? Nie, tylko on jest nienormalny. Jak to nienormalny? Bo to jest były górnik, który odszedł na emeryturę. Upłynęło pół roku i mimo to, że się upominał nie otrzymał ani rubla. Więc napisał skargę do Breżniewa (pierwszego sekretarza KPZR). A kto normalny pisze skargi do Breżniewa? Pytam : i co, skargę rozpatrzono? Tak – po dwóch tygodniach przyjechała po niego milicja i trzy lata spędził w szpitalu psychiatrycznym. Teraz już o nic się nie upomina. Nic nie mówi, nic nie słyszy, nic nie widzi i nikogo nie zna.

Okazuje się, że u nas  - jak pisała redaktorka Tyrakowska w prasie – gotowała się wówczas tak zwana ustawa psychiatryczna. Gotowała, gotowała ale na szczęście wykipiała. Chociaż mimo braku takiej ustawy, jak się chce jakiegoś groźnego przestępcę uchronić przed kryminałem, to lekarze są w stanie umieścić go w szpitalu psychiatrycznym, zawsze to lepsze niż kryminał. Takie przypadki są znane.

       W roku 1968, mając lat 40, podjąłem studia wieczorowe w Opolu. Warunki zakład pracy stwarzał dogodne. Praca do godziny dwunastej, dowóz autobusem zakładowym. Tylko warunek. Aby uzyskać zgodę dyrekcji musiałem wstąpić do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Do tej pory jakoś udawało mi się wymigać. Ale cóż, czego się nie robi dla chleba. Takie były czasy. Cztery lata szybko przeleciały i uzyskałem dyplom inżyniera – mechanika. Pracy w zakładach przemysłowych miałem już dość, więc przekwalifikowałem się na urzędnika. Oczywiście zwerbowała mnie partia do Urzędu Miasta i Gminy w Nysie, powierzając mi funkcję kierownika Wydziału Komunikacji. Początkowo trochę dziwnie czułem się w tej roli, bo urzędy Rad Narodowych nie cieszyły się w tych czasach dobrą opinią. Jednak z czasem zmieniały się kadry. Przychodzili do pracy ludzie z wykształceniem to i opinia o urzędach zmieniała się na lepsze. I tak, mimo różnych perypetii, wytrwałem na tym stanowisku 21 lat – aż do przejścia na emeryturę. Oprócz minusów, były tu i plusy. Prowadziłem  ze swoim zastępcą kursy samochodowe, tak zwane składkowe po kosztach własnych, po uzyskaniu zezwolenia z Urzędu Wojewódzkiego. Ale skorzystały z tego Urszula, Elżbieta, Monika oraz kilka osób z najbliższej rodziny i znajomi. Monikę szkoliłem na samochodzie dostawczym marki Nysa, świetnie sobie radziła. A jak zaprowadziłem jej potem do  Fiata 126 P to bała się nim jeździć. W Nysie siedziałam wysoko, to wszystko przed sobą widziałam, a tu ja nic nie widzę. To dlatego teraz uwielbia duże auta.

     W roku 1978 uzyskałem licencje egzaminatora kandydatów na kierowców wszystkich kategorii i znów dodatkowy grosz wpadał. Ponadto Urząd Skarbowy zlecał mi (jako rzeczoznawcy) wycenę wartości uszkodzonych samochodów sprowadzanych z zagranicy

A było tego mnóstwo, to i grosz się sypał. A grosz się przydał. Na kupno mieszkania dla Urszuli i remont naszego mieszkania po powodzi.

       Kiedyś Ojciec mi powiedział (jak byłem jeszcze mały), żebym zawsze miał przy sobie choćby parę groszy – bo jak cię kiedyś kukułka okuka bez pieniędzy, to będziesz biedował całe życie. Widocznie jak kukała, to byłem przy forsie i dlatego do dzisiaj pieniądz mnie się trzyma. Ojciec miał rację!!!     

Od redakcji: powyższe wspomnienia  przesłał do naszej redakcji Wiesław Bednarek z Nysy, po przepisaniu   rękopisu autora. Redakcja  doceniając  ciekawy opis codziennych wydarzeń, tego trudnego czasu, dokonała skrótów  w tekście związanych z faktami historycznymi,   szczegółowo opracowanymi przez badaczy i  historyków, oraz wcześniej opublikowanych na łamach KSI.


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud17.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 809 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6710760