Jak przez wiele miesięcy, tak i w wigilijną noc zasypialiśmy z dręczącym niepokojem o przyszłość. Wczesnym rankiem dotarła do nas alarmująca i przerażająca wieść: na sąsiadujące z Zasmykami kolonie Radomie i Janówka napadli banderowcy i zbliżają się do Zasmyk. Zza pobliskich olszyn dochodziła do nas przybierająca na sile strzelanina, w niebo wzbijały się słupy czarnego dymu płoną- cych w Janowce zabudowań. W szalonym, gorączkowym pośpiechu zebraliśmy się do ucieczki. Nasz naprędce i byle jak załadowany wóz z ciężko chorą mamą dołączył do długiego już szeregu wozów i sań z biegnącymi obok ludźmi, głównie starcami, kobietami i dziećmi. Tabor ciągnął pośpiesznie w stronę lityńskiego lasu, gdzie spodziewano się znaleźć bezpieczniejsze schronienie. Niektóre furmanki zjeżdżały z zatłoczonej drogi i parły po polu czy łące, gubiąc toboły, wywracając się na zasypanych śniegiem jamach. Wyrzucone w śnieg dzieci, przyduszone tobołami, zanosiły się od płaczu. Kobiety błagały o pomoc. Ktoś rozsądny ostrzegł, że w lityńskim lesie mogą być banderowcy i bezpieczniej będzie zatrzymać się w przydrożnych olszynach. Wozy i sanie szybko zapełniły je po brzegi, a zdezorientowani i wystraszeni ludzie zaczęli trwożnie wsłuchiwać się w gęstniejącą i coraz bliższą strzelaninę. Niemiecki samolot z niedalekiego lotniska krążył nad polem bitwy, ostrzeliwując na oślep teren, zataczając coraz większe koła i wreszcie z rykiem przeleciał nad stłoczonymi wozami. Gdyby nie mgła i maskująca olszyna, lotnik dokonałby straszliwej masakry. Na szczęście wszystko skończyło się na panicznej ucieczce wielu zaprzęgów do sąsiednich olszyn. Widok pędzących w kierunku Zasmyk sań z polskimi partyzantami nieco nas uspokoił, wzbudzając nadzieję na wyparcie banderowców z zasmyckiej bazy. I tak się stało. Po południu strzały ucichły.

Wróciliśmy do Zasmyk, które dzięki odsieczy nie znalazły się w zasięgu banderowców i ocalały. Z napadniętych miejscowości dochodziły sprzeczne wieści, które budziły grozę. Banderowcy dostali się do Radomia na wozach przykrytych słomą, powożonych przez woźniców w niemieckim umundurowaniu. Miejscowa samoobrona, nie chcąc wchodzić w konflikt z Niemcami, szybko ukryła broń i pośpiesznie ruszyła do domów. Gdy furmanki znalazły się między zabudowaniami, spod słomy wyskoczyli uzbrojeni banderowcy i rozpoczęli krwawe żniwa. Natychmiast dołączyły do nich watahy czatujące w okolicznych wsiach. Radomie i Janówka spłonęły, a komu nie udało się uciec lub ukryć, zginął od kuli, kolby karabinu lub spłonął żywcem. Straty w ludziach wyniosły ponad 50 osób zamordowanych i kilkunastu rannych. Byłyby one znacznie większe, gdyby nie to, że wielu mieszkańców było w tym czasie w zasmyckim kościele, a więc poza strefą zajętą przez banderowców. Ci, którym udało się ujść z życiem, przeżyli godziny potwornej grozy. Po powrocie do Zasmyk pobiegłem zaraz na przykościelny plac, gdzie zwożono pomordowanych i poległych. Na zakrwawionym śniegu leżało już kilkadziesiąt ciał. Ludzie chodzili obok, rozpoznając martwych bliskich i znajomych. Inni klęczeli lub siedzieli na śniegu przy ciałach, opłakując ich śmierć. W pamięć wryły mi się cztery leżące obok siebie ciała z przykrytymi głowami. Były to dwie może dziesięcioletnie dziewczynki, ich mama i babcia, która, jak mówiono, przybyła do nich na święta. Podczas ucieczki babcia została ranna – pocisk karabinowy strzaskał kolano. Błagała wnuczki i ich mamę, by ratowały się ucieczką, ale one nie chciały już rozstać się z babcią. Banderowcy dopadli ich na polu i – oszczędzając amunicję – roztrzaskali im głowy kolbami. W ten tragiczny dzień Bożego Narodzenia banderowcy zabili 10 osób z Radowicz. Zginął z bronią w ręku, ostrzeliwując się, Antoni Romankiewicz, członek samoobrony w Janowce. Zamordowani zostali: Wanda Raczyńska-Szewczyk, Czesława Raczyńska, Helena, Józef, Antoni i Stefania Wałęgowie oraz Antoni i Jan Wąsikowie. Zamordowany został również Wincenty Szewczyk, który wymurował w Radowiczach figurę stojącą do dzisiaj. Od tamtych tragicznych świąt minęło już tyle lat, ale wstrząsający widok leżących na śniegu pomordowanych dorosłych i dzieci – moich wówczas rówieśników – często staje mi przed oczyma. Od tamtej pory nie miałem świąt Bożego Narodzenia, które nie przywiodłyby mi na pamięć tamtej sceny. A sądzę nawet, że sprzeniewierzyłem się ofiarom tamtych groźnych czasów, gdybym o Nich zapomniał, gdybym o Nich nie napisał.

Wybrany fragment wspomnień, w całości zatytułowanych: "Łuny nad Wołyniem"


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp5.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

mapka.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 347 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5996065