Urodziłem się 31.10. 1929 r. we Włodzimierzu Wołyńskim z Matki Elżbiety z domu Mojak i Ojca Dominika Demczuka - partyzanta Jazdy Jaworczyków, od 1918 r. kawalerzysty 19 Pułku Ułanów Wołyńskich, utworzonego z Jazdy Jaworczyków pod tym samym dowództwem majora Jaworskiego, podoficera zawodowego 19 Pułku Ułanów (do czasów wojny niemiecko - polskiej w 1939r.). Był dowódcą tajnej grupy AK kolejarzy, twórcą szwadronu 19 Pułku Ułanów i jego późniejszym dowódcą w 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty w latach 1942 - 1944.  Do 1939 r. wraz z rodzicami mieszkaliśmy w Ostrogu nad Horyniem, gdzie Ojciec mój pełnił służbę w stacjonującym tam 19 Pułku Ułanów. Wyjechaliśmy z Ostroga pod koniec 1939 r. do Włodzimierza Wołyńskiego do rodziców Matki. Musieliśmy opuścić mieszkanie, które znajdowało się na terenie koszar, w obawie przed wywiezieniem w głąb Rosji, co było w tym czasie standardowym rozwiązywaniem problemu rodzin wojskowych, wyrzucanych z obrębu koszar przez okupanta sowieckiego.  Do czerwca 1941r. trwała okupacja sowiecka. Mimo dużych trudności, dzięki pomocy rodziny Matki, mogliśmy skromnie żyć. Powrót Ojca i Wujka z niewoli sowieckiej podniósł nasz standard życia. Obaj znaleźli pracę w grupach roboczych wojsk sowieckich na terenie Włodzimierza i okolic. Ja ukończyłem szkołę podstawową, byłem też najbliższym pomocnikiem mojego Dziadka, który parał się rolnictwem. 21.06.1941r. o godzinie 5 rano zaczęła się nowa wojna: niemiecko - rosyjska. Na drugi dzień po zajęciu przez Niemców Włodzimierza, Matka moja wraz z nami, trójką dzieci, stanęła przed plutonem egzekucyjnym SS. Powód - podczas rewizji w miniaturce samolotu RWD-8 (nagroda za zdobycie przez Ojca 1 miejsca w strzelaniu sportowym w 1938 r.) znaleziono zużyte spłonki od naboi do dubeltówki. Spłonki włożyłem jeszcze w Ostrogu do samolotu podczas zabawy w bombardowanie i zapomniałem o nich. SS-man zażądał od Matki oddania dubeltówki, bijąc Ją i kopiąc, nie mogła jej oddać – gdyż podczas rewizji w naszym mieszkaniu w Ostrogu broń zabrali Rosjanie. Następnie zapędził Ją i nas do dołu w sadzie. Inni SS-mani w podobny sposób przywlekli sąsiadów. W ten sposób duża grupa dorosłych i dzieci stanęła przed plutonem egzekucyjnym.

Interwencja starszego oficera (okazało się później, że pochodził ze Śląska z mieszanej rodziny niemiecko-polskiej), który nie pozwolił na egzekucję, uratowała nam życie.

        W tym czasie nie wiedzieliśmy, co stało się z Ojcem i Wujkiem. Po dwóch tygodniach zjawili się w domu. Chowali się u znajomych 10 km. od Włodzimierza. Tak zaczęła się ta nowa okupacja. Atmosfera w mieście powoli się uspokajała. Ojciec i Wujek zarejestrowali się w Arbeitzamcie. Obaj podjęli pracę na kolei, Ojciec jako rewident, a Wujek jako mechanik przy remontach w parowozowni.

        W mieście rozpoczęły się represje wobec Żydów. Dokonywała tego nowopowstała Ukraińska Policja. Represje dotknęły również Polaków: byłych wojskowych, urzędników, nauczycieli itp. Szczęśliwie nie dotknęły naszych rodzin. Sąsiedzi Ukraińcy nie pozwolili na szykanowanie naszych bliskich, ponieważ moi Dziadkowie i Rodzice podczas okupacji sowieckiej pomagali wielu z nich przetrwać ciężkie chwile, lecząc ich i często żywiąc.

        Ja rozpocząłem naukę w szkole mechanicznej, zbudowanej w 1936 r. w celu szkolenia fachowców dla przemysłu zbrojeniowego COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Szkoła była bardzo dobrze wyposażona w podstawowy sprzęt. Posiadała własny agregat prądotwórczy. Kierownictwo niemieckie, nauczyciele i nadzór warsztatów - ukraiński, język podstawowy - ukraiński. Cykl nauki: 4 godziny przedmiotów podstawowych, pozostałe godziny (teoretycznie 4): przedmioty zawodowe - warsztaty. Te zajęcia często poważnie się wydłużały do późnych godzin nocnych. Już w pierwszych dniach mojej pracy na warsztatach na moje zdolności manualne zwrócił uwagę ukraiński instruktor i przekazał swoją opinię kierownikowi Niemcowi. Dobrano jeszcze 4 uczniów o podobnych zdolnościach i utworzono zespół do specjalnych prac pod kierownictwem naszego instruktora, który ściśle współpracował z kierownikiem warsztatów. Zespół wykonywał towary do handlu wymiennego na żywność na potrzeby niemieckiego kierownictwa szkoły, aby ją później wysyłać do rodzin w Niemczech. Zapotrzebowanie na nasze wyroby coraz bardziej rosło. Produkowaliśmy noże, patelnie, zapalniczki, aluminiowe garnki, brytfanny, a nawet maszynki do krojenia tytoniu. Dlatego też nasz czas pracy coraz bardziej się wydłużał, a powrót do domu stawał się utrudniony. Otrzymaliśmy, więc imienne przepustki do poruszania się po mieście wieczorami. Przepustka ta pozwala również na przebywanie w rejonie dworca kolejowego i rampy, gdzie sortowaliśmy złom do przerobu w naszych warsztatach i odlewni metali, w którą szkoła była wyposażona. Ta przepustka w niedługim czasie przydała się do innych celów.Przed Świętami Wielkanocnymi 1943 r. Ojciec zapytał, czy mam jeszcze przepustkę uprawniającą do poruszania się wieczorem w rejonie obiektów wojskowych. Odpowiedziałem twierdząco. Następnego dnia Ojciec wprowadził mnie do pomieszczenia, zajmowanego przez rewidentów kolejowych. Był tam osobnik, którego nie znałem. Zadał mi parę pytań. Następnie zaproponował mi złożenie przyrzeczenia zachowania w tajemnicy zadania, jakie miałem wykonać. Zgodziłem się. Ojciec zagwarantował swoją osobą, że dochowam tajemnicy. Otrzymałem polecenie zaniesienia małej paczuszki w porze wieczorowej tegoż dnia do osoby, której dom znajdował się w pobliżu koszar niemieckich. Sprawa była bardzo pilna. Dom znajdował się pod obserwacją policji.

        Przed wykonaniem tego zadania Ojciec poinformował mnie, że dom ten należy do Wujka, brata mojej Babci, Lucjana Wiśniewskiego, z zawodu szewca. Ten zawód pozwalał mu na kontaktowanie się z różnymi ludźmi, którzy przynosili obuwie do naprawy (była to klasyczna skrzynka kontaktowa). Idąc tam, oprócz ukrytej przesyłki niosłem do naprawy swoje podarte buty. Nie miałem żadnych trudności z dotarciem do domu Wujka. Przesyłkę przekazałem. Jak się zorientowałem, w domu było trzech nieznanych mi mężczyzn. Następnego dnia do domu Wujka wkroczyła policja, jednak nic nie znalazła, jak również nikogo obcego tam nie zastała. Nie zastosowano żadnych represji. Za Wujka wstawił się oficer gospodarczy jednostki wojskowej, stacjonującej w koszarach. Oficer ten często korzystał z usług Wujka, popijając interesy samogonem, który był cichym ubocznym produktem działalności Wujka. Po latach dowiedziałem się, że wytwórnia samogonu była usytuowana w starym rozbitym bunkrze przy samych koszarach, do którego prowadziło ukryte przejście.

        Tak zaczęła się moja działalność konspiracyjna. Zostałem kurierem. Nie byłem wtedy jeszcze zaprzysiężony. Przesyłki odbierałem i przekazywałem nosząc jedzenie dla Ojca w dniach wolnych od zajęć szkolnych. Jak się później dowiedziałem, podobne zadanie wykonywała moja siostra, która nie wiedziała o moich zadaniach kurierskich. O działalności mojej i siostry wiedziała tylko Matka. Podczas moich wędrówek tylko jeden raz przeżyłem moment krytyczny. Mnie i całą moją rodzinę uratował instynkt. Niosąc przesyłkę i jedzenie dla Ojca, musiałem przechodzić koło wartowni „Banszuców” (Policji Kolejowej). Będąc jeszcze skryty żywopłotem, zobaczyłem błysk jakiegoś światła w oknie wartowni oświetlonej słońcem. Coś mnie tknęło. Wyjąłem przesyłkę przechodząc obok żwirowiska zalanego wodą i włożyłem ją pod skarpę, zanurzając w wodzie. Te czynności nie były widoczne z wartowni. Gdy wyszedłem zza żywopłotu i podszedłem do wartowni, wyszli z niej dwaj gestapowcy w czarnych mundurach z psem. Podeszli do mnie, jeden wyrwał mi koszyk. Wyrzucił jedzenie na ziemię, drobiąc je nogą na kawałki. Zrewidowali mnie dokładnie, nawet buty kazali mi zdjąć i z krzykiem żądali odpowiedzi, gdzie to mam. Udawałem, że nic nie rozumiem. Wezwali policjanta z wartowni. Znałem go, bo handlował z moim Ojcem. On był tłumaczem i potwierdził moje słowa, że noszę jedzenie dla Ojca. Drugi gestapowiec ruszył drogą, którą przeszedłem, prowadząc psa, ale pies niczego nie znalazł. Zakończyło się to tak, że dostałem od gestapowca w głowę. Rozbeczałem się, a wtedy oni odeszli, pozostawiając mnie przed wartownią. Incydent ten był sygnałem, że ktoś szpieguje kolejarzy. Na razie jeszcze nie wiedzą, który kolejarz jest w organizacji. Sprawa stała się bardzo poważna. Do tej chwili nie wiedziałem, że mój Ojciec był komendantem konspiracyjnej jednostki kolejowej. Był czerwiec 1943 r. Pod koniec tego miesiąca nastąpiła akcja gestapo, likwidująca kilka ogniw organizacji Samoobrony we Włodzimierzu. Mój Ojciec otrzymał rozkaz opuszczenia miasta i włączenia się w struktury powstającego oddziału partyzanckiego ”Klin”, pod dowództwem „Piotrusia Małego”, st. wachmistrza Władysława Cieślińskiego.

Fragment wspomnień J. Demczuka spisanych pod tytułem " Wojenne losy".  Wstawione za zgodą autora przez B. Szarwiło


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 302 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4956991