Dziadkowie, Jan i Dominika Sobczykowie, rodzice mamy, przybyli na Wołyń w 1922 roku. We wsi Radowicze, gmina Turzysk koło Kowla, kupili kilkanaście hektarów podmokłego, olszowego lasu, który w ciągu kilku lat zamienili w uprawne pola i użyteczne łąki. Postawili budynki i założyli wiśniowy sad, który stopniowo poszerzali o inne drzewa i krzewy owocowe. Dzięki wytężonej pracy wszystkich członków rodziny wkrótce zapewnili sobie znośne warunki bytowania.(...) W Radowiczach znaleźli się dziadkowie z pięciorgiem dzieci: Heniem, Jankiem oraz trzema córkami, które niebawem powychodziły za mąż za przybyłych na Wołyń osadników. Najstarsza, Bronisława, wyszła za Stanisława Molendę, średnia Stanisława – moja mama – za Władysława Budzisza, najmłodsza Maria – za Jana Stefanowicza, wnuka powstańca z 1863 roku i syberyjskiego zesłańca. Ojciec mój urodził się w Czarnolesie – wsi niegdyś Jana Kochanowskiego, mama – dwa lata później w Garwolinie, gdzie dziadek administrował majątkiem. Ojciec, nie widząc zachęcających perspektyw na gospodarstwie w licznej rodzinie, w 1928 roku wyjechał na Wołyń – zachęcony przykładem brata ożenionego z Ukrainką i osiadłego w Turzysku oraz szwagra, Wincentego Gnysia, który kupił tam młyn wodny na Turii. (...) W Radowiczach ojciec poznał mamę i wkrótce pobrali się. W posagu mama otrzymała trochę gruntu, na którym rodzice zbudowali domek i gospodarcze pomieszczenia, a następnie założyli spory wiśniowy sad. Czasy były trudne, szalał światowy kryzys i bezrobocie. Rodzice tyrali od świtu do nocy, chwytając się każdej pracy, również u zamożniejszych gospodarzy. W tamtym trudnym okresie, 20 listopada 1930 roku, przyszedłem na świat. Dwa lata później urodziła się siostra Danusia. (...) Ojciec otrzymał posadę gajowego w lasach hr. Stanisława Starczewskiego, a po roku został ich administratorem, co przynosiło nam znaczne korzyści: darmowy wypas krów w lesie i na łąkach, opał bezpłatny i niezłe pobory.

Wkrótce mogliśmy dokupić trochę lepszych gruntów. W 1936 roku zamieszkaliśmy w specjalnie zbudowanej gajówce tuż obok wysokiego, wiekowego, rozłożystego dębu, na wzniesieniu, skąd rozpościerały się rozległe, piękne widoki. Z trzech stron ciągnęły się łąki, a za nimi sosnowe bory. (...)Radowicze były dużą, rozległą wsią, ciągnącą się 6 kilometrów wzdłuż traktu Turzysk-Kupiczów. Składały się z centralnej ulicówki i peryferyjnych kolonii: Abramowca, Kolonii Czeskiej, Żukowa, Kolonii Polskiej, Koczek, gdzie mieszkaliśmy z dziadkami oraz Puhów. Abramowiec i Kolonię Polską zamieszkiwali Polacy, pozostałe skupiska były polsko-ukraińskie. Natomiast w Kolonii Czeskiej mieszkało kilkanaście rodzin czeskich, których przodkowie przybyli tutaj w latach 70-tych XIX wieku. Ze względu na licznie zamieszkałą ludność polską, już w XIX w. we wsi była czynna jedna z trzech kaplic katolickich parafii Turzysk, pozostałe – w Dolsku i Różynie. W 1943 roku w Radowiczach mieszkało ponad 90 polskich rodzin, co stanowiło połowę mieszkańców. (...) Bolesnym wstrząsem dla ludności polskiej Radowicz i sąsiednich wsi było zamordowanie w nocy z 10 na 11 kwietnia 1943 roku Marcelego Leśniewskiego i jego dwóch dorosłych synów: Eugeniusza i Antoniego, członków miejscowej konspiracji. (...)  Z morderstwem Leśniewskich zbiegła się wiadomość o zamordowaniu ośmiu Polaków w niedalekim polskim Osieczniku. Była to planowa akcja eksterminacyjna, obejmująca najpierw mężczyzn w sile wieku, którzy dla ratowania swoich rodzin chwyciliby bez wątpienia za broń, jak to czynili inni na całych Kresach Południowo-Wschodnich. W połowie maja pod Kluskiem został schwytany przez banderowców i zaginaj; bez wieści Kazimierz Daszkiewicz z Radowicz, łącznik miejscowej konspiracji akowskiej. Penetrowane przez banderowców drogi stały się niebezpieczne dla ludności polskiej, która nie tylko w naszej wsi przestała oddalać się poza najbliższy teren, rezygnując z wyjazdów do kościoła w Turzysku i majowych nabożeństw. (...)  Pod koniec czerwca banderowcy bestialsko wymordowali jedną z rodzin Daszkiewiczów: ojca Jana, jego żonę Paulinę oraz dwie córki – Helenę z 9-miesięcznym dzieckiem i Leokadię, którą zakłuli widłami w stajni pod żłobem, gdzie się schowała. Pięcioletni synek Heleny, Stefan, skrył się za szafą i ocalał. Znaleziono go następnego dnia płaczącego przy zwłokach matki. Kilka dni po tym mordzie syn Jana, Stefan, został schwytany przez banderowców i dotkliwie poraniony, ale przy pomocy życzliwych Ukraińców zdołał się uratować. Adam Daszkiewicz (z innej rodziny – matka Ukrainka) został zakopany przez upowców po szyję w ziemi, bo nie chciał przystąpić do UPA i mordować Polaków. Cudem się uratował. Wielorodzinny ród Daszkiewiczów, osiadły tutaj przed wiekami z nadania Michała Korybuta Wiśniowieckiego, teraz, jak nigdy dotychczas, poniósł liczne i bolesne ofiary w ludziach i majątku ze strony UPA. Jak na całym Wołyniu, również w Radowiczach tutejsi ounowcy podporządkowali sobie propagandą i terrorem miejscową ludność ukraińską, zwłaszcza młodzież, przygotowując ją do krwawej rozprawy z Polakami. Już od początku czerwca 1943 roku coraz częściej we wsi rozlegał się banderowski „szlagier” – „Smert, smert, Lacham smert!”, śpiewany przez miejscowych osiłków, niedawno jeszcze komsomolców i ich galicyjskich, nazistowskich instruktorów. Przy wtórze takich zbójeckich pieśni, z inicjatywy ounowców, usypano na wzniesieniu wyniosły kopiec i ustawiono na nim wysoki prawosławny krzyż, przybrany sino-żółtymi barwami i tryzubem. Duża część ludności polskiej żyła wówczas złudzeniami i drogo za nie płaciła. Zwłaszcza starsi mieszkańcy, którzy powtarzali: nie uczyniliśmy nikomu krzywdy, więc dlaczego mieliby nas zabić? W tym przekonaniu byli często utwierdzani przez swoich ukraińskich sąsiadów. Tymczasem w dniach 10, 11 i 12 lipca 1943 roku masowe mordy ludności polskiej osiągnęły piekielne apogeum pochłaniając ponad 15 tys. ofiar. Pod koniec lipca upowcy uprowadzili z Radowicz siedmiu młodych, których uwięzili w Suszybabie, gdzie mieli swoją placówkę. Uwięzionych bito i maltretowano, by wydobyć dane o konspiracji. Wcześniej czy później czekała ich okrutna śmierć. Powiadomiono o tym oddział samoobrony w Zasmykach. Pięciu dobrze uzbrojonych chłopców ruszyło bez zwłoki do Radowicz. Stanisław Romankiewicz  z pistoletem w ręce kategorycznie zażądał od przewodniczącego selrady, Iwana Karbowskiego, wypuszczenia uwięzionych, grożąc spaleniem zabudowań Ukraińców i wymierzeniem winnym najsurowszej kary. Brawurowa akcja dała efekt nadspodziewany – wszyscy zostali wypuszczeni na wolność: Bolesław Budzisz, Tadeusz Dziedzic, Wacław Furga, Mieczysław i Tadeusz Łodejowie, Wacław Molenda i – nie mam pewności – Maria. (... ) Około 20 lipca w ukraińskich wsiach na południe od Radowicz, w Tuliczowie, Werbicznie, Bobłach i innych, zauważono narastający napływ banderowców. Do polskich mieszkańców poszły elektryzujące, ostrzegawcze sygnały, by mieć się na baczności, a zwłaszcza noce spędzać w ukryciu. Z 23 na 24 lipca, podobnie jak dotychczas, nie nocowaliśmy w domu. Tym razem spaliśmy w życie. (...)  Z Zasmyk szły ostrzeżenia i słowa otuchy. Kazano nam mieć się na baczności, noce spędzać w kryjówkach, w różnych miejscach i nie wszyscy razem. Staraliśmy się przestrzegać rozsądnych zaleceń, ale spanie w ciasnej kryjówce – w stodole czy wykopanej w sadzie norze – było okropną udręką. Parne noce, nasycone lękiem, uniemożliwiały sen, nasuwały najczarniejsze myśli i wyobrażenia. Po kilku takich nocach wróciliśmy do noclegów w polu – w kopach żyta, gdzie przynajmniej człowiek nie dusił się z braku powietrza. (...)  W tych warunkach szybko dojrzewała decyzja o ucieczce do Zasmyk. Czekaliśmy, jak wszyscy polscy mieszkańcy, na sygnał i obiecaną eskortę, chociaż niełatwo było pogodzić się z myślą, że trzeba będzie opuścić gospodarstwo. (...)  18 sierpnia w Werbicznie byliśmy świadkami przewożenia przez banderowców pięciu polskich partyzantów, członków zasmyckiej samoobrony, przebywających czasowo na placówce w Julianowie koło Turzyska. Banderowcy, przebrani w polskie mundury wojskowe, weszli podstępnie do domu, gdzie znajdowali się Polacy. Nim ci się zorientowali z kim mają do czynienia, na obronę było już za późno. Uratowało się dwóch wyskakując przez okno. Schwytanych banderowcy przewieźli do wsi Suszybaba i tam bestialsko zamordowali. Wśród nich był nasz sąsiad Mieczysław Bednarek „Mantę!”. Dnia 23 sierpnia 1943 roku, wczesnym rankiem, obudziły mnie bliskie karabinowe strzały. Zerwałem się na równe nogi, obudziłem siostrę i wybiegliśmy oboje na podwórze. W rogu sadu stała przerażona mama. Przywołała nas skinieniem ręki do siebie. – Bulbowcy! – krzyknęła. – Strzelali do ojca i pobiegli za nim! Schowajmy się! (...) Mama pocieszyła mnie, że ojciec na pewno uciekł. Był doświadczonym żołnierzem, przeszedł kampanię wrześniową, umiał więc zachować się w takiej sytuacji jak dzisiaj. Gdy spostrzegł zbliżających się do podwórza banderowców, nie miał wątpliwości, co go może spotkać. Skoczył raptownie za budynek i pod jego osłoną pobiegł w kierunku pobliskiego gęstego zagajnika. Biegł pochylony, zygzakiem, po strzale padał, udając trafionego. Szczęśliwie dobiegł do zagajnika, gdzie się ukrył, a następnie pod osłoną nocy przedostał się do Zasmyk. Został żołnierzem samoobrony. Do Radowicz już nie wrócił. (...)  Ochłonąwszy z silnego wrażenia zabraliśmy się z siostrą do obrządku inwentarza. Mama udała się do krewnych w Polskiej Kolonii, by dowiedzieć się, co robić dalej. Wróciła z informacją, że nocą był u nich goniec z Zasmyk. Polecił spakować najpotrzebniejsze rzeczy i mieć w pogotowiu wozy, a na sygnał zebrać się w miejscu, które zostanie podane. W drodze do Zasmyk będzie nas osłaniał pododdział samoobrony. (...)  Ale zaraz bardzo zasmuciła nas wiadomość, że banderowcy zamordowali wiele osób z Radowicz, naszych dobrych znajomych, udających się do zasmyckiego kościoła i powracających stamtąd w niedzielę 22 sierpnia Ciał jeszcze nie znaleziono, ale nadzieja, że są żywi, jest juz znikoma. Z Radowicz nie dojechali do kościoła Adam Bartoszewski z żoną Weroniką, którzy chcieli odwiedzić syna Edwarda, będącego od kilku dni w samoobronie oraz sąsiadka Ludwika  Daszkiewicz, która pojechała z nimi, by zobaczyć się z synem Henrykiem. Miała jechać z nimi i Danusia Kostrubiec, by odwiedzić ojca Władysława, który w samoobronie od kilku dni był rusznikarzem. W drodze do Bartoszewskich użądliła ją pszczoła. Z powodu opuchlizny policzka musiała zrezygnować z wyjazdu i uratowała się. Bartoszewscy ze względu na zapowiadający się upał zdecydowali się jechać przez lityński las, by me przegrzewać koni, o które bardzo się troszczyli. I tam ich spotkała śmierć. Z kościoła tej niedzieli nie wrócili Stanisław i Aniela Małkowscy, rodzice sześciorga małych dzieci oraz ich sąsiedzi: Rozalia Kułakowska i Maria Kiełbasa z czternastoletnim synem Marianem, a także trzynastoletnia Ewa Młynek. Inni radowiczanie, między innymi Bogumiła Molenda, którzy w obie strony jechali inną drogą, przez Piórkowicze, wrócili pod wieczór szczęśliwie do domu. Wiadomość o śmierci znajomych bardzo nas zatrwożyła. Potwierdzała nasze obawy, że drogi do Zasmyk są już zamknięte i uciekający będą narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo. (...)  Noc z 30 na 31 sierpnia – ostatnią w Radowiczach – spędziliśmy w pobliskim, gęstym sosnowym młodniku, który kilka dni temu dał schronienie ojcu. (...)  Wstawał piękny słoneczny dzień. Ostrożnie wyszliśmy z zagajnika. Skradając się weszliśmy na podwórze. Drzwi w domu były pootwierane, na podłodze walały się porozrzucane rzeczy, pakowane przez nas z dużym trudem. Widoczna była obecność intruzów. Na widok tego bałaganu zdjął mnie dławiący strach, nogi uginały się jak z waty. Na myśl, że mogliśmy leżeć już tutaj martwi, zrobiło mi się mdło. Podszedłem do siedzącej bezradnie na podwórzu mamy i krzyknąłem rozpaczliwie: „Uciekajmy, bo nas zabiją!”. Mama wstała, trzymając się za serce i powiedziała jakimś dziwnym głosem: „Uciekamy! Niech się dzieje już, co chce. Zawiadomię tylko dziadków”. I resztkami sił pobiegła do nich. My tymczasem w wielkim pośpiechu zebraliśmy z siostrą porozrzucane rzeczy, pakując je do worka. Kawałkiem czerstwego chleba zaspokoiliśmy poranny głód. Czekając na mamę poczułem jakiś gorzki żal wszystkiego wokół: domu, sadu, pól i błękitnego nieba. Mama szybko wróciła, z trudem łapiąc powietrze. Okropnie zdyszana powiedziała: – Uciekajmy! Zaprzęgaj! Przyjechali; będą mordować! Aleksander powiedział dziadkowi, że jutro albo nawet dzisiaj będą nas zabijać. (...)  Rzuciłem się do stajni, wyprowadziłem klacz i z trudem narzuciłem jej uprząż. Na wóz włożyłem kilka snopków owsa, a następnie worki z rzeczami i mąką. Wypuściłem krowy z obory, które poszły na polanę. Łyska spuściłem z łańcucha i przygroziłem, by – zgodnie z życzeniem mamy – pozostał na podwórzu. Łysek posłuchał, jak nigdy, usiadł pośrodku podwórza i z niepokojem przyglądał się, gdy ruszyliśmy w drogę. Z pobliskiego wzniesienia spojrzałem na podwórze. Było widoczne jak na dłoni. Pośrodku siedział Łysek i patrzył w naszą stronę. Zrobiło mi się go okropnie żal i poprosiłem mamę, byśmy go zabrali. Ale mama nie wyraziła zgody, licząc że wkrótce wrócimy, a przez ten czas będzie się nim opiekować babcia. (...)  echaliśmy kłusem leśną, rzadko już uczęszczaną drogą, by umknąć niepostrzeżenie. Trzymając lejce biegłem z siostrą obok wozu, żeby klaczy na piaszczystej drodze było lżej. (...)Bez przeszkód przyjechaliśmy do Polskiej Kolonii, gdzie stał już rząd furmanek gotowych do drogi. Szczęściem, na wyczucie, trafiliśmy w samą porę. Byłem rozczarowany, gdy spostrzegłem, że jadą wyłącznie kobiety z dziećmi, bez zapowiadanej zbrojnej obstawy. Wiadomość, że widziano banderowców w pobliskich ukraińskich zabudowaniach, wprowadziła nas w nastrój trwogi, graniczącej z paniką. Ruszyliśmy natychmiast kolumną wozów w stronę Zasmyk, ponaglając się do szybszej jazdy. Po drodze dołączały do nas kolejne furmanki wyładowane manelami i dziećmi. Część kobiet szła obok wozów, modląc się na głos. Wreszcie dojeżdżamy do Zasmyk. Mama ociera łzy wielkiej radości i niewysłowionej ulgi. (...)  Po naszej ucieczce Radowicz, 31 sierpnia, dziadkowie zostali u siebie, doglądając również naszego obejścia i inwentarza. Babcia doiła krowy, które same rano wychodziły na pastwisko, a wieczorem wracały na podwórze. Karmiła również Łyska strzegącego wiernie gospodarstwa. Dnia 5 września, idąc do nas, zauważyła chodzących po naszym podwórzu kilku uzbrojonych mężczyzn. Tknięta złym przeczuciem, zawróciła z drogi. W domu spotkała już wystraszonego Aleksandra, który dopiero co przybiegł z groźną wiadomością: we wsi rozpoczęły się mordy ludności polskiej. Błagał, by natychmiast uciekać z domu, bo lada chwila mogą przyjść do dziadków. Poradził, by ukryć się w sąsiednim lesie, w gęstych tarninach. Obiecał, że będzie dziadków odwiedzał nocą i przynosił pożywienie. Liczył, że wkrótce niebezpieczeństwo minie i będzie można wrócić na gospodarstwo. Dziadkowie posłuchali życzliwej rady. Babcia bezzwłocznie udała się do cioci Marysi. Spotkała ją w połowie drogi, biegnącą już z Alinką do dziadków, gdyż została ostrzeżona przez życzliwą sąsiadkę – Ukrainkę. Zabrawszy trochę pościeli i żywności, wszyscy czworo pobiegli do pobliskiego lasu, gdzie ukryli się w gęstej tarninie. Dwie godziny później usłyszeli strzał od strony zabudowań cioci Marysi, obok których mieszkała jej teściowa, staruszka Jadwiga Stefanowiczowa. Tego dnia, tj. 5 września, wymordowano wszystkich Polaków, którzy zlekceważyli niebezpieczeństwo i zostali w Radowiczach. Wincenty Latoś i syn o tym samym imieniu zostali zakłuci widłami w stodole, gdzie się ukryli w snopkach żyta. Dwie staruszki, Karolina Isańska i Anastazja Tokarska – matki nauczycielskiej pary małżeńskiej – zostały zabite pałami. W centrum wsi esbiści UPA zastrzelili Łukaszewicza, jego żonę i – po uprzednim zgwałceniu – córkę z rocznym dzieckiem. Zostali zarąbani siekierami Henryk Skrzat i jego bratanica Zofia Skrzat oraz Marcelina Daszkiewicz. Jej maż, Roman, wyruszył 8 września z Zasmyk do Radowicz, by się czegoś o niej dowiedzieć. Na skraju lityńskiego lasu został schwytany przez bulbowców i zamordowany. Zginął również z ich rąk staruszek Franciszek Iskra. Ukryci w tarninach dziadkowie z ciocią Marysią i Alinką, ujrzeli przez konary drzew, już późnym wieczorem, promienistą łunę płonących zabudowań. Aleksander, poczciwy Ukrainiec, przyniósł im ciepłej' strawy i bochenek chleba. Powiedział, że cały dzień trwały przeszukiwania polskich obejść w ramach tzw. „akcji oczyszczającej”. Wykryci Polacy byli na miejscu natychmiast mordowani. Dzień 6 września wstał pogodny i ciepły, jak poprzedni. Aleksander zjawił się dopiero późnym wieczorem z gorącą strawą, chlebem i wodą. Zdradzał jednak duży niepokój i przygnębienie. Poinformował, że we wsi jest dużo banderowców, którzy szykują się do ataku na Zasmyki. Są pewni zwycięstwa. W dalszym ciągu przeszukują polskie obejścia, wykopują ukryte rzeczy, przeczesują krzewy, zagajniki, mordują schwytanych. Wokół lasu krążą patrole. W tych warunkach opuszczenie kryjówki jest bardzo ryzykowne, ale i w tarninach nie jest bezpiecznie. Jemu zagrozili śmiercią, jeżeli nie powie, gdzie ukryli się dziadkowie. Z żalem przyznał, że już nie przyjdzie, bo jest śledzony. Naszych ogarnęło głębokie zwątpienie w możliwość ocalenia. Długo w nocy modlili się szeptem, szukając w ten sposób ratunku. Dnia 7 września, wczesnym rankiem, od strony Turzyska rozległy się pojedyncze strzały i serie z broni maszynowej, które stawały się coraz głośniejsze i bliższe. Ukryci w tarninach byli przekonani, że banderowcy przeczesują las. Po kilku minutach spostrzegli żołnierzy w niemieckich mundurach, którzy strzelając przed siebie zbliżali się do kryjówki. Zauważyli ukrytych i zaczęli strzelać ponad głowami i krzyczeć: „Raus!” Nasi padli na kolana przed wymierzonymi w nich lufami. Dziadzio klęcząc błagał o litość, używając kilku niemieckich słów, usiłował tłumaczyć, że są zbiegami ukrywającymi się przed bandytami. Jeden z żołnierzy odezwał się po polsku. Kazał wstać, zabrać rzeczy, zawiesić na kiju białą szmatę i udać się w kierunku Turzyska. Na skraju lasu zostali zatrzymani przez załogę ckm. Niemcy kazali położyć się w rowie i czekać. Tymczasem w Radowiczach rozgorzał bój. Późnym popołudniem wszystko ucichło. O zmierzchu od strony Radowicz pojawiły się ubezpieczone wozy z rannymi i zabitymi. Kompania Wehrmachtu wycofywała się do Turzyska. Nasi ruszyli z Niemcami. Późnym wieczorem dotarli do stacji kolejowej w Turzysku. Zatrzymali się na noc obok mieszkania wdowy Ciasiowej, której mąż przed wojną prowadził na stacji restaurację. Jego brata z Osiecznika banderowcy ukrzyżowali na ścianie domu. Cały teren przy stacji był teraz zajęty przez uciekinierów, koczujących tutaj od kilkunastu dni. 10 września ciocia Marysia, korzystając z bezpieczniejszej już drogi, strzeżonej teraz przez Niemców, udała się z Alinką do Radowicz, by dowiedzieć się, co naprawdę stało się z teściową Stefanowiczowa. Miała nadzieję, że staruszka żyje. Niestety, na rabacie kwiatowej znalazła jej zwłoki, napoczęte już przez wrony i zgłodniałe psy i koty. W pośpiechu pochowała staruszkę w płytkiej mogile. W tym czasie Alinką, dygocąc ze strachu, rozglądała się czy ktoś się nie zbliża. O zmroku opuściły obejście i późnym wieczorem – ze znalezioną w pobliżu własną krową – wróciły bez przeszkód do Turzyska. Dnia 12 września po południu dziadkowie przyjechali do Zasmyk swoim ocalałym z pożaru wozem i klaczą, którą zaopiekował się poczciwy Aleksander. Przybycie dziadków sprawiło nam wielką radość. Odtąd dzieliliśmy z nimi los do końca wojny. Ciocia Marysia na kilka miesięcy została z Alinką u znajomych w Turzysku. Obecność Niemców w kilku wsiach położonych na południe od Zasmyk, była skutecznym zabezpieczeniem południowej flanki zasmyckiej bazy samoobrony przed banderowcami. W części gospodarstw na obrzeżach polowego garnizonu Niemcy zezwolili ludności na zbiór plonów i jesienne siewy. Z terenów zasmyckiej bazy ludność masowo ruszyła do swoich zdewastowanych lub spopielonych gospodarstw. Dnia 15 września, w słoneczne popołudnie i my wyruszyliśmy gromadnie do Radowicz: ja z dziadkami, ciocia Bronia z córkami oraz wielu innych gospodarzy. Na skraju wsi mijaliśmy wyniosły kopiec z wysokim krzyżem – symbolem samostijnej Ukrainy, który akurat ścinali własowcy, waląc po nim zawzięcie toporami. Krzyż runął kilka metrów za nami, wzbijając tumany kurzu. Ze względów bezpieczeństwa postanowiliśmy zatrzymać się w ocalałych zabudowaniach cioci Broni, położonych najbliżej niemieckiego bunkra. Pożerany ciekawością zostawiłem jadących i puś- ciłem się na przełaj do naszego obejścia. Na chwilę przystanąłem przy zgliszczach zabudowań dziadków, a następnie ruszyłem dalej. Idąc przez łąkę natknąłem się na kilku ukraińskich pastuchów, siedzących wokół ogniska. Coś do nich zagadnąłem, ale oni ponuro milczeli. Żaden nie spojrzał mi w oczy. Gdy spostrzegłem leżące obok nich grube pały, machinalnie odskoczyłem od ogniska i ruszyłem pędem przed siebie. Biegłem ile sił w nogach. Zatrzymałem się dopiero na naszym podwórzu, gdzie, jak spod ziemi, obok mnie znalazł się Łysek. Uradowany skoczył na mnie ze skowytem, lizał mi ręce, twarz, to znowu skomlał i biegał wokół jak szalony. Towarzyszył mi po obejściu, szedł przy nodze, ocierając się o mnie, co chwilę spoglądał mi w oczy. Bardzo zmizerniał, miał zapadnięte boki, widocznie cierpiał głód. Obejście przedstawiało opłakany widok: w domu brakowało drzwi, mebli, okien. Bacznie rozglądając się, z lękiem opuściłem podwórze. Łysek usiadł przy furtce i został, jak dwa tygodnie temu, gdyśmy opuszczali dom. Nie pomogły moje nawoływania. Patrzył w moją stronę, a ja z duszą na ramieniu, ponaglany strachem, szybko opuściłem obejście. Migiem znalazłem się w gęstym zagajniku, posadzonym kilkanaście lat temu za administracji ojca. Przedzierając się przez gąszcz, minąłem szałas Joska, obok którego spędziliśmy z mamą i siostrą ostatnią noc w Radowiczach. Po wyjściu na otwartą przestrzeń stanąłem jak wryty: może 50 metrów przede mną, na niewielkim wzniesieniu, stało kilka haubic, skierowanych lufami w niedaleki las. Przy nich uwijali się żołnierze w feldgrau. Obok stał oficer, lornetując teren pod lasem, gdzie kiedyś stała nasza gajówka. Kiwnął na mnie, wrzeszcząc: „Schnell!”. Na drżących nogach podbiegłem do oficera, ale on bez słowa wskazał mi szpicrutą kierunek, w którym pobiegłem. Za moimi plecami padła komenda: „Feuer!”. Kilka haubic kolejno oddało ogłuszające strzały. Po kilku minutach znalazłem się w obejściu cioci Broni. Zabudowania ocalały i były jeszcze w całkiem dobrym stanie. Mogliśmy więc wygodnie zamieszkać i pracować w gospodarstwie nad zgromadzeniem żywności na zimę i obsiać choć część pola oziminą. Myśl o głodującym Łysku nie dawała mi spokoju. Postanowiłem pod wieczór zanieść mu coś do jedzenia, choćby kromkę chleba, który przywieźliśmy z Zasmyk. Po pracy zawinąłem w worek trochę „żarnowca” i ruszyłem w drogę, mówiąc cioci, że idę niedaleko po ulęgałki. Słońce chyliło się już ku zachodowi, opadało za czarną ścianę lasu, oświetlając resztkami promieni wzgórze, na którym dominował nad okolicą tajemniczy niemiecki bunkier, utrzymując pod kontrolą okoliczne pola i łąki. Gdy znalazłem się na wzniesieniu 500 metrów od bunkra, coś bzyknęło mi koło głowy i rozległ się pojedynczy karabinowy strzał. Za nim drugi, trzeci i kolejne bzyknięcia. Strzelał bunkier. Zbaraniałem, stanąłem, a po chwili padłem w przydrożną bruzdę i zacząłem czołgać się z powrotem. Przerażona ciocia wybiegła przed zabudowania krzycząc, bym nie wstawał, tylko czołgał się aż do podwórza. Tak skończyła się wyprawa do Łyska. Więcej już go nie widziałem. Strzały z bunkra przypomniały nam o obowiązku wyjazdu na nocleg do centrum wsi, gdzie od kilku już nocy zjeżdżała się ludność polska. Migiem zaprzęgliśmy do wozu konie i kłusem ruszyliśmy do wsi, już sporo po godzinie policyjnej. Gdy wjeżdżaliśmy między zabudowania, robiło się już szaro. Wartownik ryknął na nas, że przyjeżdżamy za późno. W jednej ze stodół znaleźliśmy jeszcze wolne miejsca do spania. Szybko ułożyliśmy się do snu, kładąc się pokotem na rozesłanej słomie. Ale noc mieliśmy koszmarną. Obok stodoły do późna rozlegały się krzyki żołnierzy, chichoty i piski dziewcząt. Do stodoły kilka razy wchodzili żołnierze, świecąc latarkami w oczy. Podobno szukali podejrzanych o współpracę z bandami. Po północy odezwała się artyleria. Wczesnym rankiem rozespani wracaliśmy do swoich gospodarstw, by kontynuować pilne prace polowe. Po kilku dniach część zgromadzonych płodów wywieźliśmy do Zasmyk. Niebawem wróciliśmy, by kontynuować prace. Któregoś dnia pojechałem wozem z siostrą na nasze pole. Po drodze zatrzymaliśmy się przy świeżo usypanej zbiorowej mogile, w której zostali pochowani banderowcy, zabici 7 września w pierwszej przypadkowej bitwie z Niemcami. Obok mogiły przebiegała wzdłuż naszego pola linia płytkich, naprędce wykopanych do pozycji leżącej okopów. Upowcy, przygotowani do zaatakowania Zasmyk, musieli nagle odwrócić front o 180 stopni, co na pewno wprowadziło w ich szeregach wiele zamieszania. Mając jednak kilkakrotną przewagę liczebną i dogodne terenowe położenie, nie wpuścili Niemców do Radowicz. Na banderowskich pozycjach leżało sporo łusek i granatów moździerzowych, zdarte i poprzestrzelane obuwie, jakaś cywilna odzież. Po obejrzeniu części bitewnego pola, które do dzisiaj Ukraińcy nazywają „Budziszowym Polem”, zabraliśmy się z siostrą do kopania naszych ziemniaków. Nie upłynęło kilku minut, jak spostrzegliśmy idącego do nas Niemca. Przerwaliśmy pracę, z lękiem obserwując przybysza. Ten, uśmiechając się, kazał nam wsiąść na wóz, chwycił klacz za uzdę i wyprowadził z pola na dróżkę, następnie gestem kazał nam odjechać. Wróciliśmy z niczym. Okazało się, że nasze ziemniaki znajdowały się w strefie przeznaczonej dla Niemców i wkrótce zostały wykopane przez żołnierzy i wywiezione do kowelskiego garnizonu. W zapasie mieliśmy jeszcze jedno pole ziemniaków na kolonii Żuków, znacznie odległej od centrum wsi, a więc i od strefy bezpieczeństwa. Stąd wyprawa po nie była zbyt ryzykowna. Zwlekaliśmy więc z kopaniem tam ziemniaków, pracując nad zbiorem okopowych i siewem oziminy u cioci Broni. Dopiero 28 września zdecydowaliśmy się rozpocząć wykopki na Żukowie. Po południu wybraliśmy się z babcią i Danusią na pole, które ojciec kupił kilka lat przed wojną. Dla nas i wielu innych mieszkańców Radowicz było to teraz miejsce szczególne, bo pół roku temu, 10 kwietnia w nocy, zostali tam zamordowani przez UPA trzej nasi sąsiedzi – Leśniewscy: ojciec Marceli oraz synowie Antoni i Eugeniusz. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że nasze pojawienie się tam będzie zauważone przez miejscowych Ukraińców i potraktowane pewnie jako zuchwalstwo, gdyż pole znajdowało się daleko poza strefą jako takiego bezpieczeństwa dla ludności polskiej. Z miejsca zabraliśmy się do kopania ziemniaków i zsypywania na pryzmę. Bacznie i z lękiem obserwowaliśmy równinny wokół teren i rząd ukraińskich zabudowań, odległych od nas kilkaset metrów. Pracowaliśmy zawzięcie i ku naszemu zadowoleniu rosła pryzma ziemniaków. Zajęci pracą nawet nie zauważyliśmy, że zapadał już zmierzch, nadciągnęły chmury i zaczaj siąpić deszcz. Niosąc ziemniaki na pryzmę nagle spostrzegłem, że w naszym kierunku idą dwaj uzbrojeni cywile. Nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości, że są to banderowcy. Rzuciliśmy się do panicznej ucieczki, porzuciwszy motyki i kosze. Biegnąc czekałem tylko, kiedy padną strzały, ale banderowcy bali się widocznie alarmować garnizon i ściągnąć na siebie ogień artylerii. Wpadliśmy na podwórze wystraszeni, zziajani i zlani potem. Zanim doszliśmy do siebie i opowiedzieliśmy, co zaszło, zaczęło się na dobre ściemniać. Zaczął padać rzęsisty deszcz. Wyjazd na nocleg do garnizonu, aczkolwiek w tym przypadku zbawienny, okazał się już spóźniony i ryzykowny. Zdecydowaliśmy się pozostać na noc na miejscu. Zastanawialiśmy się, czy nocować w jednym czy w różnych budynkach. W końcu postanowiliśmy pozostać w domu, gdzie były sztaby przy drzwiach i mocne okiennice. Umówiliśmy się, że w razie czego będziemy uciekać przez okna do sadu w gęste krzewy malin i porzeczek. Przy pełgającym ogarku odmówiliśmy półszeptem naszą codzienną modlitwę. Klęcząc poczułem się źle, robiło mi się zimno i gorąco. Miałem pewnie podwyższoną temperaturę. Dziadzio poświecił na mnie ogarkiem i orzekł, że to wietrzna ospa, bo na ciele pojawiła się wysypka. Wypiłem gorącej „herbaty” z malinowych łodyg i przykryty jakimś łachem szybko usnąłem. Pewnie było już po północy, gdy obudziły nas wszystkich głośne wybuchy – gdzieś niedaleko rwały się pociski, długimi seriami biły cekaemy, najgłośniej z pobliskiego bunkra. Przywarliśmy do szpar w okiennicach. Nad bunkrem i wsią wzbijały się w niebo czerwone rakiety, oświetlając nasze podwórze i pobliskie pola. Wpadliśmy w nerwowy szok, spodziewając się za chwilę najgorszego. Powtarzałem płacząc: dlaczego, dlaczego zostaliśmy tutaj na noc!? Siostra i kuzynki zanosiły się płaczem, dygocąc jak liście osiki. Największe opanowanie wykazała babcia. Zakazała nam lamentować i odzywać się. Dzieciom poleciła wejść do piwnicy w kuchni pod podłogą. Siedzieliśmy tam chwilę trzęsąc się jak w febrze. Nagle uświadomiłem sobie, że w razie podpalenia domu, wszyscy w piwnicy spłoniemy. Ze zdwojoną energią wygramoliliśmy się z tej niebezpiecznej kryjówki. Podbiegliśmy do okna, które wychodziło w krzewy, by w razie czego otworzyć okiennice i znaleźć się w gęstym sadzie. Ale strzały nagle ucichły, słychać było tylko szum wiatru, plusk deszczu i łomot gałęzi po okiennicach i ścianach. Po dłuższym nasłuchiwaniu ułożyliśmy się ponownie do snu. Kiedy się obudziłem słońce było już wysoko. Wszyscy krzątali się w obejściu. Wyszedłem na podwórze, gdzie stały babcia z ciocią, obserwując z zaniepokojeniem dwóch żołnierzy w feldgrau idących w naszą stronę. Zawsze opanowana babcia zadecydowała, że sama zostanie na podwórzu, a reszta ukryje się w różnych zakamarkach, co też natychmiast uczyniliśmy. Żołnierze, przystając i rozglądając się: weszli powoli na podwórze. Okazali się Litwinami z pododdziału wchodzącego w skład niemieckiego garnizonu. Mówili po polsku. Zażądali jajek i kur, ale musieli obejść się smakiem, bo po kurach nie było już śladu – rozkradli je Ukraińcy zaraz po ucieczce stąd polskich gospodarzy. Poinformowali babcię, że nocną strzelaninę spowodowali jacyś ludzie, zdążający do garnizonu. Nic więcej o tym nie wiedzieli. Wystraszeni porządnie wczorajszą dramatyczną ucieczką z pola oraz nocną strzelaniną postanowiliśmy niezwłocznie opuścić Radowicze. Wczesnym popołudniem, gdy byliśmy gotowi do odjazdu, dziadzio polecił mi, abym udał się do sąsiadów i zapytał, kiedy oni zamierzają wracać do Zasmyk. Pobiegłem najpierw do najbliższych zabudowań Szewczyków, ale nie zastałem tam już nikogo. Ruszyłem do Żołnika, którego obejście znajdowało się za wzniesieniem, na samym skraju Polskiej Kolonii. Ale tam również nie było żywej duszy, a wszystko wskazywało, że domownicy musieli je tylko co i nagle opuścić: na płycie kuchennej stały garnki ze strawą w palenisku żarzyły się jeszcze węgle, na ławie leżała pozostawiona odzież. Widok ten bardzo mnie zaniepokoił. Ruszyłem w te pędy z powrotem. Na podwórzu zastałem naszego sąsiada i dalekiego krewnego ojca, Piotra Budzisza. Był bardzo przejęty tym, co przed chwilą zobaczyłem, a zwłaszcza zniknięciem kilku osób i jego syna Jasia, mojego rówieśnika, pomagającego sąsiadom przy młócce. Ruszyliśmy wszyscy bez zwłoki w drogę, niepokojąc się tym, co zaszło. Kiedy furmanki wjechały na wzniesienie spostrzegliśmy, że w naszym kierunku od strony lasu idzie ktoś powoli w koszuli zbroczonej krwią, zataczając się. Któraś z kobiet krzyknęła, że to pewnie pijany Litwin, który zaraz będzie się awanturował. Dziadzio podciął konie i wszystkie zaprzęgi ruszyły kłusem. Ale za moment sąsiad krzyknął rozpaczliwie: – Boże, to Jasio! Zeskoczył z wozu, chwycił na ręce zbroczonego we krwi Jasia i ułożył go, już nieprzytomnego, na wozie. Przerażeni tym widokiem ruszyliśmy co koń wyskoczy do Zasmyk, gdzie udzielono Jasiowi pierwszej pomocy. Następnego dnia Jasio znalazł się w szpitalu w Kowlu. Po dwóch tygodniach wrócił do Zasmyk na rekonwalescencję z kilkoma ranami – przebitym płucem i pociętą skronią. Od niego dowiedzieliśmy się o zbrodni. Tamtego dnia, 29 września, trzech bulbowców w niemieckich mundurach zabrało z dwóch zabudowań dziewięć osób, tłumacząc im po niemiecku i ukraińsku, że odstawią ich do Turzyska celem przeprowadzenia dochodzenia. Drabiniastym wozem w parę koni, wyprzężonych z kieratu, bandyci powieźli wszystkich polną drogą do traktu. Gdy jednak wóz skręcił w stronę lasu, a nie do Turzyska, wiezieni nie mieli wątpliwości, że są w rękach banderowców i czeka ich śmierć. Gdyby w tej chwili wszyscy rzucili się do ucieczki, wielu by się uratowało, ale nikt z nich nie wpadł na taki pomysł. Sparaliżowani Stochem zaczęli się modlić – odmawiać Różaniec, który miała przy sobie Kuźmińska. Wkrótce wóz zatrzymał się w gęstych krzewach. Dwóch bandytów pilnowało ofiar, a trzeci pojedynczo wyprowadzał je nieopodal i mordował kolbą i bagnetem osadzonym na karabinie. Po zamordowaniu którejś z ofiar wrócił klnąc, bo złamał kolbę. Wymieniwszy karabin, zabrał Zosię Żołnik. W krzewach kazał jej rozebrać się, a sam odstawiwszy karabin, odpiął pas z ładownicami, zamierzając najwidoczniej zgwałcić ofiarę. Zosia wykorzystawszy chwilę nieuwagi oprawcy, rzuciła się do ucieczki. Banderowiec po chwili strzelił, ale chybił, a Zosia w okamgnieniu skryła się w gęstej leszczynie. Oprawca klnąc wrócił po następną ofiarę – Jasia. Jasio, prowadzony obok leżących ciał, nagle poczuł potworny ból w plecach i stracił przytomność. Bandyta zadał mu jeszcze kilka ciosów, raniąc skroń. Pewnie w obawie, by nie uszkodzić karabinu, zadawał ciosy słabsze i nie przebił czaszki. Po niedługim czasie Jasio odzyskał częściowo przytomność i – wiedziony cudownym instynktem życia, dotarł z największym napięciem sił do Kolonii, pokonując co najmniej dwa kilometry drogi. Zosia w stanie silnego szoku przebiegła 15 kilometrów i znalazła się w zasmyckiej bazie samoobrony. Biegnąc przez las spotkała ciocię Marysię z Alinką, które – ostrzeżone przez sąsiadkę Ukrainkę – uciekały do niemieckiego garnizonu w Turzysku. Jak się wkrótce okazało, tego dnia miała miejsce zorganizowana akcja UPA przeciwko ludności polskiej pracującej w swoich gospodarstwach na obrzeżach niemieckiego polowego garnizonu. Był to nasz ostatni wyjazd do Radowicz w tragicznym 1943 roku. Wróciliśmy tutaj na kilka dni rok później, mając za sobą dramatyczny okres tułaczki po przesiąkniętym krwią i strawionym pożogą Wołyniu. Na usilną prośbę rodzin pomordowanych komendant garnizonu wysłał dla ubezpieczenia pluton żołnierzy, umożliwiając zabranie z lasu już rozkładających się zwłok z licznymi oznakami znęcania się nad ofiarami. Pochowano wszystkich w zbiorowej mogile na zasmyckim cmentarzu. W połowie października pochowano również zamordowanych 22 sierpnia przez UPA w Gruszówce, a wśród nich i mieszkańców Radowicz. Zwłoki ich odnaleziono w dość osobliwy sposób. Bronisław Kułakowski wraz z ojcem i bratem znaleźli się w zasmyckiej samoobronie już w połowie sierpnia. Przeczuwali, że matka, która jechała ich odwiedzić, podzieliła los pozostałych osób, na co wskazywały odnalezione w lesie, po bitwie 31 sierpnia, konie i wozy z rzeczami należącymi do zaginionych. Zaginięcie matki, które równało się jej śmierci, szczególnie boleśnie przeżywał Bronisław. W połowie października przyśniła mu się dwukrotnie, prosząc, by ją zabrał spod lasu i pochował na cmentarzu. Bronek postanowił odszukać jej zwłoki. Nie pomogły sprzeciwy innych ze względu na niebezpieczeństwo ze strony banderowców. Wziął karabin, nabrał naboi do kieszeni i ruszył z łopatą pod lityński las. Dopędzili go ojciec, brat i jeszcze ktoś. Na skraju lasu wkrótce natrafili na kilka miejsc, w których były płytko zakopane zwłoki 17 osób. Radowiczan udało się bez trudu zidentyfikować. Pochowano wszystkich na zasmyckim cmentarzu w drewnianych skrzyniach. Niebawem na skraju lityńskiego lasu, w Gruszówce, przy drodze z Lityna do Zasmyk, znaleziono następne mogiły z wieloma pomordowanymi Polakami z innych wsi, udającymi się do zasmyckiego kościoła.

P/w  to fragmenty wspomnień autora spisanych pt: " Łuny nad Wołyniem " i opublikowanych przez:  Fundację Moje Wojenne Dzieciństwo (2004 r.) w Moje wojenne dzieciństwo, Tom 13


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 300 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4956988