Nazywam się Mieczysław Gaweł. Jestem synem Jana i Bronisławy z domu Osojca. Urodziłem się 8 stycznia 1929 roku w kolonii Tomaszów (gmina Derażne, pow. Kostopol, województwo wołyńskie z siedzibą w Łucku)..(...) Rabunki z bronią w ręku i mordowania pojedynczych rodzin polskich rozpoczęły się późną jesienią 1942 roku. Pojawiły się również w Derażnem jakieś plakaty antyniemieckie. Aby zapobiec tego rodzaju protestom Niemcy przy pomocy policji ukraińskiej wyznaczyli trzech zakładników, oczywiście spośród Polaków. Byli to: ksiądz Michał Dąbrowski z Derażnego, Dyka – były kierownik szkoły podstawowej w Derażnem oraz Dawidowicz z Perłysianki. Zakładnicy ci mieli być odpowiedzialni za wyczyny nacjonalistów ukraińskich. Oczywiście plakaty pojawiły się ponownie. Niemcy zakładników zabrali i stracili. Trzeciego marca 1943 roku bandyci z UPA wymordowali w Dąbrówce rodzinę Naumowiczów – 9 osób. Następnie w Derażnem zabili rodzinę naczelnika poczty Ditmana – 4 osoby oraz uprowadzili Drohomireckiego, który pracował jako tłumacz u Niemca Kulika, zarządzającego dworem Potockiego i Rusieckich. Drohomirecki w czasie tłumaczenia Kulikowi zażaleń Ukraińców zniekształcał ich treść na niekorzyść skarżących się. Udawało mu się to tylko do pewnego czasu. Ukraińcy podstawili mu swojego tłumacza jako petenta do Kulika. Za ten czyn Drohomirecki zapłacił życiem. Jego żona z dziećmi udała się na Pieńki.

Po przeczekaniu w ukryciu napadu band ukraińskich wzięła jakiegoś konia z wozem i pojechała do Huty Stepańskiej, a stamtąd do Równego. Zabudowania Chmielnickiego znajdowały się całkiem na uboczu, na rogu trzeciej i czwartej drogi. Według relacji Janka Chmielnickiego schodzili się do nich mężczyźni z Tomaszowa i dyskutowali na temat zagrożenia ze strony Ukraińców. Nie uszło to widocznie uwadze sąsiada Ukraińca, gdyż pewnej nocy przyjechali do nich z Postójnego furmankami, otoczyli zabudowania i weszli do mieszkania. Okazało się, że mieli ze sobą jeszcze dwoje Ukraińców, którzy byli zwolennikami komunizmu i dwóch niewolników radzieckich. W mieszkaniu wszystkich powiązali i pokładli na podłogę za wyjątkiem Janka Chmielnickiego, na którego zabrakło sznurka. On położył się niezwiązany. W czasie oddania pierwszego strzału do leżących lampa naftowa zgasła. Janek wykorzystał to i wczołgał się pod łóżko. Po zapaleniu światła oprawcy rozstrzelali pozostałych. Dokonawszy tej zbrodni podpalili zabudowania. Gdy płomienie ogarnęły dach Janek wybiegł na podwórze. Tam jednak była jeszcze obstawa. Jeden z nich zaczął go gonić. Janek wrócił do mieszkania i schował się za drzwiami. Bandyta wbiegł za nim, nie miał jednak czasu go szukać, bo płomienie zaglądały już przez okna. Wybiegł zatem z domu. Wówczas Janek wyskoczył przez okno i zaczął uciekać w pola. Strzelali do niego, a nawet puścili za nim psa. Nie wiadomo czy strach zmusił go do maksymalnego wysiłku w czasie ucieczki czy pies nie był dobrze wyszkolony, w każdym bądź razie udało mu się schronić do szwagra Bolesława Konecznego. Według jego relacji pies nie mógł go dogonić. Okropny był widok Janka całego zbryzganego krwią. Początkowo szwagier nie poznał go i nie chciał wpuścić. Na widok ognia u Chmielnickich niektórzy sąsiedzi zaczęli biec z pomocą. Od Sałka poszedł Stefan Sałek (lat 22) i jego siostra Krystyna (lat 16). Szli krótszą drogą przez pola. W tym czasie bandyci wracali do Postójnego. Na tle ognia zauważyli dzieci Sałka i po pościgu złapali je. Decyzja była krótka – rozstrzelać. Odprowadzono ich trochę na bok od furmanek. Stefan powiedział wówczas do Krystyny – „Uciekajmy!”. Sam zaczął biec w przeciwnym do ognia kierunku i krzyczeć. Strzelali za nim. Po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów upadł, przestał krzyczeć i dalej uciekał na czworakach. Było ciemno i to ich zmyliło. Zaczęli go szukać, ale bezskutecznie. Krystyna natomiast zaczęła uciekać w kierunku ognia. Była widoczna. Trafili ją w głowę. Pocisk wyszedł jej przez oko. Widziałem ją. Okropny był to widok. Następnego dnia poszliśmy oglądać tragedię Chmielnickich. Ciała były już powyciągane z ognia. Były popalone od połowy w górę lub w dół, zaś pozostała połowa była nietknięta przez płomienie. Trudno było je zidentyfikować, bo wszyscy byli bez ubrań. Opłakiwali Polacy swoich krewnych, a Ukraińcy swoich. Po tym wydarzeniu część mieszkańców Tomaszowa wyjechała do Janowej Doliny, gdzie stacjonowało około 150 żołnierzy niemieckich. Większość jednak pozostała na miejscu. W Janowej Dolinie nie było co jeść, więc ludzie wracali do Tomaszowa po żywność. Potwierdzało to opinię moich rodziców, że poza domem poumieramy z głodu. Ludzie starsi wiekiem w ogóle nie opuszczali swoich gospodarstw. Tego rodzaju morderstwa stały się tak częste, że już nikt nie był pewny swego bezpieczeństwa. W domu niewiele się mówiło, a wszyscy myśleli tylko o jednym i tym samym – jaka będzie następna noc. Czy przeżyjemy? To straszne przez tak długi czas ciągle się bać. Pewnej nocy zapukali i do naszych drzwi. Mieszkanie nie mogło służyć za warownię. Po pożarze wszystkich zabudowań postawiliśmy naprędce dom z materiałów przeznaczonych na magazyn zboża. Było to jedno pomieszczenie o wymiarach 5 na 6 metrów, w którym było jedno małe okno, kuchnia i piec. Do tego dobudowaliśmy oborę z desek, na zimę ocieplaną warstwą dębowych liści. Dach kryty słomą. Wystarczyłaby małą iskra, żeby wszystko spłonęło. Rodzina nasza składała się z rodziców, dwóch sióstr – Marii (lat 18) i Emilii (lat 16), mnie – Mieczysława (lat 14), Tadeusza (lat 12), Juliana (lat 9) i Zdzisława (lat 5). Gdy usłyszeliśmy pukanie ojciec otworzył drzwi. Weszło ich chyba siedmiu. Byli poubierani w płaszcze wojskowe – zielone polskie i szare radzieckie, a niektórzy byli po cywilnemu. Broń też mieli różną. Jeden z nich miał siekierę. Już wyobrażałem sobie, jak to będzie bolało, gdy nas będzie rąbał. Oni natomiast zaczęli dopominać się o czoboty, sapahi i batinki. Są to ukraińskie i rosyjskie nazwy obuwia. W końcu zabrali teczkę skórzaną, szalik i poszli sobie. Jednym słowem udawali partyzantów radzieckich. Okazało się, że w ten sposób obeszli oni wszystkich mieszkańców Tomaszowa i u każdego coś zabrali. Oczywiście później wykorzystali to jako pretekst do mordowania Polaków, którzy rzekomo pomagali radzieckim partyzantom. W rzeczywistości było to również rozpoznanie. Sprawdzali gdzie przechowywana jest broń i czy Polacy będą się mieli czym bronić. Pamiętnego dnia 25 marca 1943 roku było święto kościelne. Była dość ładna, wiosenna pogoda. Dużo ludzi z Janowej Doliny wróciło do swoich domów po żywność. Moja siostra Maria dwa tygodnie wcześniej poszła na Radomiankę do ciotki Snopkowej. Mąż ciotki, Jan Snopek, po kampanii wrześniowej powrócił do domu. W czasie okupacji radzieckiej kupił w Równem kilka par pończoch i sprzedawał je w Derażnem na rynku. Na tej to „zbrodni” został złapany, skazany na półtora roku więzienia za nielegalny handel i wywieziony w głąb Związku Radzieckiego. On jeden z całej Radomianki miał karabin schowany w stodole, ale ci, którzy o tym wiedzieli nie mogli broni znaleźć. Druga moja siostra, Emilia z Otylią Furmanek poszła do Janowej Doliny. Ojciec udał się do Stanisława Kandyby, a matka do Skiby. Dwaj najmłodsi bracia bawili się ze swoimi rówieśnikami u Ukraińca Dymitra Witoszki. W domu byłem tylko ja i mój brat Tadeusz. Żona Neczypora Witoszki wracając od swoich rodziców z drogi nr 1 powiedziała nam, że Domeradzcy zostali zamordowani. Tadeusz poszedł to zobaczyć. Stało się to już po prostu zwyczajem. Ja pobiegłem po matkę. Gdy wróciliśmy matka posłała mnie po ojca. W międzyczasie wrócili Julek i Zdzisiek z żoną Dymitra, Sańką. Ta zaproponowała, że zabierze ich z powrotem do siebie. Mama zgodziła się na to. Z późniejszych relacji Furmanka dowiedziałem się, że po wymordowaniu Domeradzkich, z których uratowało się dwoje dzieci, bandyci zabrali ze sobą Antoniego Domeradzkiego. Zabili go później razem z rodziną Józefa Osowskiego. Od tego miejsca zabudowania były już przeważnie polskie, wiec szli po kolei i mordowali kogo dopadli. Dlaczego więc ominęli Furmanka? Prawdopodobnie nie znali dobrze mieszkańców Tomaszowa. Antoni Domeradzki posłużył im jako przewodnik. Nie zdradził, że Furmanek jest Polakiem. Był to bohaterski czyn w ramach jego możliwości. Zabudowania Józefa Osowskiego były trochę na uboczu i rozpoczynały ciąg polskich gospodarstw. Strzały zaalarmowały pozostałych mieszkańców Tomaszowa. Usłyszała je również przebywająca u Oleszka Siarkowska, która zostawiła w domu śpiącego męża. Pobiegła natychmiast w kierunku Osowskiego, obudziła męża. Uciekając zostawiła go próbującego obuć ciasne buty z cholewami. Gdy wracałem od Kandyby mama stała na podwórzu i wołała nadbiegającą Siarkowską. We troje zaczęliśmy się zagrzebywać w słomę. W tym czasie usłyszeliśmy strzały od strony zabudowań Siarkowskiego. Zauważyliśmy, że ucieka on ścieżką pomiędzy drogą nr 1 a środkową, czyli naszą, w kierunku Pożarek. Był na wysokości końca naszego pola. Miał już połowę drogi za sobą. Nie miałby jednak żadnych szans, nawet gdyby uciekł do Pożarek. Sańka Witoszko powiedziała mi, że stacjonował tam cały oddział ukraiński. Następnie zobaczyliśmy, że jeden z bandytów dosiadł Oleszkowego konia i doganiał Siarkowskiego. Było to w odległości około 500metrówod nas. W tym czasie Tadeusz wracał od Furmanka do domu i znajdował się w pobliżu przebiegającego Siarkowskiego. Schował się więc za kupą obornika, bo nie miał szans ucieczki i obserwował to wydarzenie z bliska. Siarkowski był już ranny w rękę. Gdy bandyta go dogonił, ten posłusznie położył się na ziemi. Ukrainiec zsiadł z konia, przytknął mu karabin do głowy, strzelił, a następnie zdjął ofierze buty. Dlaczego Siarkowski się nie bronił – nie wiem. Był bardzo zmęczony ucieczką, a może ciężko ranny. A miał szansę. Bandyta siedział na płochliwym koniu i miał karabin z oberżniętą lufą, który z pewnością nie strzelał celnie. Z późniejszych opowiadań dowiedziałem się, że ten sam bandyta zaatakował ukraińską kobietę, która przypadkowo znalazła się na terenie Tomaszowa. Na jego wezwanie, aby się położyła, zaczęła go wyzywać wymachując rękami. Koń się płoszył. Bandyta oddał do niej strzał, lecz nie trafił. Spłoszony koń poniósł go. Gdy wrócił w to samo miejsce, kobieta miała grudy ziemi w rękach i zaczęła obrzucać nimi konia. Zwierzę znów się płoszyło. Po oddaniu jeszcze dwóch niecelnych strzałów bandyta zawrócił konia i odjechał. Po zabiciu Siarkowskiego Ukrainiec wsiadł na konia i rozglądał się za następną ofiarą. My w tym czasie byliśmy do połowy zakopani w słomie i obserwowaliśmy jego zbrodniczy wyczyn. Gdy zwrócił się w naszą stronę, zauważył nas, bo matka miała na głowie białą chustkę. Przez pewien czas błagała Matkę Boską o pomoc. Gdy jednak bandyta ruszył w naszą stronę powiedziała tylko: „Ona już nas nie słyszy..”.. Zanim przyjechał do nas, zdążyliśmy jednak pochować się w słomie na dobre. Czułem końskie kopyta przy samej mojej głowie. Nie ruszałem się, aby nas nie zdradzić. Bandyta nie czuł się widocznie pewnie, bo nie zszedł z chrapiącego konia i szybko odjechał. Przed wizytą bandyty wrócił ojciec. Na wezwanie matki, aby się chował, machnął tylko ręką i poszedł do mieszkania. Hołdował zasadzie, że lepiej zginąć sytym niż w mieście umierać z głodu. W chwilach względnego spokoju wychylaliśmy głowy ze słomy i obserwowaliśmy okolicę. Jak już wspomniałem, teren był równy, więc i widoczność dobra. Widziałem bandytów przebiegających od zabudowań Oleszka do Konecznego. Było ich sześciu, a ten na koniu siódmy. Należy przypuszczać, że ich celem było wygnanie nas, a nie wymordowanie, gdyż zaczęli to robić z jednego końca kolonii i tylko w siedmiu. A przecież w Pożarkach mieli duży swój odwód. Następnie widziałem ich koło zabudowań Hanckiego, kiedy strzelali do wracającego do domu Morki, który na starość miał słaby wzrok i widział zaledwie na odległość kilkunastu metrów. Nie mógł zobaczyć kto do niego strzela. Przystanął tylko na chwilę i dalszej szedł w ich kierunku. Po którymś z kolei strzale upadł. Bandyci dalej zbliżali się do zabudowań Moska, który kilka tygodni temu wyjechał z całą rodziną do swoich teściów za Łuck do Sosnowca. Kolejnym ich celem byliśmy my. Zastali ojca na podwórku. Zaczęli go wypytywać, gdzie ma rodzinę (po ukraińsku oczywiście), lecz on powiedział, że wszyscy pouciekali. Wówczas rozpoczęli przeszukiwanie gospodarstwa. Matka była na samym brzegu słomy rozrzuconej od stogiem. Kopnięciem nogi bandyta odsłonił ją i kazał wstawać. Matka wstając odkryła Siarkowską, bo były razem schowane. Ja byłem ukryty oddzielnie i trochę dalej. W pewnym momencie usłyszałem szczęk zamka karabinowego wprowadzającego nabój do lufy. Siarkowska zaczęła wstawać, ale matka, widząc że bandyta zajęty jest karabinem, popchnęła ją i przykryła słomą. Sama poszła na śmierć. Kazali im się położyć i oddali do nich siedem strzałów. Wkrótce po ich odejściu pojawili się ukraińscy sąsiedzi od Witoszków z kuzynami Ihnatiukami z drogi nr 1, którzy zaczęli grabić nasze mienie. Usłyszałem jak syn Ihnatiuka (w moim wieku) mówił do Neczypora, że Mila, Otola i Tadeusz ukryli się w Postójnem u znajomych Ukraińców. Podał przy tym ich nazwisko. Byłem mu wdzięczny za tę informację, bo wiedziałem gdzie ich szukać. Jak wspomniałem była to wczesna i dosyć chłodna wiosna, a ja byłem tylko w jednym drelichowym ubranku i pod cienką warstwą słomy. Zauważyłem, że cały trzęsę się z zimna. Później stwierdziłem, że nie z zimna a ze strachu, bo dostawałem drgawek tylko wtedy, gdy ktoś chodził po podwórzu. Widocznie kobiety nie zbliżały się do moich zabitych rodziców, bo żona Dymitra, Sańka zapytała Neczypora, jak oni wyglądają. Neczypor odpowiedział: „czerepy heti porozlitałyś” (czyli że czaszki całkiem się porozlatywały). Widocznie strzelali do nich z rozrywających się pocisków. Gdy zapadł zmierzch przeszedłem z mojej kryjówki do Siarkowskiej, która oddała mi ciepłą, dużą, wełnianą chustę w rodzaju pledu, pozostawioną przez moją matkę. Jak się rozgrzałem to usnąłem. Obudziłem się, kiedy było już ciemno. Chciałem wyjrzeć na zewnątrz, lecz Siarkowska jednym ruchem ręki przydusiła mnie z powrotem do ziemi. Nie chciała się również zgodzić na ucieczkę w nocy. Po pewnym czasie szybko wysunąłem głowę ze słomy i zauważyłem, że Klin i Polanówka płoną. Pali się również zabudowanie Furmanka. Tam rozegrała się następująca scena. W domu był Furmanek z żoną i córką Heleną. Kobiety spały, a on czuwał. W krytycznym momencie zdrzemnął się. Gdy się ocknął, bandyci byli już pod oknem. Nie było czasu – jego zdaniem – na budzenie kobiet. Powstałby szum i ucieczka zostałaby zauważona. Uciekł więc sam na strych. Drzwi nie były zamknięte. Helena obudziła się, gdy bandyci wchodzili do mieszkania. Zdążyła tylko naciągnąć pierzynę na głowę. Jeden z nich podszedł do jej łóżka, usiadł na nim i położył karabin na jej nogach. Pozostali przyczepili się do jej głuchej matki. Nie mogli się z nią dogadać, więc ją zastrzelili. Poznosili pozabijanych Domeradzkich, których mieszkania nie mogli podpalić w obawie, że spłoną sąsiednie zabudowania Ukraińca. Tu ich złożyli i podpalili. Gdy płomienie objęły dom, Furmanek zeskoczył ze strychu i w kłębach dymu uciekł, a Helena wyszła na zewnątrz przez wybite okno po odejściu obstawy. Pożar u Furmanka nie przekonał Siarkowskiej, że bandyci spalą wszystkie polskie zabudowania. Nie chciała uciekać i mnie też nie pozwalała. Mówiła, że oni tu gdzieś siedzą i jak tylko wyjdziemy to zaraz nas zabiją. Gdy następnym razem się obudziłem, paliły się już z jednej strony zabudowania Moska, a z drugiej Kucharczyka. Wyskoczyłem ze słomy, chwyciłem w ręce drewniaki z nóg i zacząłem uciekać. Po kilkunastu metrach obejrzałem się. Zobaczyłem, że za stogiem stoi kawaleria około sześciu koni, a do stogu już się zbliża dwóch pieszych bandytów. Ucieczka nie miała sensu. Szybko wróciłem do Siarkowskiej, która szukała w słomie kalosza. Zdążyliśmy się tylko schować, gdy ci dwaj przeszli koło nas i weszli do mieszkania. Nie zważałem teraz na protesty Siarkowskiej. Posypałem głowę lekko słomą i obserwowałem ich. Obeszli zabudowania, wypuścili z chlewa krowę, która była chora i nikt z sąsiadów jej nie wziął, wciągnęli rodziców do mieszkania i podpalili. Postali chwilę z bronią gotową do strzału, dopóki płomienie nie ogarnęły całego budynku, po czym odeszli. Pożar groził zapaleniem się i naszego stogu, więc zapytałem Siarkowską czy i wtedy nie będziemy uciekać. Odpowiedziała, że nie. W ten sposób dotrwaliśmy do rana. Wtedy przyszły Emilia i Helena Furmanek, zabrały niektóre ubrania schowane poza domem i odeszły. Rozmyślając o swoim dalszym losie pragnąłem za wszelką cenę spotkać się z Emilią i Tadeuszem. W tym szoku zapomniałem zupełnie o najmłodszych braciach – Julianie i Zdzisławie oraz o Mariannie na Radomiance. Około godziny 10-tej zerwał się silny wiatr i groziło nam zawalenie się stogu na nas. Wykorzystałem to i tym argumentem przekonałem Siarkowską, że musimy uciekać. Ona poszła do Janowej Doliny, a ja do Postójnego. Gdy wyszedłem na pole zobaczyła mnie Sańka. Ta, która zabrała moich najmłodszych braci. Zawołała mnie, ale ja pamiętałem jak między innymi i ona rabowała nasze mienie, więc się jej bałem. Zacząłem uciekać. W Postójnem dowiedziałem się, że moje rodzeństwo, tj. Emilia i Tadeusz oraz Furmanek, Helena i Otylia poszli do Derażnego i chwilowo zatrzymają się w tym a tym mieszkaniu. Gdy wyszedłem na gościniec prowadzący do Derażnego widziałem ich, idących przede mną. Byli bardzo daleko i w dodatku wiatr wiał z ich strony, wiec nie słyszeli mojego wołania i gwizdania. Dogonić też ich nie mogłem. Gdy dochodziłem do Derażnego z lasu Potockiego padł strzał. Byłem zmęczony, a w drewniakach niełatwo było uciekać, więc pomału szedłem dalej. Chyba to ich zmyliło, bo nikt z lasu do mnie nie wyszedł. W Derażnem spotkałem wszystkich we wskazanym mi domu, na ganku, za wyjątkiem wujka, który poszedł zobaczyć, czy most na rzece Horyń nie jest pilnowany. Do mieszkania ich nie wpuszczono. Dzieci ukraińskie przechodząc mówiły: „Patrzcie no gdzie Polacy się pochowali”. Gdy Emilia zapytała mnie o najmłodszych braci, wtedy dopiero przypomniałem sobie o nich. Wracać się po nich było już niebezpiecznie. Zostali sami, nawet nie wiedząc, gdzie mogliby uciec... Rano bandyci dużymi siłami uderzyli na Pieńki i Pendyki, gdzie Polacy mieli kilka ręcznych karabinów. Wokół tych wiosek wykonali okopy i dla zmylenia przeciwnika porobili stanowiska dla ciężkich karabinów maszynowych. To chyba było powodem zaangażowania tak dużych sił UPA.  (...)  Powrócę jeszcze do tragicznych wydarzeń, jakie rozegrały się w Tomaszowie w marcu 1943 roku. W czasie palenia zabudowań tomaszowskich dorośli synowie Konecznego – Bolesław, Jan i Józef – byli akurat w domu. Gdy zobaczyli bandytów, zaczęli uciekać. Mimo ciemnej nocy Bolesława trafili w głowę. Rodzina Stanisława Kandyby rozdzieliła się w czasie ucieczki. Rodzice i syn Edward, instynktownie omijając Pożarki, udali się na północ w kierunku Klina. Tam spotkali się z rodziną Lutka Koryckiego i Jadwigą Korycką. Jadwiga Korycka przed opuszczeniem domu i starszych wiekiem rodziców, którzy nie chcieli uciekać, miała dziwną wizytę dwóch byłych kolegów Ukraińców – Szlejuka i Dejnera. Przyszli do niej wraz z kilkoma innymi, młodymi Ukraińcami, aby napić się wody. Później Szlejuk kazał tym nieznajomym wrócić do lasu. Sam z Dejnerem jeszcze na chwilę został, po czym również odszedł. Wątpię, że chodziło im właśnie o napicie się wody. Dzień był dosyć chłodny, temperatura ujemna. Dom Jadwigi Koryckiej znajdował się przy samym lesie i z pewnością był przez nich obserwowany. Zadziałały tu chyba uczucia dawnego koleżeństwa i chęć ostrzeżenia jej przed niebezpieczeństwem. Podporządkowując się jakiejś tam dyscyplinie wojskowej i obawiając jeden drugiego, nie mieli odwagi wprost powiedzieć jej, żeby uciekała. Uznali, że ich wizyta pozwoli jej się domyślić o co chodzi. I rzeczywiście poskutkowało. Żona i córka Stanisława Koryckiego opuściły już wcześniej Tomaszów. On sam pozostał do ostatniej chwili. W czasie ataku zdołał uciec tylko do sąsiada Ukraińca, który ukrył go w chlewie. Gdy jednak bandyci całą rodzinę tego Ukraińca postawili pod płotem do rozstrzelania, ten wydał Koryckiego. Bandyci znaleźli go, związali mu ręce drutem kolczastym i zastrzelili. Rodziny Koryckich udały się z Klina w kierunku Polanówki, skąd bliżej było do Janowej Doliny. Po drodze natknęli się na patrol konny dwóch bandytów z bronią, którzy zapytali skąd idą. Ponieważ Klin nie był jeszcze zaatakowany, Koryccy odpowiedzieli, że idą właśnie stamtąd. Tamci zażądali wówczas dowodów osobistych. Jadwiga podała im swój dokument tożsamości. Byli pijani i chyba dobrze nie umieli czytać po polsku, bo kazali wszystkim wracać na Klin. Tam tymczasem zebrała się już większa grupa Polaków. Mieli kilka karabinów i dubeltówek. Postanowili opuścić Klin i ukryć się w pobliskim lesie. Tu również zostali odkryci przez patrol konny, ale do walki nie doszło. Zmienili więc swoje miejsce postoju. Na drugi dzień Koryccy opuścili ten obóz i już bez przeszkód dotarli do Janowej Doliny. Okazało się, że poprzedniego dnia mieszkańcy Polanówki gromadnie udali się do Janowej Doliny, lecz na moście przez Horyń zatrzymali ich dwaj ukraińscy wartownicy z bronią i kazali im wracać skąd przyszli. Po dłuższych pertraktacjach Polacy zaproponowali im okup. To wprowadziło wartowników w zakłopotanie. Spoglądali jeden na drugiego i nie wiedzieli co odpowiedzieć. Ten moment wyko rzystali dwaj Polacy sięgając po portfele. Podeszli blisko, obezwładnili wartowników i zrzucili ich do wody. W ten sposób udało się wszystkim przejść przez most. Później Niemcy często sami tam wychodzili i zabierali Polaków, chcących przedostać się do Janowej Doliny. Jedna z mieszkanek Klina, Momotka, samotnie uciekała przez ukraińską wioskę Złazne. Tam wpadła w ręce oprawców. Rozebrali ją do naga, zadali kilkadziesiąt ciosów nożem (na szczęście nie głębokich) i wrzucili do dołu za stodołą. Właścicielka stodoły, Ukrainka, wyciągnęła ją stamtąd, okryła swoim płaszczem, przewiozła łódką przez Horyń i kazała iść do Janowej Doliny. Obóz pod Klinem koczował przez kilka dni w lesie, zaopatrując się w żywność i wodę w nie spalonych zabudowaniach na Klinie. W końcu i oni udali się do Janowej Doliny. Niemcy spalili już most, w obawie przed atakami band UPA. Pozostała tylko kładka dla pieszych, przez którą wszyscy bez przeszkód przeszli. Anna Kandyba (obecnie Lewandowska) oddzieliła się od rodziców i ze swoją ciotką Stanisławą Korycką oraz rodziną Szandrów udała się na przełaj przez pola do polskich wsi Pieńki i Pendyki. Tam w zabudowaniach i na zewnątrz ludzie porobili sobie schowki w rodzaju bunkrów. Po przybyciu uciekinierów z Tomaszowa mieszkańcy Pieńków przenieśli się do Pendyk, znajdujących się bliżej lasu. Podczas ataku bandytów – o świcie 26 marca 1943 roku – część ludzi pochowała się do swoich schowków, a reszta rzuciła się do ucieczki do lasu. Obrona była zbyt słaba. Bandyci zaczęli więc okrążać wieś, chcąc odciąć ją od lasu. Przeraźliwy huk wystrzałów i gwizd pocisków potęgowały grozę sytuacji. W tym czasie nadleciał niemiecki samolot. Widocznie chcieli ocenić siłę atakujących, którzy wkrótce mogli zagrozić pobliskim miastom, gdzie stacjonowali hitlerowcy. Nie znając niemieckich zamiarów bandyci i uciekinierzy popadali na ziemię. Gdy jednak samolot oddalił się, bestialstwa UPA potoczyły się dalej. Ludzie, którym udało się uciec, dotarli do Klewania-Posiołka. Tam dostali od Niemców broń i na drugi dzień razem z nimi pojechali do Pendyk. Tymczasem wszyscy, którzy przygotowali sobie schowki w zabudowaniach podusili się od dymu z pożaru. Pozostałych, mających schrony na zewnątrz, zabrała odsiecz do Klewania. Były i takie przypadki, że zabudowania nie zostały spalone. Nie chcąc zostawiać ich Ukraińcom członkowie odsieczy, po uprzednim dokładnym sprawdzeniu, podpalali je. W jednym z domów ludzie znajdujący się w schowku z pewnością słyszeli chodzących po mieszkaniu, ale bali się wyjść. Dopiero w czasie pożaru dały się słyszeć jęki, krzyki i kaszel. Na ratunek było już jednak za późno. Po ugaszeniu ognia wydobyto ze środka tylko zwłoki. W następnych budynkach nawoływano już głośno po polsku i w ten sposób znaleziono jeszcze żywych ludzi. Większość z tych uciekinierów wyjechała pociągami towarowymi do Łucka. W czasie napadu na Tomaszów zginęła również córka Olszewskiego i jego żona Władysława (Ukrainka). Natomiast syn Mieczysław ocalał pod opieką babki (Ukrainki), która przechrzciła go na wiarę prawosławną. Odbyło się to oczywiście za zgodą ówczesnych władz UPA. Chrzest ten dawał mu względne bezpieczeństwo przebywania w Postójnem. Zdarzył się jednak wypadek, że przyszło do niego na pastwisko dwóch młodych nacjonalistów i chcieli go zabrać od pozostałych kolegów pasących krowy. Zaczął uciekać i krzyczeć, ale napastnicy go nie gonili. Prawdopodobnie później za ten czyn zostali ukarani. Pewnego razu Mieczysław Osowski widział w Postójnem na ulicy, jak Neczypor Witoszko założył sobie na twarz maskę i z rewolwerem w jednej a nożem w drugiej ręce podszedł do stojącej grupy męż- czyzn. Jednego z nich, stojącego tyłem, zastrzelił. Mężczyzna ten był dawniej aktywnym zwolennikiem Związku Radzieckiego. Władysław Osowski będąc w Łucku wychodził często na targ z nadzieją, że spotka kogoś znajomego z Postójnego i dowie się, czy żyje jego syn Mieczysław. Pewnego razu udało mu się uzyskać pozytywną wiadomość. Pojechał więc do Derażnego. Tam spotkał kogoś ze znajomych z Postójnego i poprosił go, aby powiadomił Mieczysława, że ojciec czeka na niego w Derażnem. Ten zaś powtórzył wszystko Mieczysławowi, który bez namysłu pobiegł do ojca. Nawet się nie pożegnał z babcią. W ten sposób Mieczysław Osowski wyjechał z ojcem do Łucka.

 

Fragment wspomnień  Mieczysława  Gawła spisanych pt. " Tragedia Wołyńska", wyszukał i wstawił B. Szarwiło za: http://www.mojewojennedziecinstwo.pl/pdf/11_gawel_tragedia.pdf


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp5.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 423 gości oraz 1 użytkownik.

  • Bogusław Szarwiło

Statystyki

Odsłon artykułów:
4497208